Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Czy dziś jeszcze „ludzie listy piszą”?

Shutterstock
Udostępnij

Napisanie listu może być bardzo dobrą strefą bezpieczeństwa, ułatwiającą komunikację.

Koperta z naklejonym znaczkiem, wypisanym ręcznie adresem. W środku żadna faktura, ani urzędowe pismo „niniejszym zawiadamiające, że…”. List! Prawdziwy list z opisywaniem tego, co słychać, co cieszy, co dręczy, z czym jest kłopot, na co nadzieja. Przypominasz sobie, kiedy ostatnio taki otrzymałeś? No właśnie… Ja też nie bardzo. A to taka przyjemność. I dowód zaufania.

Przy okazji domowych porządków trącam przykrywkę starego pudełka po butach, w którym trzymam listy, jakie wymieniałam niegdyś z kilkorgiem bliskich mi osób. Opieram się pokusie otwarcia i rozczytywania na nowo dawno zapisanych myśli i emocji.

Przypominam sobie za to, że podobne archiwum, tyle że nie powiązane wstążką w pakiety, przetrzymuję też na komputerze, w końcu maile to następcy papierowych listów. Choć szybkość reakcji, skrócenie perspektywy, możliwość niemal bezzwłocznej komunikacji esemesowo-fejsbukowej wpływa również na styl listów elektronicznych. Ale dobre i to.

Wzięło mnie na nostalgiczne refleksje, bo wierzę, że niewypowiedziane rzeczy nie istnieją. I że czasem przecież łatwiej wyrazić nasze najintymniejsze, najbardziej skryte przemyślenia właśnie na piśmie. Nie w rozmowie.

Oczywiście, ktoś powie, że zdanie zapisane pozbawione jest intonacji, wyrazu twarzy, tej całej mowy ciała, która nadaje kontekst wypowiedzi i wpływa na interpretację. Zgoda. Jednak brak natychmiastowej interpretacji, reakcji adresata wypowiedzi, daje czas na dość swobodne dobieranie argumentów, na pauzy w dowolnym momencie, nawet na pewne kluczenie i brak konsekwencji w „wyrzucaniu” z siebie refleksji, bez stresu bycia pod bezzwłocznym ostrzałem riposty.

Pisanie może być bardzo dobrą strefą bezpieczeństwa, ułatwiającą komunikację. Choć znów ktoś może powiedzieć, że idzie tylko o wdzięcznego rozmówcę, który potrafi również słuchać. Jasne. Ale w nieidealnym, niezwykle szybkim świecie, gdzie niemal żądamy błyskawicznych rozwiązań, nasze rozmowy także przybierają formę „instant”.

Po stronie plusów z prowadzenia pisanych rozmów dołożę jeszcze taką: zapisanie naszych myśli, nazwanie stanów, które przeżywamy, bardzo pomaga w ich poukładaniu, paradoksalnie – pisząc do kogoś, wiele dowiemy się sami o sobie! I jeszcze – dla człowieka słowa to niebagatelna rzecz – posługujemy się ładniejszym językiem!

Dowód? Wystarczy sięgnąć po tomy listów zdobiących księgarskie półki. „Ty mnie nie kochasz i choć to wydać się może paradoksem: kochasz raczej samo uczucie, sam ten stan, w jakim się znajdujesz. Ja zaś gram rolę pośledniejszą – obiektu, na którym się to skupia” – pisała w grudniu 1925 roku Janina Kunig do Władysława Broniewskiego.

Z trwającej ponad 10 lat korespondencji Czesława Miłosza i Thomasa Mertona dowiadujemy się o samotności, zaangażowaniu i wątpliwościach ich obu względem Boga i natury. Do późniejszego polskiego noblisty trapista pisał w 1961 roku: „W obecnym położeniu znaleźliśmy się właśnie dlatego, że ludzie nigdy naprawdę nie pojęli ani nie uwierzyli w Chrystusa. To nie jest żaden frazes ani oczywiście nie należy tego brać w takim znaczeniu, że «ludzie nigdy nie stali się pobożnymi chrześcijaninami». Przeciwnie, pobożni chrześcijanie są zawsze, ale szczerze mówiąc, oni nikomu żadnych problemów nie rozwiązują, a już najmniej światu. Chrystus nie umarł na krzyżu jedynie po to, aby mogli istnieć pobożni chrześcijanie”.

Edward Stachura do starszego od siebie poety Mieczysława Czychowskiego żalił się jesienią 1957 roku: „Inaczej wyobrażałem sobie swoje studia. Nie mam akademika ani stypendium. W dodatku jestem chory, mam gorączkę i co dziwniejsze coraz częściej nawiedzają mnie krwotoki z nosa. Mietek! Jestem w beznadziejnej sytuacji. (…) Wyciąganie forsy od kobiet napawa mnie wstrętem. Czynię to jednak nadal, gdyż inaczej umarłbym z głodu albo musiałbym zrezygnować ze studiów, co niechybnie się stanie, jeśli coś się nie zmieni”.

Z czytania cudzych listów – choć wydaje się to jakoś niestosowne – można czerpać dość perwersyjną przyjemność: oto sięgamy czyjejś prywatności, stajemy się współadresatami myśli w zamierzeniu skierowanych ku konkretnej, innej osobie! Ciekawska nasza natura dość mile zostaje wtedy połechtana.

Ale spójrzmy nieco inaczej. To niezła inspiracja. W obrębie uczuć, pytań o egzystencję, wiarę, codzienność – czy przeżywamy inne stany? Czy potrafilibyśmy tak je opisać i nazwać? I najważniejsze – czy mamy do kogo takie listy zaadresować? Niektóre pewnie moglibyśmy do samych siebie (polecam, to też ciekawy eksperyment). „To, co nienazwane – gubi się”, więc może warto? Że o radości, wdzięczności, poczuciu bycia ważnym, szanowanym, docenionym adresata listu nie wspomnę.

Tags:
listy
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail