Aleteia

40 lat był kościelnym, a potem zaszalał. Gwidon: bankrut, który został świętym

Udostępnij
Komentuj

Po 40 latach pracy w zawodzie kościelnego Gwidon zebrał oszczędności i zagrał va banque... W efekcie został świętym, ale jak do tego doszło?

Na wstępie zaznaczmy, że nasz bohater żył w czasach, co do których nie ma zbyt wielu informacji. O Gwidonie zatem nie wiemy na przykład, kiedy dokładnie się urodził. Na pewno było to koło 950 r. (czasy młodości Mieszka I) we wsi Anderlecht – dziś miasto blisko Brukseli.

Kościelny: 40 lat służby

Podobno miał bardzo religijnych rodziców, którzy nauczyli go modlitw i podstaw wiary. Jest to prawdopodobne, gdyż już jako 14-latek Gwidon został kościelnym (zakrystianem) w Laeken – teraz dzielnicy Brukseli.

Wyprzedzając trochę fakty, powiedzmy już teraz, że Gwidon zmarł w 1012 r, czyli w wieku około 62 lat. 7 lat wcześniej został pielgrzymem. A jeszcze wcześniej miał krótki epizod działalności handlowej. Oznacza to, że mniej więcej 40 lat pracował jako kościelny w Laeken.

Opiekun ubogich, który zaryzykował

Według pobożnych przekazów swój wolny czas poświęcał na odwiedziny chorych i ubogich. Im też miał oddawać dużą część swej pensji. Jeżeli tak się działo, to nasz bohater musiał być bardzo oszczędny. Zdołał bowiem odłożyć (zapewne przez dziesiątki lat pracy) jakąś większą sumę. Skąd o tym wiemy?

Stąd mianowicie, że dobrze już po 50-tce Gwidon został handlowcem, a nawet inwestorem (porzucając zawód kościelnego). Zauważmy tu, że w mniemaniu ludzi średniowiecza 50 lat był to początek starości – czasu, kiedy ceni się raczej stabilizację.

Finansowy i moralny bankrut

Jeżeli więc ktoś wtedy gruntownie zmienia swoje życie, trzeba uznać, że jest mocno zdeterminowany. Powód owej determinacji naszego bohatera stanowiła – według źródeł – chęć zdobycia dużych pieniędzy dla ubogich, a być może również dla siebie.

W jaki sposób pieniądze te miały być uzyskane? Według jednych, Gwidon zakupił towar na handel i wszedł na statek, którym miał ten towar zawieźć do klientów. Według innych, był on armatorem tego okrętu – kimś, kto go na własny koszt uzbroił i wynajął do przewozu (za opłatą) pasażerów i ładunków.

Tak czy inaczej, biznes się nie udał, gdyż statek zatonął. Sam Gwidon prawdopodobnie zranił się w rękę. Co gorsza, stał się bankrutem. I to podwójnym: finansowym i moralnym. Nie tylko bowiem nie miał środków do życia, lecz również uznał, że chciał czynić coś, czego nie życzył sobie Bóg. Odczytał zatem swoją katastrofę jako znak woli Bożej.

Przewodnik po Ziemi Świętej

Aby odpokutować za wystąpienie przeciw niej nasz bohater został pielgrzymem, czyli w tamtych czasach kimś, kto całkowicie polega na Bogu i dobrych ludziach wspomagających wędrowca jałmużną.

Najpierw udał się do Rzymu, a stamtąd do Ziemi Świętej. Poznawszy ją dokładnie, znowu odwiedził Rzym. Tam spotkał rodaków z Anderlechtu, którzy prosili go, aby pojechał z nimi do Palestyny. Gwidon spełnił tę prośbę i został ich przewodnikiem po Ziemi Świętej. Stamtąd wrócił do Anderlechtu, przynosząc wieść o śmierci bądź całej grupy, bądź tylko jej kierownika – dziekana kolegiaty Wandulfa.

Następnie mieli go przygarnąć kanonicy tej kolegiaty. Jest to jednak tylko jedna z wersji tej historii. Według innej Gwidon tylko raz był w Palestynie, ale przebywał tam parę lat i zarabiał na życie oprowadzeniem pielgrzymów. Po czym wrócił do Europy. Tu też wędrował od sanktuarium do sanktuarium, aż w końcu z Rzymu powędrował do domu.

Powrót w kościelne mury

Napisaliśmy „powędrował”, bo większość swych podróży Gwidon odbywał pieszo. Już samo to go wyczerpywało, a przecież pościł, niedosypiał, chorował. Wymęczony dotarł w rodzinne strony. Tam albo zajęli się nim wspomniani kanonicy, albo został znowu zakrystianem w jednym z kościołów parafialnych.

Tak, czy inaczej, wycieńczony, po kilku miesiącach zmarł. Stało się to 12 września 1012 r.

Popadł szybko w zapomnienie. Jednak w 1076 r. podczas orki odsłonięto przypadkowo zarośnięty grób Gwidona. Właściciel pola otoczył go płotem. Szybko zorientowano się, że stary grób ma w sobie coś niezwykłego. Zaczęły się wtedy pielgrzymki, cuda, a wokół nagrobka wzniesiono kaplicę pod wezwaniem Matki Bożej.

Po jakimś czasie przebudowano ją na kościół, a w 1012 r. szczątki Gwidona miejscowy biskup kazał przenieść w eksponowane miejsce tego kościoła. Było to równoznaczne z uznaniem jego świętości.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail