Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kto umiera za nasze T-shirty? Kilka faktów, których nie chcesz znać

Dziewczyna przed witryną sklepową
Udostępnij

Bangladesz, Kambodża, Indie, Chiny, Indonezja – egzotyczne kraje na metkach naszych ubrań nikogo dziś nie dziwią. A powinny.

„Nie chcę, żeby ludzie kupowali ubrania, okupione naszym cierpieniem” – mówi Shima Akhter, 23 letnia bohaterka filmu dokumentalnego „The True Cost”, który opowiada o rzeczywistych kosztach produkcji odzieży potężnych marek, takich jak Zara, H&M, Nike czy Adidas.

Dziewczyna zarabiała na początku 10 dolarów miesięcznie, w 2015 roku niecałe 3 dolary (11 złotych) dziennie. Utrzymuje za to siebie i kilkuletnią córkę. Kiedy założyła związek zawodowy i razem z kilkoma innymi szwaczkami przedstawiły szefostwu swoje żądania, ci zaryglowali drzwi i zaatakowali je razem z czterdziestoma pracownikami. Bili krzesłami, kijami, wagami i nożycami, ale głównie kopali i walili ich głowami o ścianę.

Miała szczęście. Przeżyła.

 

Szwaczki, które giną za nasze T-shirty

Tego szczęścia nie miało m.in. 1127 pracowników fabryki tekstylnej Rana Plaza w Bangladeszu, która zawaliła się na ich głowy w 2013 roku. Do nich doliczyć trzeba 2300 osób rannych, ale mimo to w tamtejszych zakładach do dziś brakuje wyjść ewakuacyjnych.

W 2014 roku w Kambodży, w odpowiedzi na protest o podniesienie płacy minimalnej ze 100 do 160 dolarów (586, 62 złotych) miesięcznie, na ulicę wyszła policja i oddziały specjalne. 4 osoby zginęły, a ponad 30 zostało rannych.

 

Globalny łańcuch

Władze Bangladeszu i Kambodży potrzebują pieniędzy zagranicznych inwestorów. Żeby oferować koncernom odzieżowym coraz niższe ceny, blokują podwyżki pracowników, a ponieważ koncerny oficjalnie nie są ani właścicielami fabryk, ani pracodawcami robotników, nie ponoszą konsekwencji.

Konsekwencje ponosi Shima i inne szwaczki naszych T-shirtów.

 

Fast fashion. Dirty fashion

Sytuacja pracowników azjatyckich fabryk to wierzchołek lodowej, a właściwie włókienniczej, góry. Rozwój branży modowej w ciągu ostatnich dwudziestu lat przerósł potencjał środowiska naturalnego.

Ogromne zapotrzebowanie na bawełnę prowokuje jej genetyczną modyfikację, masowe wykorzystywanie szkodliwych chemikaliów oraz emisję gazów cieplarnianych. Wpływa to na coraz bardziej skażone regiony, zdrowie rolników i cały ekosystem.

Ponadto,  jak podaje raport Dirty fashion amerykańskiej Fundacji The Changing Markets, niebywałe zniszczenia dotyczą również terenów, na których produkowana jest… wiskoza. Ta sama wiskoza, która według producentów jest „higieniczną” i „naturalną” tkaniną.

 

Zabójcza produkcja

Fabryki, przetwarzając miazgę drzewną (masę włóknistą) we włókninę z przędzy wiskozowej (VSF) i przędzy lamentowej, produkują ścieki, które zanieczyszczają lokalne jeziora i drogi wodne. Z tego powodu ludność masowo choruje na nowotwory, a dzieci często rodzą się zdeformowane.

„Naciskanie przez zachodnie marki odzieżowe na coraz niższe ceny produkcji ubrań, to w połączeniu z bagatelizowanymi w Chinach, Indonezji i Indiach przepisami środowiskowymi, toksyczna mieszanka”, czytamy w podsumowaniu raportu.

Według raportu aż 20 procent skażonej wody na świecie to wina przemysłu włókienniczego, a pozornie niewinna wiskoza jest przyczyną całego łańcucha ekologicznych katastrof.

 

Tylko 10 firm

Raport mówi otwarcie o markach takich jak H&M (sześć fabryk w Chinach i Indonezji, jedna w Indiach), Zara (trzy fabryki w Chinach, jedna w Indiach), Tesco czy Levis. To głównie one nie dbały o zabezpieczenie produkcji i spowodowały zanieczyszczenie środowiska.

Okazuje się, że około 70 procent światowej produkcji wiskozy kontroluje zaledwie 10 firm. Według Fundacji istnieje więc spora szansa na szybkie zmiany w tym sektorze. Czy raport rzeczywiście zmusi potentatów do wzięcia odpowiedzialności i oczyszczenia azjatyckich fabryk? Nie wiadomo.

A czy uwrażliwi konsumentów?

 

Drobne, bezcenne gesty

Czy rozwiązaniem jest bojkot wielkich marek? Czy nasz mały głos ma jakiekolwiek znaczenie? Zdania są podzielone. Pozbawienie mieszkańców Bangladeszu, Kambodży czy Indonezji źródła zarobku byłoby dla nich kolejną katastrofą, ale nie powinniśmy mieć spokojnych sumień, dopóki nie szyją oni naszych ubrań w godziwych, bezpiecznych warunkach i za godziwe pieniądze.

Nie możemy zrobić wiele, ale możemy być świadomi. I choć trochę uczciwi. Autorzy filmu „The True Cost” na stronie truecostmovie.com podsuwają nam kilka rad:

  1. Kupując ubranie, zadaj sobie pytanie: czy założysz je najmniej 30 razy.
  2. Nie sugeruj się „nowym sezonem”. Duże marki, takie jak Zara, mają ich od 50 do 100 w ciągu jednego roku.
  3. Dziel swoje pieniądze między różne marki i chociaż częściowo wybieraj uczciwych producentów.
  4. Wyczyść szafę z trujących barwników. Na stronie Greenpeace znajduje się lista marek, które zobowiązały się zrezygnować z nich najdalej do 2020 roku.
  5. Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w swojej szafie. Szukaj informacji, pytaj sprzedawców i mów głośno o tym, co wiesz.

 

Bez naiwnych założeń

Warto kupować mniej a lepiej, korzystać z odzieży używanej, przekazywać odzież, której już nie używamy, kolejnym osobom. Możemy też śledzić dane zebrane przez Kampanię Clean Clothes Polska i wspierać jej apele. Jest wiele drobnych gestów, którymi możemy wyrazić szacunek osobom, które giną, chorują lub w inny sposób cierpią dla naszej szafy.

Nie chodzi tu o naiwne założenie, że zmienimy swoją dyscypliną prezesów i dyrektorów finansowych potężnych firm. Chodzi o szacunek.

A nawet więcej – o nasze chrześcijaństwo.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail