Aleteia

Magda Frączek: Maryja. Mama czy daleka krewna?

Udostępnij
Komentuj

Patrzę na mojego maleńkiego syna i wyobrażam sobie Ją, tulącą w ramionach kilkumiesięcznego Jezusa. Karmiącą Go piersią. Przewijającą. Zarywającą noce. Do takiej Maryi już bliżej, co nie? Dystans się skraca. W końcu odkrywamy, że stoi tuż obok.

Wiem, że ten tekst nie jest adresowany do wszystkich. Podejrzewam, że wiele z Was ma bliską relację z Matką Bożą. Czujecie się zaopiekowane i kochane. Modlicie się Zdrowaś Maryjo lub Pod Twoją obronę, wierząc w każde wypowiedziane słowo. Spotykacie się z Nią. Wiecie, że jest „Linią do Nieba prosto rysowaną”, dlatego robicie to tak często.

Dziś chciałabym napisać do – mocno upraszczając – drugiej części kobiet. Do tych z nas, którym z Maryją nie po drodze, przez całe życie jakoś tak „na około”. Do tych, których przerażają złote obrazy i korony. Piszę do kobiet, które zamiast różańca wybierają inną modlitwę albo niczego nie wybierają. Do tych, które mogłyby się zastanawiać: „Kim jest ta, co wyłania się z pustyni” (Pnp 8,5a) i których to pytanie przytłacza.

 

Być jak Maryja…

Wygląda na smutną panią lub co najmniej poważną, trzymającą na rękach smutne lub co najmniej poważne Dziecko. Tak przedstawia się Ją na tysiącach sakralnych obrazów. Jeszcze trudniej się o niej słucha. Dobrze pamiętam jeden wywiad w radiu, w którym ksiądz-redaktor wysnuł tezę, że każda dziewczyna powinna być taka, jak Maryja.

„Może niech ksiądz nie przesadza” – uśmiechnęłam się, próbując w dyplomatyczny sposób wytłumaczyć niewykonalność owego zadania. Bo to piękna myśl „być jak Maryja”, prawda, ale zupełnie odklejona od rzeczywistości. Szczerze powiedziawszy, myślę, że Maryja wolałaby, abyśmy były jak Jezus albo jeszcze lepiej – po prostu były z Nim.

Wychowałyśmy się w kraju Maryjnej religijności. W kraju obsypanym Jej kapliczkami. W kraju, gdzie mówi się o czymś takim jak „kult maryjny”, choć naprawdę, nikogo teraz nie kokietuję, nie wiem, co ów termin tak właściwie oznacza.

Wychowałyśmy się w kraju, gdzie pielgrzymka do Częstochowy i Majowe to imprezy obowiązkowe. Niemal każda z nas została obdarowana Maryjnym medalikiem lub choćby różańcem. Nie wiem, jak bardzo musiałabyś się postarać, aby nie zetknąć się z jakąkolwiek okazją do zapoznania się z Tą wspaniałą Kobietą.

Wobec powyższego, dziwi mnie fakt, że czasami realne zbliżenie się do Niej wydaje się nieprawdopodobnie trudne. Znam naprawdę wiele osób, które cieszą się głęboką przyjaźnią z Jezusem i Bogiem Ojcem, ale nie z Maryją. W rozmowie z nimi wyczuwam nawet coś na kształt ulgi, wynikającej z oderwania się od przytłaczającej powinności praktykowania maryjnej pobożności. „Nie jest mi do niczego potrzebna” – usłyszałam kiedyś. „To przesada, wymysł Kościoła, babcine wierzenia” – rzucił ktoś inny.

Więź z Maryją

Moja więź z Maryją nie była usłana różami, choć od ponad roku nieodłącznie kojarzę Ją z tymi kwiatami. Nuda i rutyna – tak mogłabym skwitować głębię przeżyć z Nią związanych.

Różaniec, rodzinna „klepanka”, obowiązkowa w katolickiej rodzinie. Obrazki, świetnie służące jako zakładki do książek, ostatecznie i tak kończyły w jakimś pudełeczku czy kopercie. Przecież nie odważyłabym się wyrzucić do śmieci Matki Boskiej!

Gdy przychodził maj, już wiedziałam czego mogę spodziewać się na lekcji religii i jaki soundtrack „zaskoczy” mnie w najbliższą niedzielę. Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi w wykonaniu wiekowych pań i panów, potrafiło zmusić mnie do ucieczki w surrealistyczny świat wyobraźni.

Oczywiście, były momenty chwilowych fascynacji. Na przykład wtedy, gdy po obejrzeniu filmu o św. Bernadetcie zastanawiałam się, dlaczego jej, a nie mnie zechciała się pokazać? Gdyby tak choć na chwilę mignęła mi przed oczami! Może wtedy byłoby łatwiej? Poznałybyśmy się i wreszcie mogłabym zadać jej kilka pytań. Może i by mnie przytuliła, skoro wszyscy utrzymują, że jest moją czułą mamą?

Matka Boska Częstochowska, Ludźmierska, Ostrobramska. Skąd ta przemożna potrzeba malowania jej tyle razy i na wszystkie sposoby? W moich wątpliwościach kryła się jedna zasadnicza zadra: Co mam zrobić, abyś zeszła z obrazów i poszła ze mną na zakupy? Nie potrzebuję kolejnej dalekiej krewnej. Chcę Ciebie ożywionej. Bliskiej. Mojej.

Czegokolwiek bym tu nie napisała, wszystko sprowadzi się do jednej puenty – droga do Maryi była szorstka. Nie uszła mojej nastoletniej uwadze wszechobecna dewocja, jarmarczność lub bezrefleksyjność w odnoszeniu się do Niej. Teraz wiem, że jest to tylko wycinek pewnej rzeczywistości. Że na Maryję można się po prostu otworzyć i zobaczyć, co z tego będzie. Że w tej relacji nie trzeba się spinać. Nie zakładać, że od razu „musimy się polubić”.

 

Z Mamą zawsze jakoś będzie

Głęboko wierzę, że relacja z Maryją nie polega na wyrabianiu różańcowej normy. Zresztą, gdyby tak było, nie różniłaby się niczym od sposobu, w jaki oddaje się cześć pogańskim bóstwom.

Maryja to nie kolejna, bardziej osobowa forma zabezpieczenia mojej nietrwałej egzystencji. Przywołam to pytanie jeszcze raz: „Kim jest ta, co wyłania się z pustyni?”, z pustyni mojego życia, mojego kobiecego serca przepełnionego wątpliwościami, zmęczeniem, grzechem, usilnym pragnieniem kochania i bycia kochaną? Czy znam Ją choć trochę? Czy dałam sobie szansę na to, aby choć trochę Ją poznać?

Jakoś tak mocno przemawia do mnie myśl, że zanim Niebo wzięło Maryję do siebie, najpierw pozwoliło Jej narodzić się na Ziemi. Lubię myśleć, że czesała włosy i przyrządzała jedzenie.

Podejrzewam, że cholernie bolały Ją nogi, gdy z sercem na ramieniu biegła zobaczyć się z Elżbietą. Zastanawiam się ile godzin rodziła Jezusa i czy kiedykolwiek Go kangurowała? Widzę, jak przeszukuje zaułki Jerozolimy, starając się nie myśleć, że ktoś mógł Go skrzywdzić albo, że jest głodny i na dodatek nie ma za co kupić jedzenia. Być może to z mojej strony przegięcie, ale wyobrażam sobie Jej rozmowy z Józefem, takie wieczorne małżeńskie gadki przy zmywaniu naczyń czy ścieleniu łóżka. Pewnie niektóre z Was są w stanie zrozumieć cierpienie jej wdowieństwa albo, co gorsza to, gdy widzisz, jak odchodzi twoje dziecko.

Maryja, zanim zaczęto wieszać Jej obrazy w katedrach, była dziewczyną, kobietą, żoną i matką, chrześcijanką. Czuła, pracowała, kochała, płakała, modliła się. Na pewno nie była w tym całkiem zwyczajna, w końcu, mieszkanie z Bogiem pod jednym dachem musi na człowieka głęboko wpłynąć! Pewnie do żadnej z nas nie było Mu tak blisko. Do żadnej z nas nie powiedział: „Mamo”.

Patrzę na mojego maleńkiego syna i wyobrażam sobie Ją, tulącą w ramionach kilkumiesięcznego Jezusa. Karmiącą Go piersią. Przewijającą. Zarywającą noce. Do takiej Maryi już bliżej, co nie? Dystans się skraca. W końcu odkrywamy, że stoi tuż obok. Że chce nam zapleść warkocz albo wysmarkać nos. Jest Mamą, która widzi, że cierpimy, ale nie narzuca się, dopóki same nie zechcemy powiedzieć o co tym razem poszło.

 

Jak dzieci

Być może na tym polega relacja z Maryją. Zawsze ma jakąś linearność. Dość długo jesteśmy w niej jak niemowlęta, które nawet nie przypuszczają, jak bardzo się o nie dba. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że większość życiowych głupot i cierpień ominęło mnie dzięki Niej. Była jak gwiazda polarna, naprowadzająca zagubioną dziewczynę w najciemniejszą noc.

Pamiętam dzień, w którym westchnęłam do Niej, aby wyrwała mnie z tego, z czym sobie nie radzę. Dotrzymała słowa. Tak było tysiące razy. Kto by jednak to spamiętał? Czy dziękuje się swojej mamie za każdą godzinę, którą przez nas nie przespała?

Gdy wreszcie trochę załapujemy, że Maryja się o nas troszczy, próbujemy określić granice tej relacji. Wydaje nam się, że „coś musimy” albo że ta więź „czegoś od nas wymaga”. Nie daj Boże (!) wpadniemy w wir próby przypodobania się Jej. Jeśli zostałyśmy do tego przyuczone, kupujemy sobie Jej uwagę, miłość, troskę, zapominając, że ucieszy Ją coś takiego, jak odręcznie namalowana laurka albo żonkile, które zerwałam z przykościelnej rabatki tylko po to, aby podarować je mojej mamie. Wzruszyła się do łez, gdy powiedziałam: „Bardziej się przydadzą tobie niż świętemu Antoniemu”. Być może na tym polega różaniec? Być może Ona uwielbia, gdy mówimy Jej „Mamo” na tyle różnych, dziecięcych głosów?

Gdybyśmy spróbowały właśnie tak spojrzeć na relacje z Nią, może nie byłoby nam aż tak trudno? Kilka dni temu powiedziałam Maryi, tak na próbę, że chciałabym, aby przeżyła ze mną dzień. Jestem przekonana, że była tuż obok, gdy czekałam z synem w poczekalni na wizytę u ortopedy. Gdy odgrzewałam zupę. Gdy rozmawiałam z mężem. Pozwoliłam Jej sobie towarzyszyć. Wejść w naszą rzeczywistość. W domowy szkwał. W to, że nie lubię, gdy na dworze jest tak gorąco. I wiecie co? Polubiłam obrazy z Nią. Przestały być tylko wizerunkami. Są jak zdjęcia. Są znakami, że jest ważna. Że o Niej pamiętam.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail