Aleteia

Jola Szymańska: O nudzie, którą bezpowrotnie tracimy

Uśmiechnięta Jola Szymańska
fot. Marek Straszewski
Udostępnij

Czy receptą na digitalizację życia jest cofnięcie się w czasie lub codzienność w stylu retro? I czy uciekanie od internetowych sieci ma sens?

„Nudzi mi sięęęęęę!” – powtarza refren swojego ulubionego wezwania siedmioletni Staś. Od kilku dni siedzę z nim w małym, drewnianym domku. Bez wi-fi. Za to tysiąc czterysta metrów od Morza Bałtyckiego.

Patrzę na niego i mu zazdroszczę. Nudzić się. Jakie to piękne. Konsumować godziny i dni bez ciężaru zaległych zadań, bez wyglądających zza jutrzejszego zakrętu wyzwań. Tak po prostu. Siedzieć w samym środku niczego, kiedy nic nigdzie się nie dzieje.

 

Obrazki z przeszłości

Podobny stan kojarzy mi się ze zdjęciami z 1997 roku, opublikowanymi w warszawskim Metrze. Pokazują, że dwadzieścia lat temu w Stolicy było kolorowo, choć ubogo. Dziewczyny chodziły w długich, białych koszulach, czerwone Ikarusy przecinały ulice. Królowały kwitnące drzewa, spódnice i szare polonezy.

Najbardziej dziwią jednak puste ręce i uniesione głowy ludzi. Ludzi bez telefonów.

Z dzisiejszej perspektywy życie bez telefonu wydaje się ogromną przestrzenią. Brak aplikacji, szybkiej informacji i dostępności o każdej porze ma swoje minusy, ale wydaje się też zachwycające.

Podobne wrażenie robi film dokumentalny Marcela Łozińskiego „Wszystko może się przytrafić” z 1995 roku. Jego sześcioletni syn przysiada się w parku do odpoczywających tam starszych osób, podpytując je o życie, starość, śmierć. A widz czuje się obdarowany nie tylko spokojem akcji, ale też przypomnieniem o wartości szczerego spotkania.

 

Druga strona medalu

W tych samych drewnianych ścianach, w których nudzi się Staś, jestem i ja. Zbieżność czasu, miejsca i akcji, doprawiona kontrastem. Pracuję na pełnych obrotach, próbując ograniczyć możliwe negatywne konsekwencje zmiany otoczenia. Przyklejam plastikowe ochraniacze na kanty czasoprzestrzeni. Nie mogę dać się oszukać, że to urlop. Choć korci.

Cieszę się, że łączą nas geograficzne współrzędne i zapach drewnianych ścian, ale mimo słabego zasięgu co chwila atakują mnie powiadomienia. Dzwoni komputer i telefon. Często jednocześnie. Jedna drobna wiadomość prowokuje lawinę dyskusji. A ja, nerwowa i napięta jak struna, czujnie kontroluję sytuację. Nie tylko zawodową.

 

Życie na marginesie powietrza

Musimy pogodzić się z tym, że w 2017 roku i w kolejnych latach, będziemy żyli bez przymusowego marginesu powietrza. Że dystans i cisza stają się wielkim wyzwaniem. Ćwiczeniem charakteru. Podziwianym przez znajomych osiągnięciem. Ewentualnie – dobrem luksusowym, dostępnym w najlepszych SPA.

Bezpowrotnie tracimy też bardziej lub mniej dotkliwą nudę. Sytuację, w której nie mamy się czym zająć i musimy czekać. W której dojrzewamy do kolejnych kroków we własnym rytmie.

I nie zmieni tego żadna porządkująca aplikacja. Ani digital detox, ani ograniczenie się do minimum korzystania z sieci nie są receptą. Zresztą, nie zawsze są możliwe. Uratować może nas konsekwencja. I świadomy wybór pomiędzy tym, co daje płytką satysfakcję, a tym, co przyniosi szczęście i emocjonalną stabilność.

 

Keep calm and…

Zazdroszczę Staszkowi tych wakacji jak mało czego. Zaraz dorośnie i sam będzie miał dość goniących terminów. Ale nie cofniemy się już ani do 1997, ani do 1995 roku. I całe szczęście.

Nie da się skopiować miłych chwil z przeszłości na dziś i jutro. Da się za to stworzyć nowe.