Aleteia

Jola Szymańska: Trudne pytania, które zadałam sobie na mszy trydenckiej

fot. Marek Straszewski
Udostępnij
Komentuj

Nie było to łatwe doświadczenie. Ale otworzyło mi oczy, serce i głowę na prawdę o moim Kościele.

„Ci, którzy modlą się inaczej niż ty, nie są Twoimi wrogami” – notowałam pilnie słowa Krzyśka Demczuka w czerwcu na Strefie Zero. O, tak. Zgadzałam się bardzo. Zatytułowałam tak później artykuł o tamtej konferencji.

Tymczasem minęły dwa miesiące, a ja trafiłam na mszę trydencką.

 

Dwa słowa

Zwykle chodzę do sprawdzonych kościołów. Święta Barbara – przy krakowskim rynku, a jednak niewielka, schowana. I jezuicka. Dominikanie przy Stolarskiej – z tłumami i kojącymi śpiewami scholi.

Wybieram miejsca, w których czuję się dobrze. I spokojnie. W których rozwijam się i przełamuję, ale jednocześnie czuję się chciana.

Tamtej niedzieli w „moich” kościołach nie pasowała nam godzina. Szukaliśmy mszy wieczornej. Znaleźliśmy jedną – o czasie i miejscu perfekcyjnie wpisującym się w plan dnia.

 

Dziury na kolanach

Weekend był chłodny, czułam się kiepsko. Popołudniu odprowadzałam brata na dworzec. Wrzuciłam na siebie dżinsy z dziurami na kolanach i pierwszy lepszy T-shirt. „No, pięknie” – pomyślałam, kiedy okazało się, że właśnie tak zadebiutuję na trydenckich deskach.

Nie byłam przekonana do tego pomysłu. Trochę się bałam.

Nie pozwalałam sobie myśleć źle, ale nie mogłam pozbyć się natrętnego przekonania, że szukanie Boga w rycie trydenckim musi wynikać z jakiegoś wyparcia. Wewnętrznego zagubienia. Że to przecież „nienormalne”.

Nie takie, jakie znam i rozumiem.

 

Słowo Ciałem

A jednak, stało się. Ja, dziewczyna w dżinsach z dziurami na kolanach pojawiłam się na mszy trydenckiej.

Nie dziwiły mnie nieznane gesty, czarna czapka kapłana. Na studiach miałam zajęcia z łaciny, wiedziałam więc, co się dzieje. Ewangelię i kazanie usłyszeliśmy po polsku. Byłam zestresowana, ale przytomna na tyle, żeby się modlić.

I zrozumieć kilka rzeczy.

 

Dom, nie dom

Najbardziej zaskoczyli mnie wierni. Kobiety w sukienkach zapiętych pod szyją, długich do stóp. Dziewczyna z jedwabną chustką na głowie – jak na filmach dokumentalnych z czasów ojca Pio. Panowie w garniturach. Chłopak, całujący co chwilę różaniec.

Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie. Ale czułam, że nie pasuję. I… że nie ma w tym niepasowaniu niczego złego.

Nie muszę wszędzie czuć się jak u siebie. Ale nie zmienia to faktu, że cały Kościół to moja rodzina. Nie odetnę się od ludzi, którzy są ode mnie inni tylko dlatego, że są inni.

 

Inny świat

Podczas kazania fruwały mi po głowie kawałki teologii, którą znam. Tej o dobrym Bogu. Szczególnie, kiedy usłyszałam z ust księdza, że „Bóg karze za pychę chorobą, niepowodzeniem w pracy”.

Gdzie ja jestem. Czy to jest mój Kościół? Kim są ci ludzie? – takie pytania szybko zastąpiła w mojej głowie myśl, że spory mogą prowadzić teologowie. Nie my. Dlaczego kontrowersyjna interpretacja kapłana miałaby mnie oddalić od drugiego człowieka?

Nie chcę godzić się w swoim sercu na niechęć do kogoś, kto przeżywa wiarę inaczej. Chcę patrzeć ponad ludzkie blokady i uprzedzenia. Widzieć coś głębszego, niż grymasy twarzy, przekonania o racji.

 

Boję się tradycji

Niestety, trudność nie wynika tylko z różnicy poglądów, wrażliwości czy podejścia do wiary. Wynika też z ran, które sobie zadaliśmy.

Sama regularnie czytam obelgi na swój temat. Mogę setki razy pisać o ochronie życia nienarodzonych dzieci, a i tak dowiem się, że jestem „aborcjonistką”. Ostatnio ktoś napisał w komentarzu, że szkoda, że mnie nie zabito. Nie rozumiem milczenia znajomych takich osób, członków ich wspólnot. I miliona sytuacji, w których między katolikami zwycięża kłamstwo, pycha, niechęć, egoizm.

Ale wiem, że skupianie się na nich jest niesprawiedliwe. Bo kilka moich ran to nie dowód na czyjąkolwiek rację. To tylko kilka ludzkich błędów. Wiem też, że w Kościele nie ma stron, stronnictw, ugrupowań. Są ludzie.

Jednostki, które potrafią zabić. Ale potrafią też kochać. A przede wszystkim – potrzebują miłości.

 

Moja strona

Niewiele mogę zrobić, ale jedno mogę – wierzyć w Kościół. W to, że jest właśnie taki z jakiegoś powodu. I w to, że ci, którzy modlą się inaczej niż ja, nie są moimi wrogami.

Ale msza trydencka przypomniała mi o czymś więcej. O tym, że strona osób modlących się inaczej niż ja, to moja strona. Bo jesteśmy wszyscy po jednej stronie.

Po stronie zmartwychwstania.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail