Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Magda Frączek: Rejs z Bogiem. Jak wyjść na głębię mimo niepewności

Udostępnij

Ciągnę linę najmocniej, jak potrafię, szarpię się, aby odmienić moje życie, żeby zła passa się skończyła. Dziwi mnie, że On przychodzi do mnie w epicentrum mojego lęku.

Mój największy dystans występuje pomiędzy głową a sercem. Dużo rzeczy rozumiem, analizuję. Wielu spraw dociekam, do głębi. Intelekt pracuje jak rozpalony piec. Jak burza. Jak wicher. Jak ogień. Dramatycznym wydaje się to, że mimo kompletnej intelektualizacji wybranych sytuacji, obraz i tak jest niepełny. I żadne odkrycie mojego dumnego umysłu nie przybliża mnie do drugiej strony, drugiego brzegu.

 

Najgorzej, gdy ogarniasz umysłem swoje życie, ale serce szaleje jak pewna ciotka na weselu, i to tak mocno, że w którymś momencie Pan Młody zmuszony jest powiedzieć: „Proszę, abyście na jakiś czas usiedli przy stolikach. Ciotka uszkodziła parkiet”. Piszę do nas wszystkich, którzy są ekspertami w uszkadzaniu parkietu swojego serca: pamiętacie tę ewangelię o uczniach, którzy wsiedli do łodzi i chcieli przeprawić się na drugi brzeg?

O zmierzchu uczniowie Jego zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, zaczęli się przeprawiać przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: To Ja jestem, nie bójcie się. Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast na brzegu, do którego zdążali. (J 6,16-21)

Pierwsza nauka, która płynie z tego tekstu jest taka, że nawet będąc rybakiem, na wodach swojego serca, nie możesz czuć się pewnie. Ono jest zdradzieckie, jak mówił pewien poeta Jeremiasz, którego wierszy nikt nie lubił słuchać. Nic nie poradzę na wielkie fale czy silne wiatry. Nie uciszą się tylko dlatego że tak mi się chce, tak samo jak niemowlę obudzone o północy, nie przestanie płakać, jeśli zrobię mu wykład o odpowiedzialności i zasadach ciszy nocnej.

Tak jak ja, również uczniowie chcieli znaleźć się na drugim brzegu. Zintegrować myśl z uczuciem. Być jednym i tym samym, a nie kimś na wzór: „Co innego myśli, co innego czuje, a jeszcze co innego robi”. W końcu nadchodzi moment przełomowy, a ściślej – Jezus. Trochę mnie to dziwi, że tyle czekał. Że nie wsiadł z nimi od razu. Być może nie było dla niego miejsca w tej uporządkowanej, racjonalnej łodzi pełnej mocnych argumentów.

 

Dopiero, gdy trochę rzeczy się posypało, gdy wszelkie niezbite (dotąd) do-wody wpadły do wody, wkracza Ten, który jest miłością. Co za arogancja! Nie podpływa do nich czerwoną motorówką. Idzie po wodzie. Dla Niego nic nie jest zbyt trudne, zbyt mocne, zbyt podzielone.

Tamci boją się. Ja też się boję. Ciągnę linę najmocniej, jak potrafię, szarpię się, aby odmienić moje życie, żeby zła passa się skończyła. Dziwi mnie, że On przychodzi do mnie w epicentrum mojego lęku. W braku kontroli. W ucisku. W ciemności. W burzy, która składa mnie na łopatki tak, jak Japończyk origami.

Najlepiej brzmi to, jak się przedstawia: To Ja jestem, nie bójcie się. Braku kontroli. Ucisku. Ciemności. Burzy, która składa mnie na łopatki tak, jak Japończyk origami.

I gdy już powoli uświadamiam sobie, jaki jest dobry, jaki wspaniały tak bardzo, bardzo mocno, że aż bym chciała zaprosić Go do swojej łodzi, do tego pomąconego rejsu, On jeszcze raz rozwala system, robiąc większy cud. Bo oprócz cudu Obecności (tego, że jest i dlatego nie muszę się bać), sprawia, że znajduję się na drugim brzegu. Tam, gdzie najbardziej chciałam się znaleźć, i zarazem najbardziej nie mogłam. I odkrywam, że Tego, czego brakowało mi do połączenia rozumu z sercem był On. Że nie mogłam znaleźć tego własnymi sposobami.

 

Bo ci, którym chcemy przebaczyć, są po drugiej stronie brzegu. Nasi ojcowie, nasze mamy, nasi mężowie, nasze żony, dzieci, nauczyciele, przyjaciele, którzy – nie wiadomo już dlaczego – stali się wrogami. Bo ci, za którymi tęsknimy, są po drugiej stronie zdjęcia. Bo ci, których chcemy zrozumieć, są po drugiej stronie.

Bo tylko Jeden przeprowadza ze śmierci do życia, z nienawiści do miłości, ze strachu do ufności. Łączy przeciwległe klimaty. Postanowił stać się pomostem nad przepaścią, abym czuła to, co myślę i była z tymi, których kocham.

Tags:
wiara
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail