Aleteia

Jestem katoliczką i kocham modę

Lyuba Burakova/Stocksy United
Udostępnij
Komentuj

Czas obalić mit, że modne ciuchy i makijaże nie są dla pobożnej dziewczyny. Moda to dziedzina sztuki i nie ma powodu, by ją z naszego życia eliminować.

Chodzę do kościoła zazwyczaj na msze dla dzieci. Zawsze z zadowoleniem patrzę na te bardziej stylowe mamy w kościelnych ławkach. Wyglądają więcej niż schludnie, są atrakcyjne.

Rzecz jasna, nie etykietuję innych modlących się kobiet. Jeśli wybierają skromność czy neutralny wygląd, być może nie chcą przedkładać czasu przed lustrem nad czas poświęcony rodzinie, kto wie.

Ale cieszę się, że są wśród nich takie, które uznały wykonanie starannej fryzury i dobranie stroju ze smakiem za swój priorytet w niedzielny poranek. Cieszę się, że modną torebką, umalowanymi rzęsami i butami na obcasie burzą utarty mit, że takie dbanie o siebie (wykraczające poza odzianie się ciepło i czysto), jest czymś pustym i niepotrzebnym. Bo nie jest.

 

 

Krzywdzące stereotypy

W Polsce chyba nikt lepiej nie rozumie, czym są stereotypy, niż młodzi praktykujący katolicy. Stykamy się z krzywdzącymi uogólnieniami, bezmyślnym szufladkowaniem. Wiemy, jak przykre jest poczucie niesprawiedliwości, gdy spada na nas taka fałszywa ocena, a jednak negatywnie odbieramy osoby interesujące się modą.

Czemu modnych, wystylizowanych ludzi – (zwłaszcza) katolików – uważamy za próżnych?

Chyba żadna dziedzina sztuki użytkowej nie została tak zdyskredytowana, jak projektowanie ubioru. Moralna pustka, powierzchowność, zbytek i niegodne wydawanie pieniędzy – tak zazwyczaj ją kojarzymy.

Im więcej komercji, absurdu i demoralizacji wkrada się do modowego biznesu, tym bardziej nam, katolikom, cały ten blichtr związany z trendami, ubraniami i modelkami wydaje się wrogi. A przecież to nie tak!

 

A jeżeli moda jest sztuką?

Projektowanie mody jest kierunkiem artystycznym wykładanym na wielu prestiżowych uczelniach. Na świecie najlepsze to m.in. St. Martins w Londynie czy Parsons w Nowym Jorku.

Zawód projektanta mody jest trudny, wymaga talentu, pracowitości, uporu oraz szczęścia, by osiągnąć międzynarodowy sukces. Fashion design pod pewnymi względami nie różni się od innych pokrewnych dziedzin.

Ktoś projektuje przecież nasze domy, wnętrza samochodów, przedmioty codziennego użytku, ogrody. Jakoś korzystanie z takich dobrodziejstw atrakcyjnego designu na co dzień nikogo nie gorszy. Żaden ze znanych mi katolików nie zamieszkał w byle jakiej budzie ani nie jeździ rikszą (niektórzy mają nawet całkiem luksusowe domy i auta). Czemu więc korzystanie z designerskich ubrań czy malowanie się lepszą szminką naznaczone jest w Polsce mianem próżności?

 

 

Nauczyć kobiety podkreślać swoje atuty

Jestem stylistką i dziennikarką mody od 13 lat. Prowadziłam szkolenia z kreowania wizerunku w dużych firmach, ubierałam tzw. gwiazdy i modelki do gazet i reklam. Już jako dziecko interesowałam się stylizowaniem – nie projektowaniem ubrań, ale ich zestawianiem, tworzeniem image’u, wyrażaniem czegoś przez ubiór.

Wymyślałam coraz to nowe wcielenia dla moich lalek (jak chyba każda dziewczynka), a także dla koleżanek i młodszego brata. Potem przyszedł etap tworzenia przebrań na karnawałowe bale dla znajomych i rodziny. Były też stroje na szkolne przedstawienia, własne „pokazy mody” i tematyczne przyjęcia dla rodziców.

Powstała nawet książka o trendach i stylach w modzie, którą napisałam w wieku 13 lat razem z moją kuzynką. Rodzice – oboje katoliccy i konserwatywni w poglądach – nigdy nie dali mi odczuć, że zajmuję się czymś niewłaściwym, pustym czy niepotrzebnym. Nawet wtedy, gdy wycinałam modelki z okładek „Twojego Stylu” i przyczepiałam sobie na ścianie.

Stylizować nauczyła mnie moja mama i jej siostra. Ciotka mieszkała w USA i to od niej zawsze dowiadywałyśmy się, co jest teraz „na czasie”. Pamiętam moją mamę we fryzurze na Matyldę z „Leona Zawodowca”, w butach na klockowym obcasie (stylowe przeboje mody lat 90.).

 

Z pasji do piękna

Po latach trafiłam do redakcji „Marie-Claire” jako asystentka i to tam dowiedziałam się, że istnieje zawód stylisty. Tata powiedział wtedy: „Trudno mi uwierzyć, że z twoich dziecinnych zabaw w przebieranie można uczynić uczciwą pracę”. Moja ówczesna praca z początku była ciężka: biegałam z torbami pełnymi butów i ubrań po mieście, prasowałam tony rzeczy i układałam je w kartonach. Musiałam także dzwonić do Paryża i umawiać swoją szefową na pokazy najsłynniejszych kreatorów świata.

Wtedy zrozumiałam, że to, co robimy, to nie tylko „szmaty”. Tworzyliśmy coś w rodzaju artystycznej wizji, inspiracji, modelu piękna, który miał bawić i uczyć kobiety, jak podkreślać swoje atuty.

Przychodził fotograf, omawiał koncepcję z szefem działu mody i tak powstawała sesja mody. Historia wizualna, którą opowiadały ubrania. Wtedy, w czasach przed internetem i Instagramem, moda była naprawdę czymś wyjątkowym, a dla mnie również ważnym. Ludzie, z którymi pracowałam, byli z wykształcenia architektami, absolwentami grafiki, malarstwa, dziennikarstwa. Wszyscy oni zajęli się modą z pasji do piękna.

Moda – sposób wyrażania uczuć

Każda dziedzina może stać się narzędziem czynienia czy propagowania zła. Z pewnością pęd za konsumpcją, wieczną młodością, idealistyczną wizją kobiecości, jaki nakręca współczesny modowy biznes, takim narzędziem jest. Również zachwianie proporcji pomiędzy zaspokajaniem estetycznych potrzeb, jakie niesie moda, a nędzą, która towarzyszy produkcji odzieży od czasu, gdy większość koncernów przeniosła produkcję do krajów trzeciego świata, budzi kontrowersje. Katolikowi dodatkowo każe dobrze przemyśleć, czy chcemy być częścią tej machiny pogłębiania nierówności społecznych. To jednak wyłącznie wynaturzona część znacznie bardziej szlachetnego i będącego blisko potrzeb człowieka zjawiska.

Moda jest sposobem na wyrażenie uczuć, metodą na podkreślenie nastroju i naszego charakteru. To kulturowy kod, którym posługujemy się w kontaktach z innymi.

Moda jest historią pełną cytatów, które odczytać umie wyłącznie wprawny erudyta. Antyczna Grecja, loty w kosmos, komiksy, malarstwo abstrakcyjne, mozaiki bizantyjskie, folklor Afryki, militaria, sport – wszystkie te dziedziny odnajdziemy na wybiegach Paryża, Nowego Jorku, Mediolanu czy Londynu. W modzie jest i humanizm, i tęsknota za ponadczasowym pięknem, która jest przecież darem otrzymanym od Boga.

 

Moda nie musi być skoncentrowana wokół seksualności i wstępu do prokreacji

Pięknie ubrana kobieta na ulicy jeszcze 40-50 lat temu była czymś naturalnym. Pokolenie naszych babć kolekcjonowało rękawiczki, przerabiało kołnierzyki, by wyglądały modnie, i kręciło loki tak, by odpowiadały aktualnym fryzjerskim trendom. Panny szykowały się tak również do kościoła. Dbałość o modny, szykowny strój wówczas nikogo nie dziwiła. Dlaczego dziś jest inaczej?

Wyłącznie od nas zależy, co z modą zrobimy i jak się do niej odniesiemy. Jedno jest pewne: korzystanie z dobra i piękna, które z modą się wiążą, nie jest żadnym grzechem. Możemy realizować slow fashion. Możemy być minimalistkami. Możemy bawić się w fair trade, modę ekologiczną, modę lokalną, DIY czy odzieżowy recycling. Nie traktujmy jednak z pogardą tych kobiet, które znajdują radość życia w przeglądaniu zdjęć z paryskich wybiegów.

Patrzmy na wystylizowane katoliczki z uznaniem, oglądajmy zadowolenie w oczach ich mężów i dzieci. Nie zapominajmy o kodzie kulturowym, który moda tworzy i który jest częścią dorobku naszej cywilizacji. I wreszcie – starajmy się dostrzegać, że modowa ignorancja czy bagatelizowanie sfery związanej z modą może, paradoksalnie, uczynić z nas jej ofiary. Wszystko bowiem, co nosimy, łącznie z parą najtańszych tenisówek z supermarketu, ktoś zaprojektował. Warto się zainteresować, czy nasza torebka nie jest tak naprawdę wykonaną w Chinach podróbką słynnego modelu torby z domu mody Hermès i czy następnym razem nie lepiej będzie wydać pieniądze na jakiś oryginalny produkt polskiego projektanta.

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail