Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Samotność w domu pełnym miłości, śmiechu i ludzi

Shutterstock
Udostępnij

To miejsce nie da się zaspokoić innym człowiekiem, ani nawet kilkoma, choćby nie wiem jak byliby ze sobą szczęśliwi. I to dobre, to normalne. W tym miejscu czeka na mnie, na Ciebie Bóg.

„Czy jesteś szczęśliwa?” – zapytał mnie ktoś jakiś czas temu. Zero-jedynkowo odpowiem bez wątpienia, że tak. Ale gdy wdamy się w szczegóły…

Myślę, że gdy jest się singlem marzy się o rodzinie, jako dającej spełnienie i szczęście. I tak jest. A czasem nie.

 

Cała paleta emocji

Ja chciałam mieć dużą rodzinę, więc mam. Spędzając ostatni rok z moją trójką w domu, miałam niesamowite, dominujące poczucie spełnienia i satysfakcji. Ale nie jest to jedyne odczucie, towarzyszące mi na co dzień. Paleta emocji ma dużo więcej odcieni, w których pojawiają się też różnorodne odcienie szarości.

Mąż przez większą część dnia w pracy, a w domu ciągła wrzawa, ogromnie dużo krzyku, śmiechu, prania i co chwilę zgłaszanych kolejnych potrzeb do spełnienia. To wszystko sprawia, że czuję się potrzebna, ale okrutnie zmęczona.

Kolejne prośby i żądania, kolejne zadania kumulują się wszystkie naraz i mam wrażenie, że jeszcze chwila i moja głowa dosłownie eksploduje. Tak bardzo czasem czuję się przytłoczona, tak bardzo chciałabym pobyć chwilę w ciszy, że aż chce mi się płakać. Są dni, gdy pękam z dumy jaką super ogarniającą i dzielną mamą jestem, a po nich nadchodzą takie, w których pod wieczór czuję tylko przytłaczające poczucie, że absolutnie nic mi w życiu nie wychodzi. Wtedy zamiast spełnienia, mimo pełnej chaty, czuję się bardzo samotna.

 

Prawo do smutku

A że nieszczęścia ponoć chodzą parami, doszły do tego wyrzuty sumienia. Mam tak wiele, może nie wszystko jest idealnie, ale najważniejsze sprawy są na swoim miejscu, skąd więc ten stan, czy to nie brak docenienia tego, co mam? Nuda czy może zwykłe zmęczenie?

Zamiast udawać, że jest inaczej, postanowiłam przyjrzeć się sobie i dać sobie prawo do smutku. Kocham i cieszę się moją rodziną, co nie znaczy, że odczuwam to w każdej sekundzie z nimi spędzonej. Nie dam rady na moją listę obowiązków wpisać permanentnego bycia szczęśliwą. Czy to podważa moje życiowe wybory? Nie, myślę że to tylko dowód na to, że jestem człowiekiem.

Pozwoliłam sobie zanurzyć się na chwilę w tym przygnębieniu, nie racjonalizować, nie zagłuszać go, nie uciekać w wyobrażanie alternatywnych scenariuszy. Skąd ono wypływa? Gdzie jest jego źródło? Powoli wynurzając się, rozglądam się wokół. Wychodzę na brzeg i w poszukiwaniu odpowiedzi idę w górę tego strumienia. Jednak on zanika, gubi się pod dwoma olbrzymimi, przygniatającymi głazami poczucia obowiązku i odpowiedzialności, pod zwalonymi pniami połamanych drzew dobrych chęci, krzewów woli zapewnienia wszystkiego co najlepsze, przeżartych lękiem o utrzymanie. Woda w tym miejscu miała gorzki smak niespełnionych miłości, zawiedzionych nadziei i utraconej wiary.

 

Nie tylko żona i mama

Ale tu nie było źródła, woda zanikała ukryta pod zwałami gruzu. Szłam więc dalej, pilnie przeszukując suchą ziemię i udało się odkryć wijącą się strużkę, a wraz z nią nowe, obfitujące w zieloność krajobrazy. W ciszy i otaczającej zieleni odkrywam, że jest we mnie dużo więcej niż bycie żoną i mamą, choć to moje najważniejsze role, w moim sercu jest jeszcze więcej przestrzeni.

Tęsknota, której pozwoliłam popłynąć, sączyła się z tego miejsca, w którym odłożyłam szalone plany na dzikie przygody i zamknęłam niespełnione marzenia. O dalekich podróżach, Indiach i Wielkim Kanionie Kolorado. O płynnym języku hiszpańskim, wieczorach przy pianinie i gitarze, o zimach wśród stosów książek (byle nie samych podręczników!) czytanych przy kominku własnego domu.

Gdy zbliżałam się do tego miejsca, dobiegł mnie dziecięcy śmiech, a może tylko mi się zdawało? Ściemniło się i tak bardzo pragnęłam trwać w tej chwili, pod rozgwieżdżonym niebem śmiać się, tańczyć, śpiewać, chłonąć beztroskę, wolność, dziecięcą otwartość nieskażoną lękiem o konsekwencje. Stać się ponownie kolekcjonerem doświadczeń. 

W tym krajobrazie było jednak coś więcej, coś majestatycznego. Dzikie, naturalne piękno. Nieprzewidywalność. Przyglądając się, jak woda z niezmiennym uporem żłobi korytarze w sobie tylko znanym celu, dostrzegam też te głębiej ukryte pragnienia. Sensu, misji, powołania.

Tu leży pogrzebana stara miłość, medycyna. Myślałam, że gdybym nie musiała, nie wracałabym do pracy. A jednak. Chcę się uczyć, chcę tym służyć. Wiem, że stać mnie na wiele, nie boję się wymagań, ale bardzo boję się, by ta zazdrosna kochanka nie zawładnęła całym moim życiem, wysysając mnie tak, że nie starczy już energii na nic innego.

 

Priorytety czy pragnienia?

Jestem już naprawdę daleko, czuję się prawie jak na obczyźnie, a przecież to moje własne zakamarki, moje najcenniejsze manatki upchane na najwyższych półkach, by nie móc się zbyt łatwo do nich dostać.

Ani małżeństwo, ani macierzyństwo nie wymagało ode mnie złożenia z nich ofiary. Naturalnie zeszły one na dalszy plan, gdy pojawiły się priorytety pilne i ważne i takie, dla których po prostu warto odłożyć je na nieokreślone później, czasem na nigdy. Ale gdy zapuściłam się w te nieco zarośnięte, spowite pajęczynami ostępy, okazało się, że są tam cały czas, że nadają rytm tętna, tym cienkim strumieniem, jak tętnicą ożywiają całą resztę. To stamtąd ten specyficzny rodzaj nienasycenia, niepokoju, który choć docenia to co ma, nadal każe szukać, doświadczać nowego, iść dalej, sprawdzić, co będzie za następnym zakrętem.

Choćbym zjechała cały świat, choćbym zrealizowała wszystkie marzenia z mojej listy, ten kawałek pozostanie niepełny. Nawet wtedy, gdy już dzieci będą odchowane i z całą pewnością będzie wiadomo że „to mi się w życiu naprawdę udało, zbudowaliśmy świetną rodzinę”.

Bo to miejsce nie da się zaspokoić innym człowiekiem, ani nawet kilkoma, choćby nie wiem jak byliby ze sobą szczęśliwi. Nie zakleję go ani relacjami, ani przygodami, ani żadnym innym marnym ekwiwalentem sercowego plastra. To miejsce, które czasem daje o sobie znać samotnością, jest już blisko tego, w którym rzeczywiście bije źródło. Raz na jakiś czas, wciąż od czasu do czasu dojdzie do głosu głód, przywoła Cię tam, zapyta gdzie jesteś? I to dobre, to normalne.

W tym miejscu czeka na mnie, na Ciebie Bóg.

Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków…
Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być —
Gdzie jesteś, źródło?…  Gdzie jesteś, źródło?!
Cisza…
Strumieniu, leśny strumieniu,
odsłoń mi tajemnicę
swego początku!
(Cisza —  dlaczego milczysz?
Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku.)
Pozwól mi wargi umoczyć
w źródlanej wodzie
odczuć świeżość,
ożywczą świeżość.

Jan Paweł II, Źródło

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail