Aleteia

Panieński bez żenady? Z czego zrezygnować, żeby wspomnienie wieczoru nie było koszmarem

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Tradycje związane z wieczorem panieńskim są przestrzegane od pokoleń. Ale czy na ziemi jest jeszcze ktoś, komu faktycznie sprawiają radość?

W tym lecie czeka mnie aż dziewięć ślubów. Osiem z nich poprzedzą wieczory panieńskie koleżanek szykujących się do zamęścia, więc pole do badań jest cudne. I pewnie będziecie Państwo pisać: skąd Pani tych znajomych w ogóle wytrzasnęła?, ale mimo to odważę się wyznać. Niezależnie od tego, kim są i w co wierzą, świadkowe żony wszystkie jak jeden mąż uwielbiają folklor i to właśnie do niego odwołują się, przygotowując wieczór.

Dlaczego? Gdy pytam, odpowiedź ubrana jest w formę bezosobową: bo tak się po prostu robi.

 

Każda impreza wygląda mniej więcej tak: popijające litry napojów procentowych młode kobiety przywdziewają mocno kiczowate stroje (w tym obowiązkowo na głowach diabelskie różki w typie kolorystycznym Prosiaczka z książki A.A. Milnego). Hałaśliwe na ile to tylko możliwe, drogą limuzyną wybywają na miasto, gdzie zwracają na siebie uwagę nie tylko piszcząc, czy tańcząc na stołach, ale i głośno kibicując przyszłej małżonce, żeby odważyła się wykonać zadanie – zawsze bezpośrednio nawiązujące do seksu, nierzadko angażujące osoby trzecie i równie często zwyczajnie upokarzające główną bohaterkę. W międzyczasie oglądają występ nieznajomego pana, który za ich grube pieniądze rozbiera się w salonie, obdarowują koleżankę masą gadżetów z seksszopu i zjadają słodkości w takich kształtach, że stół bardziej od stołu przypomina rozkładówkę w Przeglądzie Urologicznym.

W efekcie trudno jest przeżyć przyjęcie bez stałego towarzysza: poczucia zażenowania (podobne czułyśmy ostatnio w gimnazjum, gdy koledzy strzelali w najlepsze z naszych ramiączek od stanika). I trudno się doliczyć, komu naprawdę zabawa ta sprawia przyjemność, a kto tylko udaje, bo myśli, że innym sprawia.

Uwaga: ten tekst nie będzie o tym, że katoliczka (bądź katolik – bo rzecz w równym stopniu dotyczy mężczyzn) swój panieńsko-kawalerski wieczór ma spędzić na klęczkach w kaplicy lub biegając po mieście w włosiennicy. Chodzi jedynie o to, żeby wśród setek propozycji, które ma dla nas tradycja, znaleźć te, które naprawdę są warte swojej ceny (lub po prostu wymyślić własne).

 

Bez żenady i upokorzenia

Zorganizowane gry i zabawy podczas wieczoru panieńskiego są OK. Sęk w tym, żeby pamiętać, że największą radość mają one przynieść głównej bohaterce – nie nam. Dlatego kazanie jej śmigać po osiedlu i całować kolejno napotkanych mężczyzn będzie zgoła kiepskim pomysłem.

Czym go zastąpić? Zróbmy koleżance test, jak dobrze zna swojego narzeczonego. Nagrajmy film z wieczoru panieńskiego. Zorganizujmy podchody, prowadzące do jakiejś miłej niespodzianki. Wyślijmy pannę młodą na spacer po starym mieście, gdzie podstawieni przechodnie będą wręczać jej kwiaty. Naklejmy jej na plecach kartkę i wpisujmy tam szczere, dobre myśli na jej temat (podczas czytania będzie musiała zgadnąć, kto jest autorem której). Zróbmy pogoń za fantami. Pobawmy się w wymyślanie ślubnych fryzur czy makijażu. Przygotujmy mapę z najbardziej romantycznymi miejscami na randki. Stwórzmy małżeński modlitewnik, uwzględniając specjalizujących się w tej materii świętych. Zróbmy własny różaniec z soczewicy lub zatyczki do uszu  – pomocne, kiedy mąż będzie chrapał. Ubierzmy pannę młodą w suknię zrobioną z papieru.

Gotowanie z zasłoniętymi oczami obiadu dla małżonka? Nie wiem – może dla równowagi w przyrodzie przekażmy ten wariant świętującym wieczór kawalerski. 🙂

Nie zapraszajmy też na przyjęcie byłych chłopaków panny młodej. To kolejny zły pomysł w kategorii „żenada i/lub upokorzenie”. Musimy mieć świadomość, że nie wszystkie relacje, które się skończyły, przestały wywoływać emocje. Obecność żadnej z takich osób nie wniesie niczego dobrego do atmosfery spotkania. Czym zastąpić? Absolutnie niczym.

 

Bez trywializowania

Wszyscy doskonale wiemy, że seks w małżeństwie jest ważny. To jednak nie powód, żeby mianować go motywem przewodnim wieczoru – zwłaszcza jeśli w ten sposób mocno temat spłycamy. Dlatego o ile panna młoda nie jest lekarzem, lepiej do tematu posiłku podejść mniej anatomicznie. Pokazy striptizera też z tego względu sobie darujmy.

Czym zastąpić: Jeśli już koniecznie chcemy uatrakcyjnić spotkanie wizytą nieznajomego, zaprośmy na prywatny recital jakiegoś muzyka. Do dziś pamiętam, jak na wieczór panieński znajomej Rzymianki zaprosiłyśmy ulicznego wokalistę z Piazza del Popolo. Zapewniam, że sam jego śpiew wystarczył, żebyśmy pomdlewały z wrażenia.

A jeśli czytają Państwo na Aletei przepisy Magdaleny Rączki (Sweet Spoon), nie zajmie mi długo przekonywanie Was, że pomysłów na ciekawe jedzenie też znajdzie się sporo.

 

Bez utraty świadomości

Niektórzy sądzą, że prawdziwy wieczór panieński nie może się udać bez upicia się na umór. W pewnym sensie ich rozumiem. Po zrobieniu tylu głupot, jakie na ten czas zaplanowano, najlepszym wyjściem byłoby po prostu później o nich nie pamiętać. To jednak nie żarty (jak w moim przypadku), a poważne postanowienie wielu uczestniczek zajścia. W jednym z zaproszeń czytam: „Robimy panieński parę tygodni przed ślubem, żeby zdążyć się wyleczyć z potężnego kaca”.

Alkohol, jeśli ktoś lubi, to naprawdę nic złego. Gorzej – jeśli staje się narzędziem do utraty granic i świadomości.

Czym zastąpić? Proponuję wspólne przygotowywanie małych naleweczek na różne „małżeńskie dolegliwości”. Jedna niech będzie na brak jednomyślności, druga na szlajanie się męża z kumplami, trzecia dla męża na bóle po wielkich zakupach żony, czwarta dla obojga na brak wspólnego czasu, a piąta… pomysłów na pewno wam nie zabraknie. Tak samo jak smaków i aromatów, które można w tych buteleczkach zmiksować.

 

Bez grosza przy duszy

Na koniec warto pamiętać o kieszeniach imprezujących, dla których sam prezent ślubny to już spory wydatek. Mam spore wątpliwości, czy bez drogiej limuzyny lub wyjazdu na wieczór panieński na drugi koniec kraju impreza faktycznie będzie kompletnie zepsuta.

Najważniejsze są dobre pomysły i troska o to, co pannie młodej sprawi radość.

Bo bez odpowiedniego przemyślenia i wyczucia równie dobrze można ją zepsuć na miejscu. Nie tylko zapraszając byłych czy nosząc różowe różki, ale chociażby dobierając piosenki. Bo czy ktoś zauważył, że słynny song „Windą do nieba” opowiada o narzeczonej, która nie kocha narzeczonego? 😉

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail