Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Fascynująca podróż w głąb siebie – podejmij wyzwanie!

Shutterstock
Udostępnij

W tej podróży przydaje się szkło powiększające. Dzięki niemu nie zatrzymujemy się na poziomie oczywistości, ale zaczynamy zauważać, wiązać ze sobą i rozumieć to, co do tej pory nie było odkryte.

Magdalena Pajkowska: Co oznacza słowo „asertywność”? Kojarzy mi się z kimś bardzo pewnym siebie…

O. Tomasz Gaj OP: Nie lubię tego słowa, bo to taka nowomowa. Opisuje kogoś, kto nauczył się mówić o swoich potrzebach, wszędzie wstawia swoje „ja” i wszędzie, wszystkim i na wszelkie sposoby odmawia. Ale to nie jest asertywność, tylko agresywny egoizm. Nie bierze pod uwagę rozmówcy, nie ma zamiaru prowadzić dialogu. Nie tylko broni swoich granic, ale jeszcze atakuje innych. Zdrowa asertywność zakłada natomiast szacunek do siebie i innych.

Czy chrześcijanin ma się wystawiać na cierpienie, krzywdę? Taka święta ciapa…

Oczywiście, że nie! Źle rozumiemy fragment Ewangelii, gdzie Jezus mówi, by nadstawiać drugi policzek. Tu nie chodzi o to, by dać się bić. Gdy żołnierz uderzył Jezusa, to On zapytał: „Dlaczego Mnie bijesz?” (J 18,24). Uderzenie w twarz to odarcie z godności. Jezus mówi: „Nadstaw drugi policzek, bo twoja godność leży o wiele głębiej i jest zakorzeniona w Bogu. Nikt nie jest ci w stanie jej zabrać”. To jest zdrowa asertywność. Postawa szacunku do siebie i do drugiego. Wiem, gdzie są moje granice. Mam bramy, które mogę otworzyć, ale i zamknąć. Wiem też, gdzie leżą granice drugiej osoby. Jestem świadomy, że jeśli chcę kogoś spotkać, nie mogę wyważać drzwi, tylko muszę zapukać. Mówię, czego potrzebuję, i słucham, czego potrzebuje druga osoba. Czego ja nie chcę i czego ona nie chce.

Każdy chciałby mieć wysokie poczucie wartości. Czy da się na to wpływać?

Można, ale na śmiałków czyhają dwa niebezpieczeństwa. Jedno, cięższe – tak, że aż uginają się pod nim półki z poradnikami w księgarniach – nazywa się „tanio i szybko”. To są pozycje o tytułach brzmiących mniej więcej: „Jak skutecznie podnieść poczucie własnej wartości w miesiąc”. Drugie zagrożenie brzmi: „Nie da się”. Nawet niektóre przysłowia tego uczą: „Jak się pod ławą urodziłeś, to na ławę nie wyleziesz”. Jest to przekonanie, że poczucie własnej wartości ukształtowane zostało we wczesnym dzieciństwie i niewiele możemy z nim zrobić w życiu dorosłym.

Obydwa zagrożenia prowadzą wcześniej czy później do zniechęcenia.

Na poczucie wartości wpływamy w różny sposób. Jest to proces, w którym stopniowo poznajemy siebie. Odkrywamy, co jest prawdziwe, a co fałszywe, co nasze, a co przejęte w posagu. Decydujemy, co wzmocnić, a co wyeliminować, co zmienić, a co zaakceptować.

Co znaczy „bądź sobą”?

Nie lubię tego określenia, bo najczęściej są to życzenia w stylu: „Niczym się nie przejmuj, miej wszystko i wszystkich w nosie i wyrażaj siebie w niepohamowany sposób”. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić, to może to oznaczać: bądź taki, jaki tylko ty potrafisz być. Nikt na świecie nie potrafi tego tak jak ty. To znaczy: lubię twoją indywidualność, to, kim jesteś. Nie chowaj tego, ale dziel się ze światem. Może to?

W filmie Forrest Gump jest taka scena, w której Jennie pyta Forresta, kim chciałby być, gdy dorośnie. Z prostą naiwnością Forrest odpowiada: „Jak to? Przecież zawsze będę sobą!”. W byciu sobą chodzi może o to, żeby mieć kontakt ze swoją indywidualnością, która się skrywa pod wszelkimi rolami, maskami… Choć bycie sobą polega również na tym, że tylko ja pełnię różne role w sobie właściwy, niepowtarzalny sposób. Ktoś może robić podobnie, ale nigdy tak samo.

Wybierzmy się w podroż, żeby odnaleźć poczucie wartości. Ani za wysokie, ani za niskie, ale takie w sam raz.

Podoba mi się określenie „odnaleźć”, bo mamy wartość już przez to, że istniejemy. Musimy ją tylko… poczuć. A ta wędrówka raz rozpoczęta, nigdy się nie kończy. Nasz cel zawsze jest przed nami.

Skąd wyruszyć na tę niecodzienną wyprawę?

Zacznij w miejscu, w którym realnie jesteś, a nie tam, gdzie chciałbyś być. Nawet jeśli nie lubisz swojego obecnego stanu i szybko chciałbyś uciec. Początkiem jest pragnienie poznania siebie. Sama decyzja o poszukiwaniu własnej wartości powinna nastroić wędrowca optymistycznie, ponieważ świadczy o tym, że wierzy już trochę w siebie.

Co jeszcze – poza iskierką wiary w siebie – przyda się nam na starcie?

Ciekawość. Żeby wyruszyć, musisz być siebie ciekaw. Każda podróż tak się zaczyna. Jeśli sam nie odkryjesz piękna w sobie, nikt nie zrobi tego za ciebie.

Zacznij patrzeć na „ja”. Jeśli będziesz robił to uważnie, to mimo że znasz siebie od dziecka, zaczniesz zauważać rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałeś. Kiedyś spotkałem człowieka, który zmagał się z przymusem nieustannego mycia rąk. Zapytałem go, z czym łączy ten problem. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział, że… nigdy się nad tym nie zastanawiał. Choć męczyło go to przez trzydzieści lat, nie przyglądał się sobie uważnie!

Jak mógł to zrobić?

Przede wszystkim dostrzegając nie tylko swoje zachowania, ale również to, co jest głębiej: myśli, uczucia, pragnienia, motywacje, na które nigdy nie zwracał uwagi. W tej podróży przydaje się szkło powiększające. Dzięki niemu nie zatrzymujemy się na poziomie oczywistości, ale zaczynamy zauważać, wiązać ze sobą i rozumieć to, co do tej pory nie było odkryte. Wiele może nam powiedzieć nasze ciało.

A co mówi ciało?

Ciało się nie myli. Umysł można oszukać. Ciała nie. Niezawodnie mówi nam, co czujemy. Zdarza się, że ktoś uparcie powtarza: „Nic nie czuję”, a jego ręce układają się w pięści. Podróż ku sobie polega także na tym, że zaczynasz doceniać własne uczucia i próbujesz rozumieć to, co ci mówią. Warto słuchać ciała, choć nie zawsze trzeba być mu posłusznym. Dobrze zdawać sobie sprawę z własnych odczuć, żeby świadomie reagować. Trzeba zacząć patrzeć na swoje ciało jak na przyjaciela, a nie na przeciwnika. Stara zasada życia duchowego mówi, że nic, co nie zostało przyjęte, nie może być zbawione.

Często umiemy odpowiedzieć na pytanie: „Co robię?”, ale nie zadajemy sobie pytań, które mogłyby zaprowadzić głębiej.

Choć czasami uważamy, że pytanie „Co robię?” jest najważniejsze, jednak są pytania, które w tej podróży są lepszymi drogowskazami: Czego unikam? Co czuję? Czego pragnę? Dlaczego jest tak, jak jest?

Czy w wędrówkę ku sobie możemy wyruszyć sami, czy potrzebujemy towarzyszy?

W tę podróż nie tylko nie wyruszamy sami, ale wręcz potrzebujemy przewodnika. Sytuacje, w których jesteśmy z innymi, mówią nam bardzo wiele o nas samych. Moje relacje z ludźmi są odbiciem mojej relacji z samym sobą. Poza tym sposób wchodzenia w relacje to okno do naszego wewnętrznego świata. Warto poprosić kogoś, żeby nam życzliwie towarzyszył. Życzliwość nie oznacza pobłażliwości. W patrzeniu i poznaniu samych siebie zawsze mamy martwy punkt – jak w bocznym lusterku samochodowym. Dlatego potrzebujemy innych, by przejrzeć się w ich oczach…

…jak w lustrze.

Nie chodzi o ciągłe szukanie potwierdzania własnej wartości w oczach innych. Raczej o pewną obiektywizację. Sam przecież nie wszystko w sobie dostrzegam, mogę czegoś nie zauważać. Jeśli kilka osób zwraca mi uwagę na podobną rzecz, to może warto to wziąć pod uwagę i przemyśleć?

Wędrowanie często zaskakuje…

…bo przyzwyczajamy się łatwo do pewnego sposobu patrzenia na siebie.

Słyszałem kiedyś historię z życia znanego terapeuty, która pokazuje, jak wiele potrafimy zrobić, żeby nie dać się wyrwać z własnego przekonania. Otóż ów terapeuta leczył człowieka, który twierdził, że jest trupem. Tłumaczenia i dowody logiczne, że żyje, nie przynosiły żadnego efektu. Pacjent niezmiennie uważał, że nie żyje. W końcu zrozpaczony terapeuta zapytał swojego pacjenta, czy trupy krwawią. Ten bez wahania odpowiedział, że nie. Wtedy terapeuta ukłuł go szpilką w rękę. Pojawiła się kropla krwi. Pacjent spojrzał i stwierdził: „Trupy jednak krwawią”. Łatwiej nam dopasować rzeczywistość do swoich przekonań, niż dostosować przekonania do rzeczywistości.

Dlatego w poznawaniu siebie warto doceniać zaskakujące sytuacje. One nie pozwalają na nadmierną kontrolę i wyrywają nas z rutyny. Reagujemy wtedy szybko i spontanicznie.

Wywiad pochodzi z książki „Sankofa. Nie zmarnuj życia”, Wydawnictwo W drodze, 2017, nad którą Aleteia objęła patronat medialny

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail