Aleteia

Kiedy ostatni raz pożyczałeś cukier od sąsiadów?

Kobieta stojąca na balkonie i wiszące pranie
CC0 Public Domain
Udostępnij

Wprawdzie ludzie bardzo wiele o sobie wiedzieli, zaglądali sobie do garnków, ale owa wiedza była niewygórowaną ceną za wsparcie, życzliwość, bezpieczną otulinę, w jakiej wychowywały się dzieci.

Zszokowała mnie kiedyś opowieść znajomego księdza, który chodząc po kolędzie odkrył, że w luksusowym apartamentowcu eleganckiej dzielnicy nikt nie zna swoich sąsiadów. Zapytani o mieszkających za ścianą ludzi, nie potrafili odpowiedzieć kim są, czym się zajmują, czy wyjeżdżają często na weekendy. Sprawiali wrażenie, że są jedynymi mieszkańcami wielkiego domostwa, które poza ich apartamentem świeci pustkami.

Żadnych grilli na wspólnym patio, pilnowania dzieci, pożyczania książek, ploteczek na ławeczce i wymiany przepisów kulinarnych. Zamiast tego sterylna samotność, obcowanie wyłącznie ze sobą lub partnerem, dzieckiem, psem, niepotrzebne skreślić.

Sytuacja tym dziwniejsza, że bardzo wielu mieszkańców tych pusto-pełnych domów pochodzi z małych miasteczek, gdzie relacje między ludźmi są zupełnie inne, do dużego miasta przybyli za pracą, ale nie przenieśli do niego znanych od dzieciństwa wzorców. Może dlatego, że są niepewnymi siebie emigrantami, bo jadąc za chlebem musieli opuścić rodzinne strony, choć szczęśliwie nie musieli opuszczać swojego kraju.

 

Wiadomo, co u sąsiada na obiad

Każdy z nas, gdy dorasta i uzyskuje samodzielność, odsiewa rzeczy, zachowania i wartości, jakie wpajano mu w domu rodzinnym. Słuchając opowieści księdza pomyślałam, że też jestem emigrantką, bo urodziłam się w Sofii, czyli na Bałkanach i dawno dokonałam swoich wyborów i odsiewania. Jednak z posażnej skrzyni, jaką dostałam na drogę od najbliższych, pełnej polsko-bułgarskiego miksu, nigdy nie wyrzuciłabym serdecznych więzi z sąsiadami. Zażyłości z ludźmi zza płotu.

W tym miksie, złożonym z fragmentów dwóch bardzo odmiennych kultur, jest mimo różnic zadziwiająco wiele elementów wspólnych. Tłumaczę sobie to tym, że w każdych warunkach człowiek ma krótką listę potrzeb, a jedną z nich jest potrzeba bezpieczeństwa i bliskości.

Pamiętam moją sofijską uliczkę Joan Ekzarch (to taki starobułgarski pisarz) w dzielnicy Łozenec, na której stały bieda domki z ogródkami, stawianymi na tanich działkach na przedmieściach. Wszyscy się tu znali, byli po imieniu.

Wiadomo, kto co gotuje na obiad, jakie przetwory szykuje na zimę (produkcja ruszała wczesną jesienią i odbywała się w ogródkach, gdzie ciotki i babcie piekły papryki na blachach, gotowały kompoty, smażyły konfitury i powidła). Znane były historie i przygody sąsiadów i po latach uświadomiłam sobie, że nasza uliczka stała się zakątkiem spokoju dla trzech uciekinierek. Moja Mama uciekła z Polski przed Hitlerem, po prawej mieszkała babcia Boginka, która uciekła przed turecką rzezią w Macedonii jako mała dziewczynka, schowana w koszu, a po lewej był domek babci Domny, białej Rosjanki, właściwie Ukrainki, której udało się umknąć bolszewikom i wielkiemu głodowi.

Te opowieści, trochę ocenzurowane, były snute wieczorami na ławeczkach, my, dzieci słuchałyśmy jednym uchem. Szkoda, bo dopiero po latach wiadomo, jak cenne są te historie.

 

Sąsiad jak rodzina?

Była to rodzina rozszerzona, ta sąsiedzka grupa, ludzie, od których można było w każdej chwili pożyczyć sól, szklankę cukru, pół chleba i którym zwracało się takie długi z „czubem”, to był taki procent wdzięczności.

Skrupulatnie przestrzegano też zwyczaju, że chleba się nie oddaje. Dorośli mieli oko na dzieci i dom (choć do ukradzenia było niewiele) i nie było mowy o tym, żeby ktoś rozchorował się, a nie daj Boże umarł i miesiącami nikt nie zapukał, żeby sprawdzić, co u niego słychać. A gdy ktoś umierał było oczywiste, że trzeba odprowadzić go na miejsce wiecznego zamieszkania i była to, poza dyskretną modlitwą, ostatnia sąsiedzka przysługa. Ta zażyłość miała swoje dobre i złe strony. Wprawdzie ludzie bardzo wiele o sobie wiedzieli, zaglądali sobie do garnków, ale owa wiedza była niewygórowaną ceną za wsparcie, życzliwość, bezpieczną otulinę, w jakiej wychowywały się dzieci.

Zaś około tysiąc pięćset kilometrów na północny zachód od naszej uliczki, jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej, na ulicy Żelaznej w Warszawie, mieszkała moja mama z moją ciocią i babcią i choć różnic wszelkich było bardzo wiele, klimat zażyłości i życzliwości był taki sam jak na Bałkanach. Pomoc, zainteresowanie, odwiedziny, herbatki, imieniny i świętowanie. Ile tych opowieści, zaprawionych nostalgią, wysłuchałam i jak po latach żałuję, że nie byłam na nich skupiona.

Podobno chłop może wyjść ze wsi, ale wieś z chłopa – nigdy, ja wyjechałam w świat, ale ze mnie nie wyszła moja sofijska uliczka Joan Ekzarch wraz z ulicą Żelazną, którą dostałam w spadku po mamie i babci. I wcale się tego nie wstydzę, przeciwnie, pielęgnuję wszystko, czego się nauczyłam, bo ta pamięć dodaje mi siły.

 

Potrzeba więzi

Dlatego wszędzie, gdzie się znajdę, staram się tę uliczkę odtworzyć, a gdy się nie udaje, czuję się jak bohater książeczki z dzieciństwa „Paweł sam na świecie”. Chłopiec, straszny sobek, który nikogo nie dostrzegał i z nikim się nie dzielił, trafił któregoś dnia w zupełnie pusty, pozbawiony ludzi świat. I nie było mu z tym dobrze, ale gdy się obudził, bo ten pusty świat mu się śnił, poprawił się i jak to w bajkach bywa, był już dobrym, koleżeńskim chłopcem. Wszystko dobrze się skończyło, ale ten pusty świat ze snu mnie przerażał. Puste domy, puste ulice, ogrody i parki. Nikogo, z kim można byłoby porozmawiać, opowiedzieć, spytać o drogę. Nikt, kto chce wymienić kilka słów, zwierzyć się, dowiedzieć, jak dojść do celu. Zupełny brak życzliwego zainteresowania, pomagania, ludzkiej bliskości.

O Pawle samym na świecie przypomniałam sobie, gdy jechałam kolejką do Warszawy. Było późno. Nagle zaskoczył nas komunikat, że kolejka dowiezie nas nie na Śródmieście, a na Dworzec Gdański. Spytałam piękną blond superlaskę, która wsiadła stację po mnie, czy wie o zmianie? Naiwnie pomyślałam, że późno już, że młoda dziewczyna będzie włóczyć się samotnie po mieście i trzeba ją ostrzec. Ta sofijska uliczka wylazła ze mnie niczym słoma z butów. Superlaska, nie ukrywając, jak wiele kosztuje ją wciągnięcie jej w orbitę mojego istnienia odparła, że wie, a na pytanie, czy wiedzą też pozostali pasażerowie, którzy z nią wsiedli, krótko przecięła rozmowę: Ważne, że ja wiem. Po czym definitywnie wyłączyła moje istnienie.

Anonimowość, autonomizacja, indywidualizm, o których rozpisują się socjologowie i psycholodzy społeczni. Jakie skutki pociągają za sobą? Niezależność, wolność, nieograniczone możliwości decydowania o sobie… i co jeszcze? A koszty? Czy korzystanie z tych dobrodziejstw równoważy lęk, kto zaopiekuje się dzieckiem, gdy zachoruje niania, a szef już od dawna krzywo nie ciebie patrzy? Strach, że nie ma od kogo pożyczyć Ibupromu, gdy nagle zachoruje dziecko? Potrzebę rozmowy, opowieści, pomocy? Bo jeśli nie cenią uliczek ich dzieciństwa, można przecież tworzyć własne wersje 2.0, są przecież kreatywni i z pewnością dojdą do własnych, bez porównania lepszych.

Wiem, jaka to słoma z butów, te Bałkany i przedwojenna Wola. Nie muszę wszystkiego rozumieć z tego, co się dzieje, ale ryzykując stwierdzenie, że nie wiem, co się nosi, powiem z głębokim przekonaniem: zaproś sąsiada.