Facebookowe tzw. grupy wsparcia
I właśnie dlatego, że to wszystko jest bardzo, bardzo realne, staje się śliskim gruntem. Z lekką grozą obserwuję facebookowe tzw. grupy wsparcia dla par. Te, w których administratorzy pozwalają na „rozwiązywanie” małżeńskich problemów, za pomocą kilkuset znaków w komentarzu, w obecności zupełnie nieznanych i niezaangażowanych w sprawę użytkowników, bez wiedzy współmałżonka. Przypomina mi to ogromne lodowisko, o naprawdę cienkiej nawierzchni, na którą wpadło kilka tysięcy realnych ludzi, z realnymi problemami, którzy tupią nogami z bezsilności i złości, licząc na realną pomoc.
W pewnym sensie rozumiem skąd to zjawisko. Po pierwsze, bo tak jest łatwiej. Nie trzeba się konfrontować z człowiekiem, tym dotykalnym. Wszystko odbywa się na bezpieczną odległość monitora. Jak zrobi się niewygodnie, to można usunąć post i udawać, że nic się nie wydarzyło. Po drugie, można to zrobić kompulsywnie, w emocjach, między usypianiem dziecka, a obiadem. Można przedstawić tylko swoją wersję wydarzeń i trochę się wybielić, albo dać sobie upust żalu i zebrać solidarne lajki od innych. Nie trzeba podejmować decyzji o zmianie, na żmudny proces, jakim jest terapia. W internecie wszystko leci bach, bach: „mój mąż jest wrednym chamem!”, enter i poszło. Po trzecie, można to zrobić za jego plecami. Regularne wizyty w poradni i nieco nadszarpnięty budżet, trudniej ukryć.