Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Tajemnica Vivien Leigh. Gwiazda „Przemineło z wiatrem” zmagała się z chorobą dwubiegunową

London Film Productions | Collection Christophel | AFP
Udostępnij

Uważano ją za najpiękniejszą aktorkę tamtych czasów; może nawet wszech czasów. Ale za jej obecnością na ekranie krył się zakulisowy dramat, o którym jej wielbiciele nie mieli pojęcia: Vivien Leigh cierpiała na chorobę dwubiegunową.

Dwukrotnie otrzymała Oscara. Po raz pierwszy w roku 1939 , za legendarną rolę Scarlet O’Hary w „Przeminęło z wiatrem”, po raz drugi, 12 lat później, za występ u boku Marlona Brando w „Tramwaju zwanym pożądaniem”, gdzie zagrała wrażliwą, zdruzgotaną Blanche DuBois. Uważano ją za najpiękniejszą aktorkę tamtych czasów; może nawet wszech czasów.

Ale za jej obecnością na ekranie krył się zakulisowy dramat, o którym jej wielbiciele nie mieli pojęcia: Vivien Leigh cierpiała na chorobę dwubiegunową.

 

Słabość czy choroba?

Dziś nieco otwarciej mówimy o chorobach psychicznych. Na powracające okresy manii i depresji, czyli chorobę afektywną dwubiegunową cierpią m.in. Catherine Zeta-Jones, Jean-Claude Van Damme i Demi Lovato.

„Na dziesięć osób chorych psychicznie, tylko cztery się leczą”, powiedziała Lovato w jednym z wywiadów. „Co z pozostałymi sześcioma?”

Ale w czasach Vivien Leigh nie mówiło się o tym powszechnie. Wiele osób uważało, że to nie choroba, a słabość. I nawet jeśli czyjś stan psychiczny wyraźnie wymagał medycznej interwencji, lekarze nie zawsze wiedzieli, co z tym zrobić. Zamiast psychoterapii i leczenia farmakologicznego (m.in. litem), które przy tym zaburzeniu są dziś oczywistością, Vivien Leigh poddawano elektrowstrząsom.

 

Mówiono, że chorobę wywołało u niej pierwsze poronienie, w 1940 roku. Przyjaciele twierdzili jednak, że pierwsze symptomy widać było wcześniej.

Vivien dawała sobie świetnie radę przez kilka tygodni czy miesięcy – zachowywała się zupełnie normalnie, była przyjazna i towarzyska”, wspomina jej dawna koleżanka szkolna. „A potem nagle całkowity zwrot. Czasem przez kilka godzin, innym razem przez dzień czy dwa. Kiedy to się działo, Vivien zmieniała się kompletnie – była kapryśna, milcząca, nadąsana, niemiła, często rozhisteryzowana.

Nie jestem gwiazdą filmową, jestem aktorką…

Mimo tych strasznych wahań nastroju, Leigh była wspaniałą gwiazdą kina.

W 1940 roku rozwiodła się z pierwszym mężem (Leigh Holmanem) i poślubiła wielkiego Lawrence’a Oliviera. Byli najpotężniejszą parą Hollywood w tamtych czasach, zagrali razem w trzech filmach. A przecież – mimo że na srebrnym ekranie odniosła ogromny sukces – Leigh wystąpiła zaledwie w 20 filmach. Uważała się przede wszystkim za aktorkę teatralną, i to właśnie scenę dzieliła z Olivierem wiele razy.

 

Nie jestem gwiazdą filmową, jestem aktorką, powiedziała kiedyś. „Bycie gwiazdą filmową jest takie sztuczne, żyje się fałszywymi wartościami, dla reklamy… Aktorką jest się znacznie dłużej i zawsze są wspaniałe role do zagrania”.

Wraz z rozwojem kariery jej choroba stawała się coraz poważniejsza. W książce Antony’ego Holdena Olivier powiedział o swojej żonie:

Przez cały czas opętania depresją maniakalną, tym straszliwym potworem, który zaciskał wokół niej swoje więzy coraz silniej, Vivien zachowała niezwykły spryt – umiejętność ukrywania swojej choroby przed niemal wszystkimi oprócz mnie.

 

Nieprawdopodobnie angażowała się w swoje role. Elia Kazan, reżyser „Tramwaju…”, powiedział o niej: „Czołgałaby się po tłuczonym szkle, gdyby uznała, że to pomoże roli”. Ale sama Leigh przyznała, że rola Blanche była dla jej zdrowia psychicznego punktem zwrotnym. „Pchnęła mnie w szaleństwo”, powiedziała później.

Panowała powszechna opinia, że z Leigh trudno się pracuje, jej psychiczne zmagania szybko przestały być tajemnicą w środowisku filmowym. Na planie „Ścieżki słoni” przeżyła załamanie, później nakręciła już tylko cztery filmy. Po raz ostatni wystąpiła w „Statku szaleńców” w 1965 roku. To była trudna produkcja, widać było, że Leigh czuje się źle, często atakowała pozostałych aktorów na planie. Podobno uderzyła butem Lee Marvina tak mocno, że został mu na twarzy ślad.

 

Trudno na nią patrzeć w tym filmie, wiedząc, z czym się zmagała. Gra surowo, aż boleśnie surowo dla widza – mimo że zaledwie dwa lata przed śmiercią wciąż jest piękna uwodzicielską, magnetyczną obecnością. I choć doprowadzała do rozpaczy reżysera Stanleya Kramera, przyznał później, że był pod wrażeniem jej pracy w tak trudnych okolicznościach.

Była chora, ale jej odwaga, żeby kontynuować, żeby dokończyć film, była niemal nie do uwierzenia, powiedział Hugonowi Vickersowi, autorowi książki „Vivien Leigh”.

Choroba dwubiegunowa nie przyćmiła blasku Leigh – składam hołd jej talentowi i determinacji (oraz przywiązaniu tych, którzy byli jej najbliżsi). Jednak zastanawiam się – gdyby miała lepszą pomoc medyczną, o ile jaśniej zalśniłaby jej gwiazda.

Jedna z największych gwiazd złotego wieku Hollywood Vivien Leigh zmarła na gruźlicę 8 lipca 1967 roku – prawie dokładnie 50 lat temu. Miała zaledwie 53 lata.

 

Tekst ukazał się w amerykańskiej edycji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail