Aleteia

Magda Frączek: Już teraz ćwiczę, żeby kiedyś dać synowi wolność

Udostępnij
Komentuj

Każda mama jest trochę jak Mojżesz, który nie wchodzi do Ziemi Obiecanej. Mimo że wkładamy w nasze zadanie tyle trudu i serca, nie jest nam dane zapuścić się dalej niż za naszą górę Nebo.

Mój mały syn jest naprawdę mały. Ma trzy miesiące, ssie piąchę i cieszą go wiszące karuzele z samolotami. Zdaję sobie jednak sprawę, że kiedyś będzie duży, założy rodzinę, z pięści co najwyżej komuś przywali, a do samolotu wsiądzie jako pilot i poleci wysoko, wysoko.

Mój syn może też nie skończyć żadnych studiów albo być złotą rączką, mechanikiem, serialowym aktorem lub piekarzem, wstającym na trzecią w nocy do pracy. Generalnie, wybierze takie życie jakie chce. I oby nikt nie stanął mu na tej drodze, a zwłaszcza – ja sama.

 

Jesteśmy częścią w rakiecie

Od kilku miesięcy poznaję, jak to jest przywiązać się do człowieka tak blisko, że aż go usynowić. Używam frazy mój syn, choć tak naprawdę chodzi mi o wspólnego, mojego i mojego męża; chłopaka, który został nam podarowany na jakiś czas.

Już teraz pojawia się w mojej głowie pewna wyraźna intuicja – kiedyś będziesz musiała pozwolić mu odejść. Ten, który wyeksploatowuje Twoje ciało, siły i serce, po prostu wyjdzie i już nic nie będzie takie samo. Cały układ współczulny, jaki teraz tworzycie zostanie wystrzelony w zupełnie nową orbitę, a Ty będziesz tą częścią w rakiecie, która odłącza się w trakcie lotu.

Na własne oczy zobaczysz, jak ten, którego tuliłaś i uczyłaś wiązać sznurówki, przemknie Ci przed oczami w cudownym i przerażającym locie człowieka głodnego życia. I co? I świat, prawdopodobnie, będzie trwał nadal.

Być może te anachroniczne rozmyślania tłumaczy moja przezorność lub potrzeba oswajania się „za wczasu”. Prawdą jest, że już teraz myślę o tym, jak chciałabym, aby wtedy było. Układam swoje serce tak, aby nie przyduszać w uścisku i nie hodować wobec mojego – jak na razie – jedynaka, oczekiwań. Chcę żyć tak, aby nie czuć po tym koniecznym rozstaniu pochłaniającej mnie pustki. To jedno chciałabym sobie zafundować – nie gryźć bez końca ścian, nie żądać powrotu, nie mnożyć przed nim powodów przez które będzie musiał stale oglądać się wstecz. Nie chcę, aby kiedykolwiek usłyszał z moich ust, że czegoś beze mnie nie zdobędzie.

 

Ćwiczenie

Wymyśliłam sobie ku temu pewne wymagające kreatywności ćwiczenie, które uskuteczniam w przeróżnych momentach dnia i nocy. Angażuję w nie osobę mojego męża, gdyż takowa jest tu tak samo kluczowa jak moja. Ćwiczenie nosi roboczy tytuł: „Wszystkie rzeczy, które chcielibyśmy zrobić, gdy dzieci rozsypią się po świecie”. Wiem, nazwa przydługawa, jeszcze nad nią popracujemy. Na razie skupiam swoją uwagę na pomysłach.

I tak, jednym z nich jest podróż stylowym busem po Włoszech. W planach wycieczki mieści się spanie „na pace” oraz zatrzymywanie się w mniej lub bardziej znanych miastach i miasteczkach głównie po to, aby dobrze zjeść. Inną koncepcją jest nauka windsurfingu, oczywiście, jeżeli tylko stawy biodrowe pozwolą. Podejrzewam, że mój mąż spełni swoje marzenie życia i w końcu zatrudni się w ZOO, jako… Ktokolwiek, byleby tylko móc bez ograniczeń obcować ze wszystkimi gatunkami zwierząt na żywo i w jednym miejscu. Osobiście myślę, że całkiem prawdopodobne jest, iż to właśnie po wyjściu dzieci z domu napiszę album swojego życia (naprawdę, bardzo bym nie chciała żegnać się z tym światem płytą pt. „Magda Frączek: The best of”). Nie miałabym nic przeciwko przeczytaniu chociaż połowy z tych książek, które wiszą na mojej liście oraz napisaniu czegoś samej, czerpiąc z własnej mądrości popartej doświadczeniem.

Liczę się trochę z tym, że może nie być mi dane doczekać tych wszystkich chwil w małżeńskim tandemie (i to byłby największy cios, ponieważ oprócz tego, że mój mąż jest wspaniałym mężczyzną, jest też chłopakiem mojego życia!). Jeśli zdarzyłoby się tak, że zostałabym na tym świecie trochę dłużej, mimo wszystko chciałabym znaleźć w sobie siłę, aby cieszyć się życiem równie mocno, jak w czasach, gdy dom rozbrzmiewał głosami całego stada.

 

W samą porę

Myślę, że piszę to wszystko z jednego powodu. Odkrywam w sobie konieczność widzenia własnej wartości poza horyzontem więzi, które teraz buduję. Szczególnie poza horyzontem relacji z moim synem.

To ponoć miara prawdziwej wielkości, móc w każdej chwili pożegnać się z dziełem swojego życia. Oddać, nieraz w cudze i nieznane ręce kogoś, na kim mocno nam zależy. Choć ten obraz mocno kłóci się z tym, jak traktuję swoje macierzyństwo – nie uważam że kiedykolwiek będę swojego syna oddawać, gdyż, po pierwsze, wyrażenie to przywołuje mi przed oczy handlowe, przekupcze praktyki, a po drugie i ważniejsze, najpierw trzeba coś mieć, żeby móc dać, a ja nie przypominam sobie chwili, w której mój syn stał się w jakikolwiek sposób moją własnością – jedno jest pewne: to zarówno zadanie, jak i łaska, umieć rozstać się z ukochanym człowiekiem w samą porę. 

Cały czas uczę się godzić z czasem, ufając, że zawsze jest taki, jaki ma być. Uczę się iść za jego naturalnym rytmem. Być gotową na miarę potrzeb, a nie strachu o siebie. Krok za krokiem, ja i mój syn, każde z nas, we własnym tempie zbliża się do Wieczności. Choćbym nie wiem, jak się wyginała, niczego nie powstrzymam, a na pewno nie uniknę rozminięcia, jakie jest wpisane w życie dziecka i rodzica. W tej sytuacji najlepsze, co możemy sobie dać, to przestrzeń, aby każde z nas mogło przeżyć swoją historię w jedyny, niepowtarzalny i wspierany przez Boga sposób.

 

Przykład Mojżesza

Gdybyśmy zrozumiały, że właśnie to jest wymierną naszych starań, byłybyśmy najszczęśliwsze na świecie. I pogodzone z sobą.

Bo każda mama jest trochę, jak Mojżesz, który nie wchodzi do Ziemi Obiecanej. Mimo że wkładamy w nasze zadanie tyle trudu i serca. Mimo że wyprowadzamy z Egiptu i innych ciemności, pomagamy przejść przez pustynię i niebezpieczeństwa, uparcie przedstawiamy Bogu potrzeby i bolączki naszych najbliższych, nie jest nam dane zapuścić się dalej, niż za naszą górę Nebo. W którymś momencie, nasza misja zmienia tempo i zastosowanie. Przestajemy być niezbędne, ponieważ nasi synowie zaczynają mówić sami za siebie. Domagają się dystansu i zaufania. Chcą toczyć bitwy, doświadczać porażek i zwycięstw. Stają się wolni.

Gdzieś w głębi serca, szykuję się na to, że nigdy nie przejdę na drugą stronę rzeki. Że nasze różnice coraz bardziej będą się pogłębiać, i to w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Jak to mówi ksiądz-klasyk z mojej parafii: „Panie Boże, na litość Boską!”, to i tak wiele, patrzeć własnymi oczami na to, jak nasi synkowie wychodzą na mężczyzn.

Czuję dumę, gdy o tym piszę: Mój syn zmierza w stronę niezależności. To wyprawa konieczna i jednokierunkowa. Czuję się wyróżniona faktem, że swych pierwszych, kluczowych starć doświadcza na podatnym i pełnym miłości gruncie mojego serca. Zanim wyruszy w nieznane. Zanim zacznie toczyć bitwy – o siebie i o tych, których kocha, a także o tych, którzy nie mogą sami się obronić. Zanim da innym to, co w sobie ma, co dzień przegląda się we mnie i coraz bardziej staje się pewny siebie.

Mimo że góra Nebo jeszcze daleko, już teraz wybrzmiewa we mnie Słowo: «Oto kraj, który poprzysiągłem Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi tymi słowami: Dam go twemu potomstwu. Dałem ci go zobaczyć własnymi oczami, lecz tam nie wejdziesz». (Pwp 34,4).

Obyśmy zatrzymały swoje stopy o czasie. Obyśmy ustały w biegu, wytrzymały moment, w którym postaci naszych synów będą nam się wymykać. Obyśmy pokochały ten widok z góry i szerszą perspektywę, jaką nam daje. Świat nie kończy się na naszych dzieciach. Cel jest o wiele bardziej wzniosły – to właśnie oznacza Nebo.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail