Aleteia

Jola Szymańska: 3 rzeczy, których zazdroszczę osobom chodzącym na pielgrzymki

fot. Marek Straszewski
Udostępnij
Komentuj

Wczoraj krakowska pielgrzymka dominikańska doczłapała na Jasną Górę. Przejście 120 kilometrów zajęło im 7 dni. A ja... podziwiam. I po cichu zazdroszczę.

Siedzę sobie wieczorkiem w pokoju, okna mam zasłonięte (żeby było chłodniej), piję niebieską rurką wodę z różowej szklanki i siadam do pisania o tym, czego zazdroszczę pielgrzymom.

Szkoda jeszcze, że nie rezyduję w norweskim SPA i nie wyszłam właśnie z błotnego peelingu. Z prosecco w kryształowym kieliszku.

Jakkolwiek głupie wydaje się pisanie o pielgrzymce z takiej perspektywy, tematu nie zmienię. Bo mimo wygody, komfortu i poduszki pod moimi plecami, zazdroszczę spoconym tłumom z bąblami na piętach co najmniej trzech rzeczy.

 

1. Okazji do wkurzenia się

Zacznijmy od tego, że byłam na pielgrzymce. Raz w życiu. I wytrzymałam aż dwadzieścia trzy godziny. Dzięki temu wiem, co to znaczy wkurzyć się w trasie. Na świat, ludzi, drogę, pogodę i na samą siebie.

Z pozoru w złości nie ma niczego szlachetnego. Ale gdy się jej przyjrzeć, jest uczuciem, z którym wielu z nas ma problem.

Albo nie panujemy nad nią i wyrażamy ją zbyt wybuchowo, albo tłumimy ją w sobie. Potrafimy latami nosić w sobie kolejne kamyczki złości, wmawiając sobie, że to nic. Że trzeba przeczekać. Że „nie powinnam” się złościć.

Zupełnie, jakby złość była jakimś zakazanym uczuciem.

 

 

Tymczasem na pielgrzymce trzeba sobie z nią poradzić. Ból, niewygoda, brak Wi-Fi – tam wszystko może stać się kroplą, przelewającą czarę goryczy. A jeśli dzieje się to w połowie trasy, nie ma odwrotu. Trzeba zaprzeć się samego siebie.

Nie jest to pewnie przyjemne, ale musi być bardzo oczyszczające. I tego emocjonalnego prysznicu zazdroszczę pielgrzymom bardzo.

 

2. Wyższej szkoły wybaczania

Podziwiam ludzi, którzy mimo niewygody, znużenia i irytacji potrafią się śmiać. Którzy z pielgrzymki pamiętają zupy na kolejnych postojach, ważne rozmowy i odmieniające życie spowiedzi.

Podziwiam też tych, którzy potrafią przymknąć oko na zrzędzącą koleżankę, rozgadanego gościa, który każdego zaczepia i panią, która wszystkim chce radzić. Mimo zbliżania się do własnych granic wytrzymałości, potrafią spuścić powietrze i włączyć tryb „miłosierdzie”.

Podziwiam i zazdroszczę, bo samej ciężko mi zdobyć się na to nawet w komfortowych warunkach.

 

 

3. Windy do nieba

Zazdroszczę im też odcięcia się. Od internetu i aktualności, od przyzwyczajeń i wygód. Jasnego postawienia swojego życia w cieniu krzyża. I ofiarowania go Maryi. Spotkania z tym, co najprawdziwsze. I najprostsze.

Bo pielgrzymka to jedna wielka modlitwa. Modlitwa, w której może zabraknąć słów. Ale nie zabraknie mocy Słowa. W której chwałą i dziękczynieniem jest każdy krok, każde spalone ramię, każdy nocleg w hamaku.

 

Trudna radość

Dlatego, choć nie chodzę na pielgrzymki, jestem wdzięczna. Wszystkim Wam, którzy uśmiechacie się na zdjęciach z polskich szos i rozgrzanych do czerwoności przystanków w trasie.

Przypominacie mi, jaką radochę daje przejście trudności.

Szczególnie, kiedy mam ochotę je przeskoczyć. Zniknąć. Uciec. Udać, że nie są potrzebne, żeby żyć. Że da się łatwiej.

Kiedy zapominam, że życie z sensem to takie, w którym trzeba się porządnie napocić, żeby wyjść na jasną, świetlistą i jedyną wartą zachodu Górę. Za to właśnie bardzo Wam dziękuję.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail