Aleteia

Jak wyleczyłam swoje dzieci jedzeniem

Alita Ong/Stocksy United
Udostępnij
Komentuj

Od czasu, gdy zmieniłam dietę rodzinie, przestaliśmy chorować i mamy mniejszą ochotę na to, co sztuczne.

Z dziećmi w sklepie samoobsługowym.

– Mamo, mogę sobie wziąć coś sztucznego do jedzenia?
– No, dobrze…
– A ja też mogę?
– Możesz!
– A ja mogę?
No tak, każde musi zapytać oddzielnie.
– Nie, ty nie możesz… Żartowałam. Oczywiście, możesz.

Myślałam, że „coś sztucznego” będzie oznaczało batonik, żelki albo inny produkt fosforyzujący w ciemności. Tymczasem przynieśli: konserwę mięsną, pasztet drobiowy i bułkę posypaną żółtym serem.

Brawo ja! Doprowadziłam do sytuacji, kiedy kulinarne szaleństwo kojarzy się moim dzieciom z mielonką tyrolską.

 

Słodycze na szczególne okazje

„Coś sztucznego” znaczy w naszej rodzinie gotowe jedzenie ze sklepu. Od kilku lat staram się kupować jak najmniej takich produktów, żeby ograniczyć chemię spożywczą w jedzeniu.

Piekę chleb, robię domowe wędliny i ciasta, staram się nie kupować słodyczy. Efekty bywają różne. Nie jest tak, że „sztuczne” rzeczy zupełnie nie mają wstępu do naszego domu.

Czasem dziadkowie coś przywiozą, czasem my sami kupimy cukierki, sok w kartonie albo colę na szczególną okazję. Od dwóch tygodni na parapecie w salonie stoi misa z czekoladowymi cukierkami, które zostały po urodzinach męża. Zdarza się, że zaglądamy do McDonalda, np. w drodze na wakacje. Nie popadamy w fanatyzm ani ortoreksję, ale próbujemy jeść zdrowo.

 

Weekendowe gorączki

Pewnie nie doszłoby do tego, gdyby nie problemy młodszej córki ze zdrowiem. Kiedy miała cztery lata, zaczęły się dziwne choroby: dwu-, trzydniowa niewysoka gorączka plus duże osłabienie. Oprócz tego miała nieustający katar, z którego często wywiązywało się zapalanie ucha.

W pewnym momencie zaczynała chorować w każdą sobotę rano, przesypiała weekend, a po dwóch-trzech dniach zdrowiała. Szukaliśmy pomocy u różnych lekarzy, robiliśmy badania (niewykluczone, że jedno z przepisanych lekarstw pogłębiło problem weekendowych gorączek). Tylko tak się jakoś dziwnie składało, że nie mogliśmy dotrzeć do alergologa. Byliśmy zapisani na wizyty pięć czy sześć razy, ale zawsze albo Iza była chora, albo lekarz odwołał spotkanie, albo wypadło nam nagłe wesele w rodzinie (kto próbował zapisać się do alergologa na NFZ, ten wie, że między zgłoszeniem a wizytą mija tyle czasu, że wiele się może wydarzyć).

Przed ostatnią wizytą Iza nie chodziła przez tydzień do przedszkola, żeby czegoś nie złapać, a mąż wziął wolne w pracy, ale i tak nie dotarliśmy, bo była taka śnieżyca, że przez pół godziny przejechaliśmy dwa kilometry, a kiedy zawróciliśmy do kolejki, okazało się, że pociągi nie jeżdżą. Wtedy sobie pomyślałam, że to chyba musi być jakiś znak.

A może to konserwanty?

Podejrzewałam, że moje dziecko może mieć alergię na coś spożywczego. Myślałam o tym, żeby zrobić śledztwo w sprawie tego, co ją uczula. No tak, tylko że wtedy trzeba by wyeliminować z diety podejrzane produkty, a potem wprowadzać je pojedynczo i obserwować reakcję. Sobie mogłabym łatwo zrobić taki test, ale jak go przeprowadzić czterolatce, która lubi jeść niewiele rzeczy, a w dodatku codziennie siedzi przy stole z dwojgiem rodzeństwa – również niejadków? Przecież jeśli inni będą pałaszowali serki i drożdżówki, to ona nawet nie spojrzy na brokuły.

I wtedy wydarzył się drugi mały cud. Trafiłam w księgarni na książkę, której autorka miała kiedyś bardzo chorowite dzieci i wyleczyła je zmieniając żywienie całej rodziny. Skoro jej się udało, to może ja też bym mogła? Podała w książce sporo przepisów na domowe jedzenie i patentów na to, jak usprawnić i ułatwić pracę w kuchni.

Ale przede wszystkim dokonała olśniewającego odkrycia – jej dzieci prawdopodobnie były uczulone nie na mleko czy gluten, tylko na środki chemiczne dodawane do żywności.

 

Zwyczajnie

Wcześniej nie jedliśmy jakoś specjalnie niezdrowo. Gotowałam obiady, robiłam kanapki, czasem dawałam dzieciom serek czy jogurt. Słodycze też nie codziennie.

Dzisiaj podejrzewam, że na Izę źle działały słodkie serki albo płatki kukurydziane. Zmiana żywienia w sumie przebiegła łatwiej, niż się spodziewałam. Tylko kilka razy usłyszałam: „Gdybyś nie kupiła tej głupiej książki, to wszystko byłoby lepiej”.

Tłumaczyliśmy dzieciom, że robimy to dla ich zdrowia i zaprosiliśmy ich do planowania i przygotowywania posiłków. Okazało się, że kiedy pomagają przy mieleniu mięsa na pasztet czy gotowaniu owsianki, chętniej je później jedzą.

Dziwne choroby Izy minęły i w ogóle wszyscy zaczęliśmy dużo rzadziej chorować. Na przykład od tamtej pory nie mieliśmy grypy żołądkowej, która wcześniej obalała nas wszystkich po kolei przynajmniej raz w roku. Różnica była tak duża i tak nagła, że trudno jej nie wiązać ze zmianą w jedzeniu.

Najdziwniejsze jest to, że teraz dzieci, chociaż lubią słodycze, nie rzucają się na nie jak oszalałe. Chyba przyzwyczaiły się do tego, że na takie rzeczy można sobie pozwolić sporadycznie. W końcu misa z cukierkami nadal stoi na parapecie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail