Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Bodyguard na porodówce. Co mi dało bycie wraz z żoną przy porodach?

Shutterstock
Udostępnij

Po doświadczeniu uczestnictwa w trzech porodach śmiało mogę powiedzieć: Chłopie, nie znasz życia, jeśli nie spędziłeś kilku godzin z rodzącą kobietą.

Drogi przyjacielu, kolego, kompanie w codziennym męskim trudzie. Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że żona zadała Ci takie pytanie: To już całkiem blisko. Czy mógłbyś być obok mnie w trakcie porodu?

 

Wątpliwości

Generalnie starasz się być twardy. Stopniowo uwalniasz emocje. To pytanie jednak zwaliło Cię z nóg. Być może odpowiedź była dla Ciebie oczywista. To nasze dziecko. Oczywiście, że będę przy tobie – powiedziałeś żonie. Ale może Twoja pierwsza reakcja była zupełnie inna.

Ale jak to?! Przecież będziesz krzyczeć, będzie zamieszanie, nerwówka wahałeś się.

Kilkanaście lat temu sam sobie zadałem to pytanie, czy będę przy żonie podczas narodzin naszej pierwszej córki. Po co? A jak zacznie się w nocy? Przecież będę nieprzytomny. A jeśli będzie się przeciągało? Nie wiadomo, jak długo będę tam koczować. Myśli kłębiły się w mojej głowie.

Dopiero dzisiaj, po tych wszystkich latach, uświadomiłem sobie, skąd te wszystkie wątpliwości. Z jednej strony piekielnie się bałem, ale z drugiej – byłem pewien, że moje miejsce jest właśnie tam, przy żonie i córce. To żaden ideał. Jestem mężem i ojcem dziecka, więc to naturalne. Tylko po co? – może ktoś przytomnie zapytać.

 

Adwokat

Powodów jest mnóstwo. Być z żoną, dać jej poczucie bezpieczeństwa, zadawać personelowi pytania, kiedy ona nie będzie miała już sił, przeciąć pępowinę, jeśli będzie taka możliwość. Najzwyczajniej na świecie – być.

Czasem facet na porodówce to nie „tylko” mąż, ale też rzecznik praw własnej żony, jej adwokat. Piszę to bardzo poważnie. Wyobraź sobie przez chwilę, że to Ty rodzisz dziecko, które dziewięć miesięcy nosiłeś pod sercem. Wyobraź sobie, że najbardziej intymne części Twojego ciała będą badać całkiem obce, w dodatku często zmieniające się osoby. Wyobraź sobie wreszcie, że nagle doświadczasz takiego bólu i lęku, że myśli uciekają Ci uszami. Tak, wiem, jesteśmy mężczyznami i tak daleko posunięta wyobraźnia nie jest naszą specjalnością.

Jednak nawet my, faceci jesteśmy w stanie uświadomić sobie, jak trudna może być sytuacja porodowa. Kobieta w tym czasie najmniej myśli o sobie, jest skupiona na dziecku. Jej mężczyzna powinien być przy niej czasem tylko dla samej obecności. I żeby inni widzieli, że gdyby coś się działo, on jest.

Znam przypadek, w którym lekarze przez długi czas nie chcieli skierować kobiety na cesarskie cięcie. Męczyła się okropnie, a jej krzyk był rozdzierający. Tymczasem przyjmujący poród lekarze powtarzali: Spokojnie, jeszcze poczekamy. W pewnym momencie do jednego z nich podszedł mąż kobiety, z zawodu adwokat, i powiedział trzy zdania: Doktorze, broniłem kiedyś pewnego lekarza, który przyjmował poród podobny do tego. Bardzo długo nie chciał skierować pacjentki na cesarskie cięcie, kazał czekać. I wie Pan co? Nie udało mi się go wybronić. Lekarz spojrzał na mężczyznę. Po chwili rodząca znalazła się na sali operacyjnej.

 

Lekcja

To oczywiście tylko przykład, szczęśliwie – z dobrym zakończeniem. Jestem daleki od dramatyzowania. Ale chciałbym, żebyśmy my, faceci, zadali sobie kilka pytań. Czy chcemy być przy naszych kobietach podczas porodu? Czy potrafimy udzielić im wsparcia, na które czekają?

Nie piszę tego wszystkiego po to, by autorytarnie polecać mężczyznom udział w porodach naturalnych albo promować idealistycznie wizje, w których mąż krąży pod drzwiami sali operacyjnej. Ale tak między nami mówiąc, drodzy koledzy, gdzie my wtedy powinniśmy być? Pytam bardzo serio. Wyobrażacie sobie, że o narodzinach swojego dziecka dowiadujecie się przez telefon?

Trudno porównać godziny, które spędziłem z żoną na porodówce do innych doświadczeń. Nie wiem, jaka inna sytuacja bardziej zmusiła nas do wzajemnego zaufania, podzielenia się obawami i nadziejami. Czy znacie inną, tak wzniosłą chwilę, w której facet naprawdę nie wstydzi się płakać, gdy mówi kobiecie „dziękuję”? Mówi się, że chłopaki nie płaczą. Warto wybrać się z żoną na porodówkę, na której może się okazać, że łzy popłyną z naszych oczu szerokim strumieniem. I to będzie naprawdę męskie.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail