Aleteia

Magda Frączek: Lea i Rachela. Jaką kobietą jesteś

Udostępnij
Komentuj

Czasem potrzeba całego życia, aby zdać sobie sprawę ze swojej wartości.

Badania wskazują, że po 2 minutach przeglądania magazynu z modą 70% kobiet odczuwa wstyd i przygnębienie. Wiele z nas boryka się z pokusą porównywania się do innych, wpada w wir gonitwy za jakimś nieprawdziwym, rynkowym wzorem. Jeszcze więcej nosi głęboko zakorzenione rany z dzieciństwa – bycia nieidealną, niewystarczalną, niegrzeczną, brzydką. Ciągle pod ostrzałem tych nieludzkich wymagań bycia najlepszą, a jeśli nie najlepszą to przynajmniej dobrą, choć to i tak za wiele, ponad ludzkie siły. Stąd pytanie o nasze poczucie wartości.

 

Zamrożone serce

Z czasem patrzymy na świat z coraz to większym dystansem. Przestajemy z sobą rozmawiać, godzimy się na jakiekolwiek traktowanie, zagłuszamy swoje pragnienia serialami, jedzeniem, historiami z gazet, ambicjami, karierą, szybkimi znajomościami, nadmierną opiekuńczością względem członków rodziny. Wszystko po to, aby nie czuć tych zranionych i niezbadanych miejsc w swoim sercu.

Większość ludzi, większość kobiet (!) przechowuje swoje serce w zamrażalniku. Do pewnych sfer – najczęściej są to nieuświadomione sfery – nikt nie ma dostępu. Pod osłoną nocy, tam gdzie nikt nie widzi, robimy sobie różne rzeczy. Pielęgnujemy złe myślenie o sobie. Zmuszamy się, by rano wstać, nałożyć strój i makijaż i znowu, tak jak co dzień, zacząć kolejne przedstawienie.

Chciałoby się powiedzieć: „Emocje, emocje, emocje, nieuporządkowane emocje!”. Uczestniczymy w nieustannej gonitwie za tym, by czuć się z sobą dobrze, nie schodząc w dół. Nie schodząc w głąb siebie. Wiązałoby się to zbytnio z niebezpieczeństwem odkrycia czegoś, co mogłoby nas zaniepokoić, osłabić, zasmucić. Wybieramy dryfowanie na powierzchni. Nasze życie przypomina niezwykle fascynującą zabawę… W sferze wydzielonej dla dzieci do lat 13. Moja mama zawsze powtarza: „Utopić można się wszędzie – nawet na 1 metrze głębokości. To nauka pływania nas ocala!”.

Wypłyń na głębię! (Łk 5, 4b) – do moich uszu dobiega delikatny głos. Nie szamocz się w sferze dla amatorów, jestem przy tobie, płyń, jeszcze głębiej, jeszcze głębiej. Poznaj siebie, tak jak Ja cię znam. Od prawdziwej strony.

Dwie siostry

Chciałam opowiedzieć Wam dziś o doświadczeniu, które odmieniło moje życie. Dla lepszego zobrazowania posłużę się historią dwóch sióstr – Lei i Racheli. Jestem przekonana, ba!, głęboko w to wierzę, że zobaczysz w tej historii samą siebie, swoją zranioną kobiecość, tak jak i ja zobaczyłam swoją.

Historia ta pochodzi z Księgi Wyjścia ze Starego Testamentu. Rozpoczyna się w momencie, gdy Jakub – syn Izaaka, rusza w świat w poszukiwaniu żony i zakochuje się w jednej z córek Labana, swojego krewnego, w Racheli.

Miał zaś Laban dwie córki; starsza nazywała się Lea, a młodsza Rachela.  Oczy Lei były jakby zgaszone, Rachela zaś miała piękną postać i miłą powierzchowność. – Ponieważ Jakub pokochał Rachelę, rzekł do Labana: «Będę ci służył przez siedem lat za twą młodszą córkę, Rachelę». Laban powiedział: «Wolę dać ją tobie niż komu innemu. Pozostań więc u mnie». I tak służył Jakub za Rachelę przez siedem lat, a wydały mu się one jak dni kilka, bo bardzo miłował Rachelę.

Wreszcie rzekł Jakub do Labana: «Ponieważ czas już upłynął, daj mi córkę twą za żonę, abym się z nią połączył». Wtedy Laban, zaprosiwszy wszystkich mieszkańców tej miejscowości, wyprawił ucztę. A gdy był wieczór, Laban wziął córkę swą Leę i wprowadził ją do Jakuba, i ten zbliżył się do niej. Dał też Laban tej córce swej niewolnicę Zilpę.

Rano Jakub zobaczył, że ma przed sobą Leę. Rzekł więc do Labana: «Cóż mi uczyniłeś? Czyż nie za Rachelę ci służyłem? Czemu mnie oszukałeś?» Laban odpowiedział: «Nie ma tu u nas zwyczaju wydawania za mąż [córki] młodszej przed starszą. Bądź przez tydzień z tą, a potem damy ci drugą, za którą jednak będziesz u mnie służył jeszcze siedem następnych lat». Jakub przystał na to i był przez tydzień z tą. Potem Laban dał mu córkę swą, Rachelę, za żonę. Racheli dał Laban również niewolnicę Bilhę, aby jej usługiwała.

Jakub więc zbliżył się do Racheli i kochał ją bardziej niż Leę. I pozostał na służbie u Labana przez siedem następnych lat.

 

Lea i Rachela

Lea jest starsza, nie wiemy o ile lat dokładnie. Wiemy natomiast, że jest brzydsza od Racheli. To nie w niej zakochuje się Jakub. Lea oznacza „krowa”. Pomyślmy sobie, jaki ojciec nadaje takie imię swojej córce?! „Żono, a tej córce pierworodnej damy na imię «krowa»!

Szczerze powiedziawszy, myślę że niejeden ojciec daje tak na imię swojej córce. Krowa, głupia, idiotka, tępa, itd. Lea nie miała łatwego życia w swojej rodzinie. Nie miała wielu adoratorów. Nie miała propozycji małżeństwa. Miała tylko cwanego ojca, który za pomocą strasznego podstępu podrzucił ją facetowi, który miał być mężem jej siostry. Która z nas chciałaby być w takiej sytuacji?

Lea musiała być bardzo zraniona i zalękniona, co więcej – ona sama musiała myśleć o sobie jak „o krowie”, skoro zgodziła się być tylko kartą przetargową, nikim, zbliżyć się do mężczyzny, który nawet nie patrzył jej w twarz.

Jak to jest być cieniem, zakompleksionym cieniem swojej siostry? Czytamy, że „oczy Lei były zgaszone”. Być może po prostu nie widziała ani siebie, ani innych ludzi we właściwym świetle.

Rachela to młodsza z sióstr. Jej wizytówką jest piękna postać i miła powierzchowność. O to, to to! Od razu zrobiło się przyjemniej! Rachela znaczy „owieczka”. Taka do przytulenia. Taką, którą chce się zaopiekować, stworzyć najlepsze warunki. Taka księżniczka. Oczko w głowie.

Może podsumujmy – dla niej Jakub był w stanie służyć u Labana 14 lat!!! Może sprecyzujmy, co kryje za sobą owo piękne słowo „służyć”. A no, paść bydło, wyrzucać kupy tego bydła, ciężko harować. I tak w kółko. Najbardziej podoba mi się w tym fragmencie sformułowanie, że to wszystko wydawało mu się jakby trwało tylko kilka dni, bo tak kochał swoją Rachelę.

Kochał ją bardziej. To też takie znamienne, być kochaną bardziej. „Moja córka osiągnęła to i to”. „Moja córka jest niesamowita, ma takie zdolności”. Bycie Rachelą to ciągłe życie w napięciu, że wszystko musi mi się udawać. To ciągłe zadowalanie innych, bycie ponad innymi kobietami, choć jedna jest tylko „błogosławiona między niewiastami” i nie jest nią żadna znana aktorka ani modelka, tylko dziewczyna z Nazaretu z dość okrojoną listą dokonań w stylu „kobiety sukcesu”.

Bycie Rachelą to wieczna spina, to super ułożone włosy, świetny makijaż, miła powierzchowność. Nic o wnętrzu. Kim Rachela naprawdę się czuła? Czy w ogóle kochała Jakuba? A może ta miłość ją przytłaczała? Może ona w ogóle nie chciała tego małżeństwa?!

 

Którą z nich jesteś?

Prawdę mówiąc, żadna z sióstr nie wiodła szczęśliwego życia, ponieważ życie każdej z nich było życiem ekstremalnym. Niepoprawnym jest ciągle uważać się za krowę. Każda z nas ma tysiące talentów i słabości. Każda z nas ma coś wspaniałego i atrakcyjnego w fizyczności – oczy, włosy, talię, nogi, kostki, biodra… Każda z nas ma też jakieś defekty: – oczy, włosy, talię, nogi, kostki, biodra…

Problem w przeżywaniu siebie samej polega chyba właśnie na tym, że nie akceptujemy takich „wymieszanych” siebie, że traktujemy siebie ambiwalentnie czyli – mam być super dobra, a jak nie jestem super dobra to jestem super zła. Albo Rachela, albo Lea. Pośrednich stanów nie przyjmujemy!

Może to najbardziej oczywista oczywistość pod słońcem, ale być może takich właśnie potrzebujemy najbardziej. Otóż, być kobietą to znaczy BYĆ CZŁOWIEKIEM. Mieć godność taką, jaka przysługuje człowiekowi. Mieć słabości takie, jak człowiek. Być jedną z wielu ludzi, którym Bóg pozwolił chodzić po tym świecie.

Którą z sióstr jesteś? Jeżeli tak jak ja jesteś Rachelą, która zawsze musi być perfekcyjna i nie wolno jej nikogo zawieść, która wszystko w życiu musi mieć poukładane i nie daj Boże, że coś się sypnie… Jeżeli jesteś Rachelą, która już nie daje rady być tą najlepszą. Może ma depresję? Może zatapia swoje skołatane serce w nieuporządkowanych relacjach albo w uczuciach z serialu? Jeżeli grasz przed ludźmi, aby się im przypodobać, akceptujesz tylko mocną część swojej osobowości oznacza to, że gdzieś tam w Twoim sercu jest zapomniana mała Lea. Od lat z nią nie rozmawiasz, odmawiasz jej możliwości istnienia, doprowadzasz do łez. Tak naprawdę nie chcesz jej oglądać, bo boisz się, że gdy ona zacznie mówić, to wróci cały ten ból, bo wtedy zobaczysz kim jesteś naprawdę – jesteś kobietą, która ma prawo być sobą.

Jeżeli czujesz się Leą, jeżeli nie ma w Tobie dobrej myśli na swój temat, czujesz, że nie spełniasz już żadnych oczekiwań, że nic ci w życiu nie wyszło to czas, abyś poszukała w sobie Racheli. Nawet jeśli po Twojej głowie krążą arcy głupie myśli pt. „Lepiej gdyby mnie nie było” rzuć się w wir poszukiwań ukrytej w Tobie małej ślicznotki. Najprawdopodobniej znajdziesz ją gdzieś w kącie, skuloną i wystraszoną. Albo pod grubym swetrem i dżinsami, które nosisz codziennie. Znajdziesz ją pod Twoją honorową sentencją, która brzmi: „Jestem gruba i brzydka”. Spróbuj pomyśleć, że wcale tak dobrze jeszcze siebie nie poznałaś. Uwierz w zaskoczenie! Czy wiesz, że „bez Lei nie byłoby żadnego Rubena, Lewi, Judy, a bez nich żadnego Mojżesza i Dawida. Patrząc z punktu widzenia Nowego Testamentu, musimy też powiedzieć – żadnego Jezusa z Nazaretu”?. Jezus pochodził z pokolenia Judy! Lew z pokolenia Judy, Juda był synem brzydkiej, starej krowy Lei.

 

Jest taka prawda

Jest taka wielka prawda, że niewypłakane łzy nigdy nie wysychają. One cały czas w nas są i pragną wypłynąć. Do kogo pójść z całym tym balastem życia? To ważne pytanie. Przekonałam się o tym wiele razy, próbując zaufać ludziom, którzy na to nie zasługiwali lub innymi słowy – którzy nie potrafili unieść ciężaru mojej złożoności :).

Może brzmi to jak wyświechtany banał, ale najlepiej wypłakuję się przy Jezusie. On nigdy na mnie nie krzyczy, nie posyła rad „za pięć złotych”. On wie, jak się mną zająć. Mówi do mnie: Cieszę się, że przyszłaś, bo Twoja miłość ucierpiała. Cieszę się, że przyszłaś, bo przyniosłaś mi grzech i słabość. Kocham Cię.

W tym spotkaniu nie fascynuje mnie najbardziej to, że się otworzyłam albo że poczułam coś na wzór spadającego z nieba brokatowego konfetti. Nie chodzi też o to, że nagle czegoś mądrego się o sobie dowiedziałam, coś zrozumiałam, albo że – znacie te obietnice? – od tej pory moje życie zupełnie się odmieniło. Odkryłam, że najbardziej porusza mnie to, iż bez względu na to, co tym razem ze mnie wypłynie, nie muszę się siebie bać. Zauważyłaś jak często Jezus mówi „Odwagi!” albo „Nie bój się”? Myślę, że na takie wyznania porywa się tylko ten, kto naprawdę się nie boi.

Tak więc, co najbardziej skłania mnie ku Jego sercu? Tylko tyle – pewność, że zawsze będę przyjęta.

 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail