Aleteia

Naprawdę porywczy święty – mój wzór

Guido Reni/Wikipedia
Udostępnij
Komentuj

Ponoć nie lubił dyskutować. Wolał raczej od razu przechodzić do rzeczy. Po naszemu można by o nim napisać, że „wpierw walił, a dopiero potem myślał”.

W takim tygodniu jak ten nie mogło być innego tematu. I wcale mi nie przeszkadza, że na pierwszy rzut oka nie jest on wcale taki „typowo męski”. No bo fakt, nie jest.

To już lada dzień. Jeszcze chwila i z coraz to dalszych krańców Polski ruszą kolejne rzesze. Część zresztą już ruszyła. Będziemy ich mijać. Zwykle rozpromienionych i uśmiechniętych. Zmęczonych, lecz rozśpiewanych. Będziemy ich widzieć zza naszych okien. Zza płotów ogródków. Czasem ktoś z nas przygotuje im wałówkę. Pielgrzymi. Nasi kochani pątnicy podążający na Jasną Górę. Do duchowej stolicy naszego kraju. Idący pokłonić się Mamie. Oddać Jej cześć.

 

Najpierw robił, potem myślał

Skoro więc ruszamy z sezonem pielgrzymkowym, to poczułem się sprowokowany. Do wywołania do tablicy tematu mojego ukochanego świętego. Tak kojarzącego się w pielgrzymowaniem. Z pokonywaniem Drogi. Z pokonywaniem własnego Camino. A dlaczego piszę o nim jako o „ukochanym”? I dlaczego uważam go za postać, której warto poświęcić odrębny artykuł w lifestylowym dziale o męstwie? Już odpowiadam. Posłuchajcie…

Na pewno był porywczy. Z kategorii tych „naprawdę porywczych”. Ponoć nie lubił dyskutować. Wolał raczej od razu przechodzić do rzeczy. Po naszemu można by o nim napisać, że „wpierw walił, a dopiero potem myślał”. Nie na odwrót. Impulsywny, silny, kierujący się emocjami. Trudny człowiek. Wołali na niego „Syn Gromu”. I w sumie trudno się dziwić.

Przyznam, że bardzo lubię go sobie wyobrażać. Pewnie miał brodę. Musiał ją mieć. Wszyscy ją wtedy mieli. Muskularne, potężnie zbudowane chłopisko. Z pewnością facet wyróżniający się z grona pozostałych jedenastu. Być może przewyższający ich nawet o głowę. Kto wie?

 

Chłopy do działania

I jeszcze ten jego braciszek. Też niezłe ziółko. Również porywczy i niepohamowany. Myślący podobnie. Żeby wpierw zadziałać, dopiero zaś potem się zastanawiać. Impulsywny, działający często pod wpływem emocji. Gdy tylko pewne miasto w Samarii nie chciało przyjąć ich Mistrza, od razu zapragnęli, aby spadł na nie niszczący wszystko piorun. Chłopy do działania. Nie do dyskutowania.

Mamusia dwóch takich gagatków też musiała być niczego sobie. Była żoną Zebedeusza. Wiemy na pewno, że miała tupet. Oraz że bardzo kochała swoich chłopców. Opiszą to potomni, gdy na kartach natchnionej Księgi przywołają wydarzenie, gdy w imieniu swoich synków poszła prosić ich Nauczyciela, aby po znajomości załatwił im najlepsze miejscówki w niebie.

Spróbujcie to sobie wyobrazić. Nie trzeba nawet przekładać tego na współczesne czasy. Oto mamy dwunastu dorosłych facetów idących za swoim Mistrzem. Powoli rozumiejących, w jak niezwykłej misji biorą udział. Drugiej takiej w dziejach świata już nie będzie. I tych dwóch braci. Potężnych, muskularnych, umiejących się bić. Siejących postrach, budzących szacunek. I właśnie takich dwóch mężczyzn wysyła do swojego Pana mamusię, aby ta porozmawiała o ich przyszłości, aby coś im załatwiała. Jakież to ludzkie. Jakież przez to pięknie realistyczne. Nieobce. Dzisiejsze.

Znamy tę historię wszyscy. Mateusz opisuje ją w rozdziale dwudziestym, Marek w dziesiątym. Niebezpieczni i budzący lęk „Synowie Gromu” wysyłają swoją matkę przodem, aby ta porozmawiała z Mistrzem na temat ich miejsc po Jego lewej i prawej stronie, gdy wszyscy zasiądą już w Niebie. Polityka czubka własnego nosa. Ludzkiego myślenia.

 

Najbardziej ludzki z Apostołów

Właśnie choćby za to tak lubię tych świętych. Zwłaszcza tego pierwszego. Być może właśnie przez te wszystkie jego przymioty. Dla mnie jest najbardziej ludzki ze wszystkich Apostołów. Lubię go właśnie za tę porywczość. Za to, że wpierw walił, a dopiero potem myślał. Za to jego kombinowanie po swojemu. Wreszcie za tę jego mamusię, która w imieniu synka załatwia mu sprawę u Szefa.

Przede wszystkim jednak świętego Jakuba lubię za to, że tak bardzo pragnął nieba. Że już tutaj chciał zarezerwować sobie w nim miejsce. Owszem, pewnie, że łatwo go krytykować. Za to, że myślał o sobie. Że robił to po kryjomu, w tajemnicy przed resztą uczniów, no i że wykorzystał do tego własną matkę. Ale gdyby pomyśleć o tym zupełnie na trzeźwo, to przecież Jakub robił to wszystko z miłości. Chciał być blisko Nauczyciela. Najbliżej, jak tylko się da. Nie przemyślał pewnie do końca wszystkich pozostałych okoliczności. Zresztą, jak to on.

Dlatego o św. Jakubie mógłbym pisać i pisać. Ale na dziś już sobie odpuszczę. Dokończę za tydzień. Gdy pochylimy się nad fenomenem owocu, jaki pozostawił po sobie „mój ukochany” święty. Nad fenomenem Camino de Santiago. Dobrze się składa. „Nasi” będą tuż po pielgrzymce do Częstochowy. Wpisze się jak ulał. Zresztą, jak zwykle.

Ktoś tym przecież steruje, prawda?

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail