Aleteia

Czy marihuana to niewinna rozrywka? Popatrzcie na mojego syna!

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Matka opisuje swoje relacje z dwudziestosiedmioletnim synem jako „bardzo trudne”: jest agresywny, nie podporządkowuje się żadnemu rozkładowi dnia, nie przyjmuje leków, bierze narkotyki i często ucieka z domu.

„Marihuana zniszczyła mózg naszego syna i wielu innych młodych ludzi. Zaczęli palić trawkę w wieku 12-14 lat, dokładnie wtedy, gdy w ich organizmach i umysłach zaczynają zachodzić niezwykle ważne przemiany. W tym tak delikatnym okresie ich neurony zostały poddane bardzo negatywnemu wpływowi narkotyku. Nie tylko my, rodzice, tak twierdzimy; jest to również opinia lekarzy”.

Hiszpanka, Montserrat Boix, jest matką chłopca z poważnymi zaburzeniami natury psychicznej. Powyższe oświadczenie złożyła dziesięć dni po tym, jak jej syn uciekł z kliniki psychiatrycznej, w której przebywał na kuracji. Montserrat Boix uważa, że działania instytucji publicznych są nieskuteczne wobec tak poważnych rodzinnych sytuacji, wtedy gdy w grę wchodzą zaburzenia psychiczne. Opowiada między innymi o tym, że  policja nigdy nie zdołała odnaleźć ich syna, gdy ten wielokrotnie uciekał z domu.

„Te problemy nie są traktowane z należną im powagą. Wydaje się, że ci, co opowiadają się za wolnym dostępem do marihuany, mają większe wpływy w społeczeństwie i mediach. Nikt nie wspomina efektów ubocznych, a te są przerażające” – ubolewa.

Montserrat Boix złożyła swoje oświadczenie na Platformie dla Rodziny Katalonia – ONZ , która nie tylko upowszechnia informacje na temat problemów rodzin dotkniętych tym problemem, lecz również, we współpracy z lokalnymi władzami Barcelony organizuje rodzinne sympozja poświęcone tematyce zdrowia psychicznego.

Montserrat dodaje: „Mówi się o legalizacji marihuany. Jeśli mówimy o jej sprzedaży w aptekach na receptę, jako lekarstwo, to się zgadzam. Jednak jeśli chodzi o wolną sprzedaż, bez żadnej kontroli, to absolutnie się nie zgadzamy”.

 

Bardzo trudne relacje międzyludzkie

Ta hiszpańska matka opisuje obecne relacje z dwudziestosiedmioletnim synem jako „bardzo trudne”: jest agresywny, nie podporządkowuje się żadnemu rozkładowi dnia, nie przyjmuje leków, bierze narkotyki i często ucieka z domu.

Zrozpaczona pisze dalej: „Nic nie możemy zrobić; boimy się jedynie, żeby nie popełnił kolejnego przestępstwa, żeby znów nie trafił do więzienia, gdzie zostanie poddany jakiemuś leczeniu. Boimy się, że ktoś może go zabić w jakiejś bójce. Tacy ludzie kończą albo w więzieniu, albo na cmentarzu. Nie ma żadnej propozycji dla ludzi poważnie chorych psychicznie, agresywnych i uzależnionych od narkotyków”. Montserrat zapewnia, że z podobnymi problemami boryka się bardzo wiele rodzin.

Według niej polityków nie interesuje sytuacja rodzin, które muszą stawić czoła tego typu wyzwaniom. Montserrat uważa, że rodzice takich osób nie powinni tracić prawa do decydowania o dzieciach z poważnymi chorobami psychicznymi, gdy te osiągną wiek dojrzałości: „Oni nie są w stanie korzystać ze swej wolności. Nie posiadają kryteriów, aby nią zarządzać. [Władze] pytają ich, czy zgadzają się na hospitalizację, oni odmawiają. Rodzice nie mają nic do powiedzenia. A następnie pojawiają się ogromne problemy”.

 

Rozwiązania

Rozwiązanie, jakie proponuje Montserrat, jest zgodne z tym zastosowanym już w innych miejscach na świecie, np. w Zagrodzie Nadziei w Brazylii: utworzenie publicznych ośrodków zdrowia psychicznego w przestrzeniach wiejskich, aby hospitalizowani tam pacjenci wykonywali prace w polu i zajmowali się zwierzętami i aby nie mogli opuścić kliniki w trakcie kuracji.

Wraz z mężem założyła niewielką fabrykę jogurtów, Delícies del Berguedà, miejsce pracy dla osób z problemami psychicznymi.

Montserrat przypomina, że w Hiszpanii dawne szpitale dla osób z zaburzeniami psychiatrycznymi zostały zlikwidowane w latach 70., jednak na ich miejsce nic nowego nie powstało, żadne instytucje, które zajmowałyby się takimi pacjentami w sposób fachowy i jednocześnie chroniłyby pozostałą część społeczeństwa.

Dlatego wysyła w świat apel: „My, ojcowie i matki jesteśmy zdesperowani i czujemy się bezradni wobec takiej sytuacji”.

Artykuł pochodzi z portugalskiej edycji portalu Aleteia

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail