Aleteia

Ciała w miłosnym dialogu. Jak zbudujecie udaną małżeńską intymność

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Szukając patentów na udaną intymność w małżeństwie, możemy stracić z oczu najważniejszy trop: wyjście ze skorupy egoizmu – tak w sypialni, jak w codzienności.

Wśród przyczyn, jakie negatywnie wpływają na przeżywanie intymności w małżeństwie, wymienia się często rutynę, zmęczenie, nieporozumienia, czasami nawet nudę. Z całą pewnością jednak nic tak nie niszczy tej sfery jak… egoizm. Taki, który jednym tchem wylicza moje potrzeby, a wśród nich, pomiędzy jedzeniem, piciem i konsumowaniem dóbr, jest właśnie także i seks.

 

Nie tylko moje potrzeby

Nie stawiam w stan oskarżenia potrzeb. Zrozumienie ich i wzięcie odpowiedzialności za nie jest miarą dorosłości i w dużym stopniu decyduje o naszym sukcesie w komunikowaniu się z innymi ludźmi. Gdy żona pada z nóg ze zmęczenia, po jej stronie leży, by zatroszczyć się o swój odpoczynek, nie zaś wygarniać całemu światu, że o niej zapomniał. Gdy mąż potrzebuje aktywności fizycznej, wyznacza możliwy czas, by iść z kolegami pokopać piłkę, zamiast obwiniać za swój brak kondycji żonę i dzieci.

Intymność jednak to miejsce, gdzie „potrzeba” domaga się innej definicji. Punktem wyjścia będzie potrzeba bliskości, w którą zaangażowane są już dwie osoby, a nie jedna. Ranienie siebie nawzajem zaczyna się tam, gdzie druga osoba służy zaspokojeniu „mojej potrzeby”.

Człowieka można krzywdzić na różne sposoby, ale na pewno na czele tabeli będzie potraktowanie kogoś w sposób instrumentalny –  w seksualności rodzi ono ogromne spustoszenie w emocjach, z którym nie wiadomo nawet, co potem zrobić. W dziedzinę, w której człowiek powinien czuć się najbardziej bezpieczny i obdarowany, wkrada się głębokie pęknięcie upokorzenia i odarcia z godności osoby. A osoba, jak pisał Wojtyła, nigdy nie może stać się środkiem do celu, ponieważ z definicji zasługuje wyłącznie na miłość.

 

Zaufanie i akceptacja

Zamiast więc myśleć o zaspokojeniu „mojej potrzeby” kosztem ukochanej osoby, warto włączyć znacznie głębszą perspektywę – budowania relacji, w której spotykamy się w pełni dobrowolnie, jako dwa różne od siebie byty, by siebie nawzajem obdarować. Wtedy nasze intymne spotkanie potrzebne jest nam obojgu, by przekazać sobie nawzajem coś niesłychanie ważnego. Jest to opowieść o wzajemnym zaufaniu i akceptacji. O wrażliwości na to, co w drugim kruche i potrzebujące zaopiekowania. O gotowości, by drugą osobę ubogacać sobą, choć nasze dary bywają tak niedoskonałe, jak my sami.

Gdy ciało nie podejmuje dialogu, w którym opowiada o miłości, próbuje zaspokoić jedynie przepaści swojego głodu. Egoizm jednak ma to do siebie, że jest nienasycony. Ile by nie wziął dla siebie, pozostawia człowieka w stanie niezadowolenia i frustracji.

Zresztą język ciała wyraża tylko te same postawy, wokół jakich toczy się nasza codzienność. Jeśli tam chodzi nam o udowadnianie sobie nawzajem, kto ma rację, sypialnia wtedy także staje się miejscem dominacji i podporządkowania sobie drugiego. Jeśli na co dzień wszystko od męża czy żony przyjmuję jako rozczarowanie, jego czy jej dar z siebie będzie również niewystarczający. Jeśli mąż albo żona na liście priorytetów życiowych zajmują miejsca końcowe, również intymne spotkanie będzie powierzchowne i pomiędzy innymi sprawami.

 

Kim dla ciebie jestem?

W znaku ciała spotykają się cali ludzie. Ze swoim poranieniem, z niedoskonałością figury i kondycji, z bagażem emocji, z pytaniem o to, „kim ja dla ciebie jestem?”. Dlatego bliskość wymaga tak wielkich starań, by drugiego nie skrzywdzić, nie umniejszyć, ale obdarować czułością, jaka może się zrodzić tylko z miłości, która nie stawia warunków wstępnych i roszczeń, i nigdy nie gra kartą szantażu czy poczucia wyższości.

Gdy myślę o tym, dochodzę do wniosku, że najbardziej gotowymi do tego spotkania czyni nas codzienny gest „umycia nóg” drugiemu – te drobiazgi, w których wyrażam moją troskę o męża czy żonę nawet, jeśli on czy ona tego nie widzi. Kiedy powstrzymam raniące słowo. Kiedy z czegoś drugą osobę wyręczę. Kiedy powiem komplement. I nie chodzi tu tylko o to, by mężczyzna prawił komplementy kobiecie, by ją jakoś przekonać do bliskości – chodzi generalnie o taką afirmację męża czy żony, o takie „wow” dla tego, kim ta ukochana osoba jest – by wówczas, gdy spotkamy się w znaku ciała, nie było wątpliwości, że jest dla mnie kimś ważnym.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail