Aleteia

Dlaczego mi się nie udaje?

@poczatekwiecznosci.pl/Instagram
Udostępnij
Komentuj

Ileż to razy zarzekałem się: “od jutra wstaję wcześniej”, “już będę Cię (Żono) słuchał”, “zaczynam robić listy spraw do załatwienia”, nie mówiąc o zdrowym trybie życia i częstszej modlitwie...

Wszystkie te moje postanowienia i idące w krok za nimi codzienne porażki mógłbym przeplatać dźwięcznym refrenem: dlaczego mi się nie udaje? Chcieć to móc?

Oczywiście, zdarzyło się, że w 3 miesiące zrzuciłem kilkanaście kilogramów. Sukces okupiony wyrzeczeniami. Chyba, że ktoś lubi wodę. Minimum 5 litrów dziennie i brak ziemniaków do posiłku. Udało się. Zdjęcia z dnia ślubu i podróży poślubnej wynagrodziły wszystko. Mogę je teraz oglądać , by powspominać wspaniałe, beztłuszczowe czasy. “Chcieć to móc” to jednak tekst, który – odkąd sięgam pamięcią – bardzo mnie boli. Zbyt wiele rzeczy w moim życiu “nie wyszło”, żebym mógł na nim polegać. Czy to powód, żeby się załamać i przestać wierzyć?

 

Nie oczekiwać

 Dla tych, których Bóg podźwignął z bagna grzechu, zwrócił ku sobie, przywrócił dziecięctwo, czymś oczywistym jest, że bez Niego nie byłoby to możliwe. Dopóki trwałem w przekonaniu, że moje życie przeżyję na swoją modłę, dopóty nie dopuszczałem do siebie łaski. Od kiedy jednak powiedziałem: “zapraszam, wejdź i działaj” wszystko w moim życiu postrzegam jako dar. Jasne, nie chodzi o to, by nie oczekiwać od siebie samego, czy niczego nie robić, bo manna tak czy inaczej będzie lecieć z nieba. Sądzę, że w tej postawie chodzi po prostu o wdzięczność.

Nie oczekuję, że moja Żona wreszcie będzie taka, jak moje wyobrażenia o Niej, tylko stale dziękuję za to, że z tym co ma – nie zawsze dla mnie przyjemnym – jest moją najlepszą pomocą w nauce kochania. Nie oczekuję, że od jutra będę cudownie wstawał o wiele wcześniej, by omadlać dzień i jego sprawy (choć jest to moje ogromne pragnienie), ale dziękuję, że to moje bycie śpiochem być może ratuje mnie od codzienności o zapachu pychy z mojej “doskonałości”. Nie oczekuję również, że nagle wrócę do zdrowego, wypełnionego po brzegi aktywnością sportową, trybu życia, i rzeźby z okładki kolorowego magazynu, ale dziękuję dobremu Bogu za Nicka Vujcica czy Jaśka Melę i tych wszystkich, którzy pokazują mi swoim życiem, że naprędce wymyślane przeze mnie wymówki są tylko… wymówkami. Nie rozpamiętywać przeszłości 

Tak jak oczekiwania wybiegają w stale niepewną przyszłość i potrafią ugasić płomień wiary, tak uporczywe powroty do tego, co się wydarzyło, na co nie mamy wpływu, są zwykle materiałem betonującym nasz rozwój.  Doświadczenie pokazuje, że życie przeszłością jest jedną z największych kłód, jaką mogą napotkać nogi kroczące ku zasadniczej przemianie. Konsekwencje trudnych dla człowieka zdarzeń  potrzebują czasu i niejednokrotnie pomocy z zewnątrz właśnie po to, by na płaszczyźnie emocjonalnej raz na zawsze się z nimi rozprawić. I znowuż, nie chodzi o to, by deprecjonować uczucia, ale by w nie wejść, poczuć siebie i… żyć. Gdybyśmy jako ludzie nie byli do tego zdolni prawdopodobnie nadal, choć minęło 20 lat, przepłakiwałbym kolejne noce z powodu pierwszego w życiu zawodu miłosnego.

 

Nie porównywać się z innymi

Nie jest to zbyt odkrywcze, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto lepiej wygląda, ma ładniejszy dom, nowszy samochód, stać go na wakacje za oceanem. Nie mówiąc o tych wszystkich, którzy “w przeciwieństwie do nas” mają miłość życia u swojego boku, zdrowie, piękne dzieci. I tak dalej… Porównywanie się z innymi to choroba, która zatruwa nas swoistymi toksynami niskiej samooceny, braku akceptacji oraz odrzucenia nawet najmniejszych przejawów osobistego rozwoju. Doświadczyłem tego. Z perspektywy czasu patrzę na te, w moim ówczesnym mniemaniu, “oskarowe role” jak na paradokumentalną papkę serwowaną nam codziennie przez telewizje w porze obiadowej. Dzisiaj wiem, że mogę, a skoro mogę, to bardzo chcę być być najlepszą wersją siebie samego. Innej recepty na szczęśliwe życie nie poznałem.

 

Dlaczego mi się nie udaje?

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać (Łk 5, 4-6).

Być może nie masz pracy, na koncie debet, ktoś Cię zdradził, zostawił, od dawna nikt nie odwiedził, nie powiedział dobrego słowa. Nie masz przyjaciół, nie lubisz swoich domowników, cierpisz, masz depresję, nie masz sił, kompletnie nie ogarniasz swojego życia. Jezus chce Ci dzisiaj powiedzieć: Wypłyń na głębię. Dla mnie nie ma nic niemożliwego.

Ileż to razy zarzekałem się: “od jutra wstaję wcześniej”, “już będę Cię (Żono) słuchał”, “zaczynam robić listy spraw do załatwienia”, nie mówiąc o zdrowym trybie życia i częstszej modlitwie. Wszystkie te moje postanowienia i idące w krok za nimi codzienne porażki mógłbym przeplatać dźwięcznym refrenem: dlaczego mi się nie udaje? Nie robię tego jednak, odkąd wiem, że w łodzi mojego życia płynie Ten, który ma moc. Który działa, głęboko w to wierzę, podczas mojej niemocy. Który czeka na moje codzienne: “zapraszam, wejdź i działaj”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail