Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Taylor Swift i zabawa w oskarżyciela. Znamy to już z Edenu, prawda?

TAYLOR SWIFT
YouTube
Udostępnij

W nowym singlu Taylor Swift „Look What You Made Me Do”, który bije kolejne rekordy popularności, pobrzmiewają echa konfliktu artystki z Kim Kardashian, Kanye Westem i Beyoncé. Ale pobrzmiewa coś jeszcze...

Karierę Taylor Swift śledzę od momentu, kiedy pojawiła się na scenie muzyki country – była uroczą dziewczyną w zwiewnych sukienkach, brzdąkającą na gitarze. Córki Świętego Pawła, czyli zgromadzenie, do którego należę, często modlą się za różne medialne osobowości, więc i ja dodałam Taylor do mojej „wstawienniczej” listy dawno temu. Poza tym byłam po prostu jej fanką. Wcale nie dlatego, że to najlepsza artystka na świecie, ale dlatego, że jest mistrzynią storytellingu – opowiadania historii.

 

 

Chociaż Swift nie jest zbyt wylewna w kontakcie z mediami, jej teksty przypominają poetyckie osobiste wyznania. Właściwie w każdym utworze piosenkarka ujawnia jakieś szczegóły ze swojego życia. Romanse, skandale, zepsute relacje – echa tych wszystkich doświadczeń trafiają w końcu na kolejne albumy Taylor. Ale nie opowiada o nich od razu – czeka kilka miesięcy, czasem lat i dopiero z dystansu zwierza się z tego, co przeżywała. Może właśnie za to fani tak bardzo ją kochają – że wylewa przed nimi swoje serce, nie zwracając uwagi na to, że cały świat to podsłuchuje.

 

Najlepszy związek Taylor Swift

Być może w tym tkwi sekret sukcesu Swift – wie, w jaki sposób nawiązać niemal rodzinną relację z ludźmi, którzy lubią jej twórczość. Regularnie robi swoim fanom niespodzianki, zjawiając się w ich domach z prezentami i przesiadując w ich salonach – jakby była częścią rodziny. Jedynym tematem – poza muzyką – na który Swift chce otwarcie rozmawiać, jest właśnie jej miłość do fanów. Kiedy otrzymała nagrodę dla Najlepszego Artysty Roku, powiedziała swoim wielbicielom: „To wy jesteście najdłuższym i najlepszym związkiem, jaki kiedykolwiek miałam”.

Można przypuszczać, że Swift z taką wprawą tworzy niemal rodzinne więzi ze swoimi fanami, ponieważ sama wyrosła w domu, w którym panują bardzo bliskie i ciepłe relacje. Piosenkarka publikowała czasem zdjęcia z rodzinnych spotkań, dzieliła się informacjami o zdiagnozowanym u jej mamy raku czy o aktorskich próbach brata. I to jest kolejny powód, dla którego lubię Taylor Swift. W świecie pełnym rozbitych, dysfunkcyjnych rodzin ona zdaje się pochodzić z bardzo stabilnego domu. I to zdecydowanie było widać w sposobie, w jaki prezentowała się przez lata – nawet będąc już gwiazdą muzyki pop.

 

Reputation – Reputacja Taylor Swift

Swift zmieniała swój wizerunek częściej niż kameleon, ale pomimo tych zmian i różnych zakrętów miałam nadzieję, że jednak jakoś się ostanie, że sława jej nie zaszkodzi. Niestety, jednak jakaś zasadnicza zmiana nastąpiła, bo nowy album artystki to definitywne zerwanie z przeszłością. Czegoś takiego w wykonaniu Taylor do tej pory nie było.

Jej nowy album Reputation ukaże się dopiero 10 listopada, ale kilka dni temu odbyła się premiera singla „Look What You Made Me Do” i teledysku do tego utworu.

 

 

Jeszcze przed premierą tego utworu, co było szokiem dla fanów, Taylor usunęła całą zawartość ze swoich kont na Twitterze, Facebooku i Instagramie. Był to majstersztyk marketingowy, ale może także niepokojący symbol zanegowania dotychczasowej siebie. Wkrótce potem Swift opublikowała kilka wideo z zielonym wężem pełzającym po ziemi.

 

 

Wszyscy, którzy śledzą karierę artystki, wiedzą, że gdy wybuchł konflikt pomiędzy Swift, Kanye Westem i Kim Kardashian, fani tej ostatniej zaatakowali media społecznościowe Taylor ikonkami z wizerunkiem węża. Ale zostawiając ten wątek, trudno nie skojarzyć węża ze sceną upadku pierwszych rodziców, opisaną w Księdze Rodzaju. Swift na pewno brała to pod uwagę (plotka głosi, że była wychowywana jako katoliczka).

Znając twórczość tej artystki, nietrudno się domyślić, dlaczego jej najnowszy album nosi tytuł Reputation – Reputacja. Nie wdając się w szczegóły, jej reputacja w ciągu ostatniego roku została solidnie nadszarpnięta. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest być tak sławną, jak Taylor Swift, ale potrafię sobie wyobrazić, że tego rodzaju ciosy mogą być dla kogoś czymś na kształt śmierci. Fani stali się przecież dla artystki niemal częścią jej tożsamości. Nawet nazywa się ich „Swifties”. Ryzyko ich utraty – właśnie z powodu nadszarpniętej reputacji – musiało być dla Taylor naprawdę dołującym doświadczeniem. Nie wiedzieliśmy tego, aż do wydania singla.

 

Taylor Swift nie żyje

We wszystkich mediach społecznościowych artystki pobrzmiewa mroczny fragment z „Look What You Made Me Do”:

Przykro mi, Taylor nie może teraz podejść do telefonu.

Dlaczego? Ponieważ nie żyje.

Stara Taylor nie żyje, a nowa – jeśli wierzyć słowom utworu – jest „twardsza” i „mądrzejsza”.

Teledysk zaczyna się od zbliżenia na nagrobek. Widać na nim napis: „Reputacja Taylor Swift”, co sugeruje, że jej reputacja umarła. Ale tekst piosenki mówi o tym, że to ona sama, Taylor, umarła. Czyli sława i tożsamość piosenkarki to nierozdzielna jedność. Jednak przesłanie nowego singla Swift jest takie, że mimo śmierci ona powraca, nie da się zepchnąć w niebyt. A kiedy jej trup wychyla się w teledysku z grobu, można się zacząć zastanawiać, co tak naprawdę daje artyście nowe życie…

 

Zobacz, do czego mnie zmusiłeś/aś

Tytułowe zdanie: „Zobacz, do czego mnie zmusiłeś/aś” ciągle i ciągle powraca w utworze, to motyw jak z jakiegoś filmu grozy. Jedynym światełkiem w tunelu sugerującym, że Taylor może zachowała chociaż odrobinę swojego dawnego poczucia humoru, jest riff z hitu lat 90. ubiegłego wieku „I’m Too Sexy”. Ale głównym przekazem piosenki jest to, że śmierć starej Taylor i tożsamość nowej nie są czymś, co kobieta sama wybrała.

I to jest najbardziej niepokojący aspekt tego utworu. Swift bawi się w obwinianie innych. Za uśmiercenie starej Swift, za hardość nowej to nie ona ponosi odpowiedzialność, ale jej wrogowie. „Zobacz, do czego mnie zmusiłeś/aś” – tę frazę śmiało można włożyć także w usta Adama i Ewy po wydarzeniach w Edenie.

Kłamstwo grzechu pierworodnego sprawia, że za nasze grzechy lub naszą „twardość” winimy innych. To inni zmuszają nas do niewłaściwego zachowania, do zemsty, do zatwardziałości serca. Grzech każe nam zawsze winić innych, a nie samych siebie. Słuchając w tej perspektywie nowego utworu Taylor Swift można śmiało stwierdzić, że w gruncie rzeczy to bardzo, bardzo stara piosenka…

Miejmy tylko nadzieję, że artystka nie traktuje jej tak poważnie, jak się wydaje.

Tekst pochodzi z angielskiej wersji portalu Aleteia

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail