Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Tutaj Pan Bóg się raczej nie zmęczył

SALAR DE UYUNI
fot. Stefan Czerniecki
Udostępnij

Salar de Uyuni. Nad największym solniskiem świata utrzymuje się stały układ wysokiego ciśnienia. Permanentna lampa. Do znudzenia niebieskie niebo. I susza. Tylko w takich warunkach tak rozległe słone jezioro mogło zupełnie wyparować.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Biały fenomen zachodniej Boliwii. Gigantyczna przestrzeń białej nicości. Nicości, której nie da się porównać z niczym innym. Niczym.

Stojąc pośrodku „niczego” dochodzi do nas – i to bez cienia wątpliwości – że trudno znaleźć na całej planecie coś równie „innego”, coś równie „egzotycznego”.

Tak, Salar de Uyuni to z pewnością jeden z najbardziej fascynujących skrawków naszej pięknej Ziemi. I wcale nie chodzi w tej fascynacji o jakąś „złożoność”, o jakąś skomplikowaną malowniczość. Nie, nie, nie… Nic z tych rzeczy. W tym przypadku tym, co urzeka, jest raczej prostota. To ona ogłusza wszelkie ludzkie zmysły. Wobec pustki największego solniska świata stają się zupełnie bezradne. Jakby rozłożyły ręce i westchnęły bezradnie „Nie wiem, nie wiem… Tego ci nie ogarnę…”

­­– To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieje naprawdę… – powtarzam w myślach, stąpając po białych poligonach solnych.

– Jak w czym? – głos koleżanki podążającej w ślad za mną przekonuje mnie, że jednak nie tylko „w myślach”.

– Mówię, że tutaj jest nieziemsko!– tym razem drę się w wniebogłosy. A co mi tam! Do cywilizacji daleko. Nie usłyszą.

Momentalnie zapominam o tych kilku chwilach grozy, jakie dane mi było przeżywać jeszcze kilka chwil temu. Podejrzewam, że minę musiałem mieć nie za tęgą. Oto ucieczka przed gigantyczną, smolisto-czarną, sięgającą po horyzont chmurą burzową kończy się fiaskiem.

O naszą terenówkę, którą udajemy się na Salar de Uyuni coraz częściej zaczynają uderzać krople. Z każdą minutą zdają się przybierać większe rozmiary. Najpierw słychać jedynie pojedyncze „bęc… bęc… bęc…”. Po chwili szybciej. „Stukutukutuku….”. Momentalnie całość przeistacza się w głośny szum. Nasz odważny kierowca nic sobie z tego nie robiąc, z impetem wjeżdża w głęboką koleinę wypełnioną szczelnie brunatną deszczówką. Silnik wyraźnie się krztusi. Jeszcze kilka dramatycznych prób zaczerpnięcia powietrza. „Wrrr… wrrr… wrrr…”. Ciągle próbuje. Jeszcze… Koniec. Poddaje się. Nie daje rady. Zamoczone przewody odmawiają posłuszeństwa, a nam pozostaje jedynie wsłuchiwać się w coraz cichszy rechot. Wreszcie cisza.

– O-o… Problem… – wzdycha Agostino, nasz lekkomyślny driver.

– Da się zauważyć… – odpowiadam przejęty. Trudno się dziwić. Ten dzień miał być wyjątkowy. Oto przed nami wizja największego solniska na Ziemi. A my zostajemy uwięzieni na kilkanaście kilometrów przed, w gigantycznej kałuży. – Da się coś z tym zrobić?

– Tak. To standardowa rzecz. Dajcie mi chwilkę. Idźcie się przewietrzyć.

Oto znajdujemy się pośrodku boliwijskiego płaskowyżu Altiplano. Z dala od cywilizacji. Z dala od pomocy. Wszystkie inne jeepy dawno już pojechały do przodu. Zręcznie omijając wodniste koleiny. Faktycznie, mamy problem. Agostino zakłada kalosze i dziarsko maszeruje w kierunku klapy silnika.

– Chyba się troszkę przejął – mruczy niepewnie koleżanka.

Obserwuję z daleka poczynania kierowcy. Przed nami kilkanaście minut grzebania pod maską. Kolejna próba odpalenia silnika. Wreszcie! Zaskakuje. Upragniony warkot. Tłoki ruszyły. Jedziemy. Do Salar de Uyuni już naprawdę niedaleko.

Po kilku minutach jazdy dojeżdżamy do celu. „Jak we śnie…” – powtarzam niczym mantrę. Dochodzę do wniosku, że w dotychczasowym wędrowaniu nie widziałem chyba nic piękniejszego. Czarna chmura niczym zaczarowana zatrzymuje się na krawędzi słonego jeziora. Dalej nie przejdzie.

Nad największym solniskiem świata utrzymuje się stały układ wysokiego ciśnienia. Permanentna lampa. Do znudzenia niebieskie niebo. I susza. Tylko w takich warunkach tak rozległe słone jezioro mogło zupełnie wyparować. Pozostawiając po sobie gigantyczną, białą pustkę. Nieogarnioną przestrzeń nigdzie indziej nie spotykanej bieli. Czuję się trochę jak u fotografa w studio, gdzie każe mi się stanąć na tle specjalnej białej płachty, by zrobić zdjęcie do dokumentu. Biel. Biel. Biel. Wszędzie. Po horyzont.

Na tymże zaś unoszące się niby w powietrzu wulkaniczne stożki. To kolejna zabawa w iluzję, jaką funduje nam Salar de Uyuni. Rozgrzane cząstki powietrza połączone z odbiciem otoczenia w kałużach wody na pograniczu solniska – wszystko to wytwarza złudzenie braku styczności białej pustyni z okalającymi ją górami. Piorunujący efekt. Czyli jednak przydała się na coś ta burza.

Pasmo przejściowe solniska całe usiane jest w tej chwili setkami olbrzymich rozlewisk, w których przeglądają się obłoki błękitnego nieba. „To się nie może dziać naprawdę!” – myślę. Człowiek sam by tego nie wymyślił…

A Pan Bóg musiał mieć niezłą przyjemność ze snucia wizji stworzenia tego skrawka ziemi. Prawdopodobnie uczynił to po niedzielnej kolacji. Coby było świątecznie. Bo roboty to tutaj nie miał za wiele. Ot, taka wielka, biała pustka. Wielkie nic. I to jest w tym wszystkim najlepsze.

Tags:
podróże
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail