Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Dunkierka”. O wojnie bez cienia patosu

Kadr z filmu "Dunkierka"
Udostępnij

Do kin trafił dramat wojenny „Dunkierka”. Efektowne zdjęcia, poruszająca muzyka, nietypowa fabuła sprawiają, że Christopher Nolan opowiedział o wojnie w zupełnie nowy sposób.

Tytułowa Dunkierka (miasto położone nad brzegiem Morza Północnego niedaleko granicy francusko-belgijskiej) w czasie II wojny światowej była miejscem jednej z najbardziej spektakularnych ewakuacji w dziejach świata.

W ramach akcji „Dynamo” między 26 maja a 3 czerwca 1940 roku podjęto z plaż północnej Francji ok. 300 tys. żołnierzy brytyjskich z tzw. Korpusu Ekspedycyjnego, którzy dotarli na brytyjski brzeg po klęsce, jaką zadały Francji Niemcy. Do spektakularnej ucieczki z wybrzeży Starego Kontynentu wykorzystano wszelkie dostępne okręty wojenne, statki handlowe i małe prywatne jachty, których zaletą była możliwość przybicia bezpośrednio do francuskich plaż.

 

Bez wskazywania winnych

Myślę, że po tym krótkim wstępie historycznym trzeba zauważyć jedną, ważną rzecz: ani przez chwilę w „Dunkierce” nie pojawia się ani jeden niemiecki żołnierz, a statki z ewakuującymi się Brytyjczykami są atakowane przez nieoznakowane bombowce. Domyślam się, że chodzi o niewskazywanie wprost winnych tego kataklizmu i pokazanie, że wojna sama w sobie jest straszna, bez względu na to, kto ją wszczyna.

Zastanawia mnie jednak, czy taki zabieg nie przyniesie w przyszłości więcej szkody niż pożytku, skoro dziś tak często musimy prostować niefortunne określenie „polskie obozy koncentracyjne”. Bo im dalej od wojny, tym bardziej zacierają się fakty (zwłaszcza na Zachodzie).

 

Jednostka się nie liczy?

Akcję filmu obserwujemy z perspektywy kilku osób, których losy splatają się dopiero w finale. Obraz znacznie różni się od liniowej narracji większości wojennych produkcji. Nie śledzimy tu losów konkretnego bohatera czy oddziału, tak jak to było np. w „Przełęczy ocalonych”. Czyżby Nolan chciał pokazać, że los jednostki nie jest istotny w obliczu wojny? Na myśl przychodzą mi straszne słowa Józefa Stalina, który stwierdził: „Śmierć jednego człowieka to tragedia, jednak śmierć tysięcy to statystyka”. I choć widz nie powinien się spodziewać dynamicznej fabuły podbudowanej efektami pirotechnicznymi, to i tak film wciska w fotel za sprawą mrocznego, przejmującego i klaustrofobicznego nastroju.

W filmie Nolana głównym bohaterem jest nadzieja, której próbują uczepiać się wiszący u burt statków żołnierze, pilot samolotu (Tom Hardy) starający się osłaniać odwrót i szczęśliwie wylądować mimo braku paliwa oraz ojciec rodziny (Mark Rylance), który mimo osobistych tragedii płynie na francuski brzeg, by ocalić okrążonych rodaków.

 

Film bez zbędnych słów

Za zdjęcia odpowiadał Hoyte van Hoytema, który wcześniej nakręcił m.in. „Spectre” i „Interstellar”. Kolorystyka scen w szarych, brudnych tonacjach świetnie współgra z dymem unoszącym się nad francuskimi plażami, barwami mundurów, surowością wojskowego sprzętu i stalowym kolorem morza. Każdy miłośnik militariów będzie zadowolony z ilości zaprezentowanego uzbrojenia. Zadbano też o detale historyczne, na potrzeby filmu odrestaurowano nawet jeden ze statków, który brał udział w ewakuacji.

Co wspaniałego znaleźć można w filmie poza fantastycznymi zdjęciami? Muzykę. Genialną muzykę Hanza Zimmera („Gladiator”, „Piraci z Karaibów”). Tym razem nie jest to efektowna ścieżka dźwiękowa, która wpada w ucho i nucimy ją wraz z kolejnymi scenami akcji (tych w filmie nie ma). Muzyka jest raczej dopełnieniem obrazu, buduje napięcie i potrafi dopowiedzieć to, czego nie mówią aktorzy. A nie mówią bardzo wiele. Film obywa się praktycznie bez słów, a ściślej mówiąc – bez zbędnych słów. Słyszymy raczej rzucane komendy, przekazywane meldunki, tylko czasami dialogi odbiegają od tego schematu. Myślę, że reżyser w ten sposób chciał pokazać pewien automatyzm wplątywanych w tryby wojny bohaterów.

W finale filmu (bez obaw, nic wielkiego tu nie zdradzę) pojawia się mowa Winstona Churchilla po zakończonej akcji „Dynamo”: „Musimy bardzo uważać, aby nie przypisywać tej ewakuacji miana zwycięstwa. Wojen nie wygrywa się dzięki ewakuacjom. Lecz w tym ocaleniu było jednak zwycięstwo, które należy uznać”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail