Aleteia

Mój dziadek zbudował Empire State Building. A czego nauczył mnie?

robertpaulyoung/Flickr | Kerry Alys Robinson
Udostępnij
Komentuj

"Zawsze byłam pod wrażeniem wytrwałości, z jaką ludzie, którzy są wizjonerami pracują, by świat stawał się bardziej sprawiedliwy i pełen dobra" - rozmowa z Kerry Robinson, wnuczką Johna Raskoba.

Kerry Robinson, ambasadorka The National Leadership Roundetable (Narodowy Okrągły Stół Liderów), to młoda, dynamiczna i pełna entuzjazmu kobieta. Pochodzi z rodziny, która od lat angażuje się w działania Kościoła, wspomagając akcje charytatywne i organizacje pozarządowe. Od 1990 roku pracuje w rodzinnej fundacji. Jest Amerykanką, ale spotykamy się w Rzymie, w Lay Center, włoskiej siedzibie  fundacji, by porozmawiać o dobroczynności.

 

Lider musi mieć wizję i odwagę

Jak to jest być wnuczką człowieka, który zbudował Empire State Building? Co Pani czuje, myśląc o tym? 

Nigdy nie poznałam dziadka osobiście. John Raskob zmarł, zanim się urodziłam. Budowa najwyższego budynku na świecie to było jego wielkie marzenie. Długo obmyślał, jak wysoki może być, żeby się nie zawalił. Pod koniec lat 20 ubiegłego wieku oświadczył, że go zbuduje i sfinansuje. Zaraz potem, w 1929 roku w USA zaczął się wielki kryzys. Wszyscy byli przekonani, że Jonhn Raskob zrezygnuje ze swoich planów. Ale dla niego to była kwestia zasad.

Więc robił wszystko, by zrealizować swój projekt . Tysiące ludzi pracowały, by jego pomysł wcielić w życie. Wiele rekordów zostało pobitych, aż w końcu stanął niezwykły drapacz chmur.

I stał się ikoną architektury.  To jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie.

Warto przypomnieć, bo rzadko się o tym mówi, że trzeba było aż 40 lat, by wszystkie powierzchnie biurowe Empire State Building zostały wykorzystane. Wielu nie wierzyło w powodzenie tego projektu, ale John Raskob był wizjonerem. Wiedział, że on sam być może nie zobaczy końcowego efektu swojej pracy, ale wierzył, że pracuje dla dobra innych.

Wikipedia

 

Gdy jesteś liderem, musisz mieć wizję, a także odwagę, wytrwałość w działaniu i głębokie przekonanie, że masz rację, nawet gdy inni próbują ci udowodnić, że jest inaczej i chcą odwieść cię od twojego pomysłu.

Zawsze byłam pod wrażeniem wytrwałości, z jaką ludzie, którzy są wizjonerami pracują, by świat stawał się bardziej sprawiedliwy i pełen dobra. To nie jest zajęcie dla słabeuszy.  Takie zaangażowanie wymaga perspektywicznego myślenia. Mój najlepszy przyjaciel zawsze powtarza, jeżeli chcesz mieć natychmiastowy efekt – maluj domy.

Wyobraźmy sobie przyszłość tworzoną przez liderów, którzy łączą te wszystkie cechy: wizję, odwagę, wytrwałość w dążeniu do celu i pełna zaangażowanie, by czynić ten świat lepszym, bardziej sprawiedliwym i radosnym.

Działalność charytatywna

Jak dziś promować wielkoduszność? 

Jesteśmy niesłusznie przekonani, że dobroczynność to domena ludzi bogatych. Więc całkiem sporo osób uważa, że to ich nie dotyczy. Tymczasem życie pełne autentyczności, szczerości, wrażliwości i hojności jest wyzwaniem dla każdego człowieka. Wiara ma tu także olbrzymie znaczenie.  Życie polega przede wszystkim na dawaniu – to najważniejsza nauka, jaka płynie z chrześcijaństwa. Hojność, współczucie, empatia… – tak wygląda życie człowieka skoncentrowanego na nauce Jezusie. Każdy ma coś do ofiarowania.

Robimy krzywdę, sobie i innym, przypisując dobroczynność tylko ludziom bardzo bogatym.

The National Leadership Roundetable powstał 12 lat temu w USA. Chodziło o pomoc Kościołowi katolickiemu, a także o wykorzystanie potencjału, doświadczenia i zdolności intelektualnych osób świeckich, cieszących się poważaniem w swoich środowiskach. Dla nas najważniejsze jest bowiem przekonanie, że każdy ma coś do zaoferowania innym, że powinniśmy być szczodrzy i wpierać hojność innych.

Harris & Ewing/Wikipedia

 

Do naszej rady należą prezesi spółek, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, rektorzy uniwersytetów, liderzy finansowi, dyrektorzy międzynarodowych organizacji pozarządowych, i osoby pracujące na kierowniczych stanowiskach w różnych sektorach przemysłu. Łączą siły, by pomagać Kościołowi stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Wiara

„Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”.  Zgadza się Pani?

Nie tylko się zgadzam. Jestem głęboko przekonana, że to życiowa maksyma ważna dla nas wszystkich. Dostrzeżenie tego, co otrzymaliśmy, prowadzi nas do wdzięczności i do uznania prawdziwej wartości otaczających nas rzeczy. Im bardziej jesteśmy wdzięczni, tym bardziej stajemy się wspaniałomyślni i szczęśliwi. Hojność jest prawem wolnych obywateli.

Na tym opiera się działanie Państwa rodzinnej fundacji?

Nasi pradziadkowie John i Helena Raskob założyli ją 70 lat temu. Przyświecały im dwa cele. Chcieli, by przeznaczone na działalność fundacji środki wspierały misję Kościoła katolickiego na całym świecie. I żeby ich potomkowie służyli tej idei.

Raskobowie mieli trzynaścioro dzieci. Jedno z nich, nasz dziadek, miał ich czternaścioro. Nasza rodzina bardzo się rozrosła. Kiedy ktoś z nas kończy 18 lat, otrzymuje zaproszenie do fundacji. I tak działa już piąte pokolenie. Udział w pracach fundacji jest dobrowolny, nieodpłatny i rozumiany jako poważne zaangażowanie, także czasowe, w życie Kościoła.

Fundacja liczy dziś 100 osób, wszyscy są potomkami Johna i Heleny. Sprawdzamy, czy dana pomoc jest skuteczna, przeglądamy prośby… To rzadki przywilej służenia Kościołowi.

Nasza wiara jest pełniejsza, ponieważ spotykamy wiele osób, które są dla nas inspiracją i przykładem, od których możemy się uczyć. Kobiety, mężczyźni, osoby konsekrowane czy świeccy… – w tym świecie rozdartym przez brak nadziei.  Mamy możliwość czynienia miłosierdzia, staramy się łagodzić cierpienie, edukować ludzi, zapewniając im katechezę, być rzecznikami sprawiedliwości, działać na rzecz postępu, pokoju i zmniejszenia ubóstwa.

 

Odpowiedzialność

Innymi słowy, czuje się Pani uprzywilejowana.

Pomagamy pojedynczym osobom lub grupom osób, których działalność zasługuje na wsparcie. To niezwykli ludzie. Przywracają wiarę w Kościół i ludzkość. A nam dany jest skromny przywilej odegrania ważnej roli w ich życiu.

Pomysł, by być częścią rozwiązania, bierze się z poczucia przynależności i odpowiedzialności.

Kiedy w USA wybuchł kryzys związany z molestowaniem seksualnym w Kościele, wielu aktywnych katolików, także i ja, poczuliśmy się w moralnym obowiązku, by zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby pomóc leczyć rany i działać na rzecz pojednania.

Wystosowaliśmy także apel, by postępowanie Kościoła było bardziej odpowiedzialne, transparentne, etyczne i by uwzględniało odpowiednie rekompensaty. Nie robić nic to być współwinnym.

Moja wiara sprawia, że chcę, by moja obecność tu, na ziemi była błogosławiona. Niesienie pomocy i nadziei, promowanie hojności, sprawiedliwości i idei wspólnego dobra to sens mojego istnienia.

 

robertpaulyoung/Flickr
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail