Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Magda Frączek: Twarde kobiety

Udostępnij

Kochają. Poświęcają się nie dla idei, lecz dla konkretnych ludzi i są w tym niezastąpione. Co tak naprawdę o nich wiemy?

Nie wiem, czy to do końca komplement, ale ostatnio często je spotykam. Twarde kobiety. Robią coś, o czym służby mundurowe mogą tylko pomarzyć – przemieniają świat, na okrągło.

Ktoś mógłby nazwać je super bohaterkami, ale w tym, czego doświadczają, słowo „super” brzmi jak telewizyjny banał. One są po prostu twarde. Biorą życie za mordę. Są jak himalaiści zdobywający ośmiotysięczniki dnia powszedniego.

 

Same stawiają czoła wyzwaniom

Wyrastają z głębokiego poczucia odpowiedzialności, którą obdarzyło je życie. Poświęcają się nie dla idei, lecz dla konkretnych ludzi i są w tym niezastąpione. Nie potrzebują z tego tytułu słodkich pochlebstw i wzruszania się nad tym, jak bardzo to, co robią jest niesamowite.

Potrzebują wsparcia. Przypilnowania dziecka, aby mogły zjeść obiad. Pożyczenia kilku stów na opłacenie wycieczki syna. Gorącej modlitwy i słowa pokrzepienia. Czasem potrzebują zwykłego milczenia, przymknięcia się, gdy widzisz, że nie rozumiesz ciężaru, który dźwigają.

Twarde kobiety. Może czasami zbyt twarde. Nie potrafiące wyhamować po tygodniu ogarniania życia w pojedynkę. Płaczące w łazience, aby nie pokazać słabości przy ludziach, którzy mogliby wdeptać je w ziemię.

Proszące o pomoc zawsze „chwilę za późno”, ponieważ wgrały w siebie, że same muszą stawiać czoła wyzwaniom. Że to wstyd kolejny raz prosić o pomoc.

Twarde kobiety całe życie uczą się nie spychać swoich potrzeb na drugi plan i chyba tak naprawdę nigdy nie osiągają tej sztuki.

 

Sylwia. Mama nieuleczalnie chorej córeczki

Poznałam ją, gdy byłam z synem w szpitalu. Ona po przeciwnej stronie sali, kilka lat ode mnie starsza, codziennie w dżinsach i T-shircie, włosy spięte w kucyk. Przesiaduje przy łóżeczku cały dzień, kładzie się na 6 godzin, później wraca. Nieufna wobec nieznajomych. Wzrok napięty, ciało naprężone, gotowe odeprzeć każdy atak. Nie wzbudza we mnie sympatii.

Po jakimś czasie dowiaduję się, że okruszek, którego tak starannie dopatruje, jej córeczka, cierpi na nieuleczalną wadę wrodzoną. Podpięta do respiratora, przeciska krótkie oddechy, wytrwale walcząc o życie. Sylwia znosi nie tylko chorobę dziecka, ale – delikatnie mówiąc – szorstkość szpitalnego personelu. Przeraża mnie absurdalność tej sytuacji. Zamiast wsparcia, codziennie wgniatana jest w samotność. Traktowana co najmniej protekcjonalnie. Nie ukończyła studiów medycznych, więc co może wiedzieć? Ma zajmować się dzieckiem i przyjmować werdykty „służby” medycznej.

Diagnoza goni diagnozę, a ona mówi, że powierzyła córkę Maryi. Że nie prosi o cuda, chce po prostu z nią być.

Przestała być żoną. Przestała być Sylwią. Oddała się całkowicie. Oczekiwała normalnego życia, ale ono zabrało ją na drogę krzyżową bez ustalenia długości trasy.

Po kilku dniach wychodzę ze szpitala. Sylwia usiłuje pożegnać nas z uśmiechem. Głupio mi. Wiem, że w tym miejscu się nie żyje. Tu się wariuje, dlatego trzeba założyć zbroję.

 

Julia. Samotna mama

Pracuje na dwie zmiany – dom i praca zawodowa. Niby nic takiego, społeczeństwo od dawna traktuje samotne macierzyństwo jak zjawisko naturalne. Samotne ojcostwo – to coś wyjątkowego! I nie piszę tego z przekąsem. Prawdą jest, że nad mamą nikt za bardzo się nie roztkliwia. Wiadomo – matki zawsze dają radę. A tym bardziej te polskie.

Nic więc dziwnego, że Julia codziennie staje na wysokości zadania. Budzi dom, wyprawia dzieci do szkoły i idzie do pracy. Po pracy ogarnia mieszkanie, załatwia urzędowe formalności, robi zakupy, odbiera dzieci ze szkoły, odrabia lekcje, kładzie spać.

Gdy potrzeba naprawi drzwi od kuchennej szafki lub przygotuje rodzinną imprezę na dwadzieścia osób.

Mogłaby dorabiać w Ikei, tyle razy sama składała ich meble. Nikt nie pyta, jak godzi ze sobą te wszystkie porządki. Nikt, dopóki coś nie zaczyna się sypać. Zdrowie, finanse, a najlepiej wszystko naraz.

Chciałoby się, aby choć raz ktoś przejął pałeczkę. Podał herbatę albo zamiast niej wyjaśnił szkolne napięcie między nauczycielką a synem. Chciałaby dostać od życia kilka dni „odbarczenia”. Nie mówimy tu o wolnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie. Chodzi o rozłożenie trudu życiowego na pół. Albo chociaż na jedną czwartą.

Gdy kończę rozmawiać z Julią, wracam do mojego życia. Nie jest bajkowe, ale wiem, że dla niej figuruję na liście tych spod szczęśliwej gwiazdy. To nie żadna pretensja. To wniosek wysnuty „tak na chłopski rozum”, z którym w pełni się zgadzam. Czasem chciałabym pożyczyć jej mojego męża. Chciałabym, aby zawiózł ją do pracy albo wniósł ciężkie siaty na piąte piętro. Byłoby to jak najbardziej humanitarne zachowanie. W wykonaniu mojego planu przeszkadza jedynie tych kilkaset kilometrów, które nas dzieli.

 

Elżbieta. Mama adoptowanej dziewczynki

Od ponad dziesięciu lat wychowuje adoptowaną córkę. Ktoś powiedziałby – piękny gest! Nie przeczę, adopcja to wspaniały temat na artykuł albo kazanie. Bo z wierzchu każdy przejaw miłosierdzia wygląda poetycko. Gdybyś jednak weszła na chwilę do domu Elżbiety, uciekłabyś po kilku godzinach, najwyżej dniach.

Karolina, córka Elżbiety nosi na sobie rany, których nie zaleczy kilka sesji u terapeuty. Kłopoty, w które się pakuje też nie są standardowe. Są dni, w których Elżbieta zazdrości innym matkom ich „tragicznych” rozmów o znalezieniu paczki papierosów w spodniach syna czy późniejszym powrocie córki do domu po weekendowej imprezie.

Na życie Elżbiety składają się skomplikowane terminy takie jak „osobowość borderline” albo „alkoholowy zespół płodowy”. Jej serce jest oparciem dla połamanego jak drzewa po huraganie dziewczęcego świata. Od zarania po dzień dzisiejszy. To na Elżbietę spadają skutki odtrącenia i zdruzgotania Karoliny przez innych dorosłych. Jest jej jedynym workiem treningowym.

Najbardziej boli ją bezsilność i to, że nikt tak naprawdę nie rozumie jej macierzyństwa. W biologicznym rodzicielstwie robisz to, co możesz i pozwalasz dziecku odejść we własną stronę. Ono wie, gdzie jest jego dom rodzinny. Jego wewnętrzny GPS, nawet przy pięćsetnej zmianie trasy, zaprowadzi go do domu.

W rodzicielstwie Elżbiety od początku robi się rzeczy niemożliwe. Bo jak załatać rozszarpanego człowieka? Człowieka, który nie ma wtłoczonego kochającego domu w swoim sercu? Nikt oprócz Boga nie wynalazł takich nici.

Zdarzają się dni, w których Elżbieta czuje, że Bóg wkłada igłę w jej ręce. Swoimi miękkimi ramionami przytula doświadczone ciało swojej nastolatki. Przyciąga ją do serca i reperuje jeden fragmencik małym szwem. Innym razem, stanowczym głosem wyznacza jej granice. Paradoksalnie, ryzykując wiele, rozpruwa ścieg nieufności wobec dorosłych.

 

Permanentna walka o przetrwanie

To nie jest tak, że Twoja lub moja kobiecość pozbawiona jest problemów, ale powiedzmy sobie szczerze – niektóre z nas dźwigają ciężary, o których samo myślenie powoduje ból. Obok nas żyją kobiety trwające w stanie permanentnej walki o przetrwanie, i to nie dlatego że lubują się w masochistycznych mechanizmach obronnych, ale dlatego że inaczej nie mogłyby wytrzymać swojego życia.

Codziennie rano wstają, zakładają hełmy i idą w bój. Zastanawia mnie w tym wszystkim jeden fakt: dlaczego najczęściej robią to same?

Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy rozejrzeć się po naszych rodzinach, wspólnotach, miejscach, gdzie pracujemy. Wszędzie je spotykamy lub przynajmniej o nich słyszymy. Nie dajcie sobie wmówić, że „wszystko u nich dobrze”, ponieważ są dobrze ubrane lub co gorsza, same tak o sobie mówią. Każdy potrzebuje czasem, aby się nim zaopiekować, szczególnie, jeśli nie ma w jego życiu nikogo, kto robiłby to na zawołanie.

 

Jak możemy pomóc?

Jak rozmiękczyć spękaną ziemię ich życia? Myślę, że zawsze chodzi o małe rzeczy.

To ich – jak mawia Gandalf – zło boi się najbardziej: umycia okien, zaprowadzenia dzieci do szkoły, zaproszenia do kina, wypożyczenia domku letniskowego na wakacje, zapytania o zdrowie, ofiarowania Eucharystii w konkretnej intencji, finansowego wsparcia, zrobienia obiadu, spokojnej rozmowy, wysłuchania, przypomnienia o dawno odkładanej wizycie u lekarza.

Myślę, że warto ośmielić się i jako pierwszej wyjść z inicjatywą. Otworzyć w sobie tę gotowość na zasadzie pewnej wymiany – nigdy nie wiadomo, kto z takiej sytuacji wyjdzie bogatszy! Bo jak ostatnio sobie to jeszcze wyraźniej uświadomiłam, nie trzeba wychodzić daleko, aby na coś się przydać.

Często najbardziej potrzebującymi osobami pod słońcem są nasze siostry, przyjaciółki, z którymi chodzimy na kawę lub koleżanki z pracy. Znasz je. Codziennie mówisz im „cześć”, mijasz je w korytarzu, czytasz wpisy na Facebooku. Dajmy im pić.

„Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma. Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”. (Mt 10, 40-42)

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail