Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Monika Borzym: Odrobiłam lekcję historii

Materiały prasowe
Udostępnij

Jak to? Mam śpiewać o Powstaniu Warszawskim, o cierpieniu, którego nie jestem w stanie sobie wyobrazić? – zastanawiała się Monika Borzym przystępując do nagrywania płyty z poezją Anny Świrszczyńskiej.

Monika Borzym to czołowa polska wokalistka jazzowa. Z okazji 73. rocznicy Powstania Warszawskiego wzięła udział w projekcie MPW, w ramach którego powstała płyta z poezją Anny Świrszczyńskiej „Jestem przestrzeń”. Jeden z utworów śpiewa z artystką Wojciech Waglewski.

 

Ula Urzędowska: Poruszające słowa poetki Anny Świrszczyńskiej, którym dajesz swój głos i kontekst historyczny Powstania Warszawskiego. Trudne zadanie. Z jakimi emocjami wchodziłaś w tę przestrzeń?

Monika Borzym: Urodzona w wolnej Polsce, w 1990 roku w Warszawie, w pierwszej chwili w ogóle nie mogłam się w tym usłyszeć. Jak to, ja będę śpiewać o Powstaniu Warszawskim, o cierpieniu, którego nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić? Propozycja była zaskakująca tym bardziej, że jestem raczej radosną dziewczyną, a nie depresyjną. Przerażenie trwało do momentu, w którym Agnieszka Glińska, autorka wyboru tekstów na płytę „Jestem przestrzeń”, pokazała mi kilka wierszy.

 

Muzyka i ciarki na ciele

Czyli to słowo Cię przekonało?

Tak, choć muszę przyznać, że nie jestem wielką fanką poezji. Uwielbiam prozę. Ale z tekstami Anny Świrszczyńskiej mam tak, że one omijają głowę i trafiają prosto do serca. Jak śpiewałam te piosenki, szczególnie już w studio, to działy się różne rzeczy. Nie mogłam powstrzymać ciarek na całym ciele, zdarzyło mi się popłakać. Miałam też taki jeden słabszy dzień, gdy okazało się, że po prostu nie mogę śpiewać tych utworów. One wymagają czystości wewnętrznej, sporej ilości przestrzeni w środku. Nie można być obarczonym zbyt dużą ilością emocji własnych, aby oddać wagę słów.

Słów u Anny Świrszczyńskiej bywa niewiele, ale ich precyzja, waga i kontekst po prostu odbierają mowę. Poetka przeżyła okupację w Warszawie, w Powstaniu Warszawskim była sanitariuszką i można powiedzieć, że przez kilkadziesiąt lat szukała słów, aby opisać swoje doświadczenie. Tom wierszy zatytułowany „Budowałam barykadę” ukazał się w 1974 roku. Na płycie „Jestem przestrzeń” są dwa utwory z tego zbioru.

Nie ukrywam, że walczyłam o to, aby tych bezpośrednich nawiązań do powstania było jak najmniej, żebym ja mogła być w tym projekcie wiarygodna. Omijałam więc rany szarpane i inne drastyczne frazy, bo trochę sobie nie wyobrażałam, żeby to przepuszczać przez swoje 27-letnie średnio doświadczone cierpieniem usta. I udało nam się doprowadzić do tego, że ta płyta jest przede wszystkim o Annie Świrszczyńskiej. Mam nadzieję, że będzie żyła dłużej niż tydzień obchodów, a przecież odciski Powstania Warszawskiego są w każdym jej wierszu.

 

Zakochałam się w Świrszczyńskiej

Tak jak w utworze „Ogniotrwały uśmiech”, który śpiewasz na płycie. Temat Powstania Warszawskiego można tu odkryć pod słowami: „przeszłam przez kąpiel z ognia”. Ale wiersz jest i o niezależności, również wobec mężczyzny.

Ja naprawdę się zakochałam w tej Świrszczyńskiej! Ona wybiegła przed czas totalnie. To jest tak odważne pisanie o kobiecości, o naszych potrzebach. Najlepsza odsłona feminizmu! Te wiersze są tak współczesne, jakby je pisała wczoraj – na przykład w utworze „Wszystkie chwyty dozwolone”:

Chwytam się różnych rzeczy,/śniegu, drzew, niepotrzebnych telefonów,/czułości dziecka, wyjazdów,/(…) Chwytam się wszystkiego,/żeby się nie zapaść/w przepaść.

To, że ja starałam się znaleźć teksty jak najbardziej uniwersalne, było również podyktowane tym, żeby korzystając z tej całej trampoliny, którą są obchody powstania, pokazać światu Annę Świrszczyńską. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak wielu z nas umknęła ta twórczość, a przecież to była ulubiona poetka Czesława Miłosza. Napisał on nawet krótką książeczkę o niej „Jakiegoż to gościa mieliśmy”. A ja chciałam się podzielić jej poezją z innymi dziewczynami, z wrażliwcami.

 

 

Moja pierwsza godzina „W”

Jak szukaliście właściwego dźwięku dla tych słów?

Muszę przyznać, że kilka utworów, na przykład „Czternastoletnia sanitariuszka myśli zasypiając”, śpiewałam na co najmniej pięć różnych sposobów. W pierwszej chwili poszłam za tym, co sugerowała mi muzyka, czyli wybrałam mocny soulowy głos. Potem słuchałam tego i coś było nie tak, nie mogłam znieść tego nagrania. To mi brzmiało jakimś tanim R’n’b i odbierało moc tym słowom.

Biłam się z myślami wiele dni i w końcu zaśpiewałam to cichutko. Po odsłuchaniu uznałam, że to jedyny sposób. Te słowa są tak mocne, że dociążanie ich warstwą muzyczną czy interpretacyjną jest po prostu nie na miejscu. To była fantastyczna lekcja wrażliwości i pokory dla mnie i autora muzyki, Mariusza Obijalskiego. Postanowiliśmy ustąpić miejsca Annie Świrszczyńskiej i nie skupiać się na własnym ego i chęci popisywania się.

Były nawet takie sytuacje, gdy ktoś po odsłuchaniu pierwszej demówki mówił: „Monika, weź coś w końcu zaśpiewaj, weź coś ryknij po prostu”. Ale ja wiedziałam swoje. Nie wydaje mi się, by Anna Świrszczyńska, na tyle, na ile ją dzięki temu projektowi poznałam, była osobą krzyczącą swoje komunikaty. Ona opowiada z taką godnością o swoim cierpieniu, że tam w ogóle nie ma miejsca na krzyk.

Wzruszyła mnie „Bardzo smutna rozmowa nocą”. To wiersz, który śpiewasz z Wojciechem Waglewskim. Jakie to było spotkanie?

Z Wojciechem Waglewskim znamy się już od kilku lat. Jest moim idolem i mentorem. Nie ukrywam jednak, że to było trudne wyobrazić sobie, jak będziemy śpiewać piosenkę, którą ja interpretuję jako taką rozmowę kochanków u schyłku. Jest przecież między nami spora różnica wieku. Jak to zabrzmi? Zastanawiałam się też, jak on to ugryzie. I nagle przyszedł Wojciech Waglewski, z tą swoją mądrością i życiowym doświadczeniem, i tak rozciągnął znaczenie tej piosenki, że nabrała ona zupełnie nowego kontekstu. Nie jest już tylko rozmową kochanków, ale opowieścią, w której można odnaleźć różne relacje.

Jak praca przy tej płycie zmieniła Twoją relację z Warszawą, miastem, w którym się urodziłaś?

Mówiąc szczerze, zawsze byłam skupiona na muzyce, trochę czasu spędziłam w Stanach Zjednoczonych i kilka lekcji historii mnie ominęło. Odrobiłam je przy okazji tego projektu i teraz wiem i czuję, że mam prawo śpiewać te wiersze. Dziwnie to zabrzmi, ale nie mogę się doczekać spokojnego spaceru po Warszawie i mojej pierwszej godziny „W”, którą przeżyję z pełną świadomością.