Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Modlitwa, która jest relacją

Udostępnij

Nasz grafik nie potrzebuje kolejnego punktu, którym jest modlitwa. Potrzebuje tego przepastny głód relacji, jaki w sobie nosimy. Ona jest rozmową, w której przychodzą odpowiedzi. Detaliczne, pełne miłości, jak kromki codziennego chleba. Tak kocha Bóg. W szczegółach.

Pisałam niedawno o tym, że z wakacji w codzienność chciałabym zabrać symboliczną „lampę”, która stała na podłodze w moim pokoju nad morzem. Papierowa, duża, dająca ciepłe światło. Można przy niej na koniec dnia usiąść z kubkiem herbaty i książką albo napisać list.

 

Schronić się przed zagonieniem i wszystkimi bodźcami, które niesie życie…

Także poprzez znalezienie szczególnego czasu na modlitwę, która nie pozostaje zepchnięta na tak dalekie obrzeża zabiegania, że może z siatki godzinowej dnia całkiem wylecieć. Doświadczam tego bardzo mocno ostatnio, że od niej zależy moje życie.

Pierwszy tydzień września zostawił mnie jak poległą na placu bitwy już w piątek. Przestawienie pór chodzenia spać i wstawania, usztywniający się grafik, wywiadówki, zaradzenie potrzebom początku roku szkolnego. Poza sprawami do załatwienia pojawiły się także nowe kłopoty. Nowe – dodane do kupki starych. Zauważyłam różnicę: bez „lampy” modlitwy jest dużo trudniej niż z nią. I nie tylko dlatego, że wiara pomaga pokonywać przeciwności. Dlatego także, że daje możliwość przeżywania konkretnych sytuacji życia w relacji do Kogoś, kto jest zainteresowany aktywną w nich obecnością.

W czasie ostatnich kilku miesięcy, które w moją historię życia wplotły tak trudne zdarzenia, że gdyby ktoś mi je zapowiedział wcześniej, zastanawiałabym się, czy nie wyjechać z mężem i dziećmi na drugi koniec świata i jakoś się przed nimi nie schować – moja modlitwa stała się inna. Nie tylko bardziej intensywna i wyrażająca całkowitą zależność od Tego, który potrafi z każdej sytuacji wyprowadzić dobro, ale i znacznie bardziej interaktywna. Im trudniej i im bliżej utraty nadziei, tym bardziej On odpowiada.

 

Słowo na dany dzień

Bardzo często przez Słowo z czytań na dany dzień, które już od lat jest moim przewodnikiem. Z pomocą przychodzą konkretne linijki. Jeśli nie rano, to sens odsłania się wieczorem. Nawet jeśli Słowo nie tłumaczy literalnie znaczenia wydarzeń, jest pełne obietnic i zapewnień, że On jest. Widzi. Słyszy. Współczuje. Nie przestaje kochać. Jak Jego dłoń dotykająca mojej dłoni: „damy radę”.

Im bardziej nasz obraz Boga jest zraniony, tym bardziej możemy doświadczać Go jako kogoś dalekiego. Nieraz całe pokolenia trudnych relacji z ojcami pracują na poczucie, że na świecie trzeba sobie w zasadzie poradzić samemu. Że modlitwa to kolejny obowiązek. Jednak ona jest częścią całej relacji, w której są dwie osoby: On i ja. To On pierwszy mówi: „Jestem tu dla Ciebie”. „Jestem, żeby Ciebie kochać”. „To cel Mojego istnienia”.

Możemy przynosić Mu wszystko: wychodzić daleko poza fasadę, za jaką skrywamy lęki, porażki, głody i słabości. Wszystkie tematy zbierane na ziemi niczyjej, po których nikt inny nigdy nie chodził, a my sami się lękamy tam zaglądać.

 

Dobre dziękczynienie

Niedawno po Komunii starałam się skupić na „dobrym” dziękczynieniu – gdy już pozwolił na to najmłodszy, dwuletni synek, wiercący się blisko mnie. Zamiast wizji uszczęśliwiającej, zobaczyłam oczami wyobraźni rozległe gruzowisko, jakim po burzach ostatnich miesięcy się czułam. Tak definitywne i pozbawione punktu zaczepienia, jak Warszawa po bombardowaniach. Nie wiadomo by było, od jakiej kupki zaczynać odbudowę i jaki niewypał rozsypie ją jeszcze z powrotem w drobny mak. „To ja”, powiedziałam w duchu. Wówczas nasz synek włożył mi w dłoń kamień i zamknął na nim mocno moje palce. Nie wiem, skąd go miał. Pewnie znalazł na placu przed kościołem.

Obezwładniło mnie to zupełnie. On słyszy. Widzi. Nadaje rozmaitymi kanałami swoją wiadomość do nas, że kocha detalicznie. Że nic nie uchodzi Jego uwadze. I chce o tym rozmawiać, w tym być i działać.

Zapal lampę. Dla Niego jest widoczna z daleka jak latarnia. Nadaj swoje SOS. Możesz być pewien, że przyjdzie odpowiedź. W odróżnieniu od innych miejsc, gdzie Twoje komunikaty wpadają w pustkę – jak Twój Facebook, Twitter czy SMS-y, którymi powiesz tylko cząstkę tego, co chcesz i nie masz pojęcia kto i co usłyszy – to, co nadasz do Niego, wpadnie do serca, któremu zależy na Tobie jak nikomu innemu.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail