Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Gdy wiara dzieli małżeństwo

KŁÓTNIA MAŁŻEŃSKA
Shutterstock
Udostępnij

Czy to możliwe, że małżeństwo bardzo religijnych osób nie poradzi sobie z kryzysem? Niestety tak. Wówczas, gdy wiara stanie się narzędziem walki.

Bez perspektyw

Były to jedne z najtrudniejszych warsztatów dla małżeństw, z jakimi przyszło mi się zmierzyć, jako osobie współprowadzącej. Odbywały się w bardzo małym gronie. Niemalże zostały odwołane, zorganizowane w okolicznościach, w których wszystko było wyzwaniem, łącznie z odległością do przebycia, bo wydarzenie miało miejsce poza granicami Polski.

Modliliśmy się bardzo w dniach poprzedzających start programu, bo wiedzieliśmy, że zderzymy się wśród uczestników z sytuacją po ludzku bez perspektyw na happy end. Małżeństwo osób wierzących, zaangażowanych w bardzo poważny ruch w Kościele, z gromadką dzieci i pewnym już stażem lat spędzonych razem. W separacji. W relacji tak napiętej, że, jak mówiło jedno z nich, tylko zabójstwo drugiej połowy rozwiązałoby sprawę. To jednak wyjście nie było możliwe z przyczyn – no właśnie – religijnych.

 

Jak to możliwe?

Przychodzi do głowy automatycznie: jak to możliwe, że religijność nie uchroniła tej pary przed kryzysem? Statystyki przecież mówią, że małżeństwa ludzi wierzących rozpadają się rzadziej. I tu również odpowiedź nasuwa się sama: wszystko zależy od tego, jak przeżywana jest wiara. Niestety, w wersji zranionej, wykrzywionej i jako karykatura życia religijnego – może doprowadzić do krachu relacji.

Dzieje się tak, gdy każdy z małżonków ma swojego własnego Boga. To taki Bóg, który broni w relacji tylko mnie. Przede wszystkim broni mojej świętej racji, moich zranionych uczuć i moich własnych potrzeb. Moich przekonań odnośnie funkcjonowania całego świata i naszego domu, które „przy Jego pomocy” zamieniam na uniwersalne dogmaty. Tam nie ma miejsca na inność. Tam nie zmieści się także nigdzie wolność drugiego – mojego męża, mojej żony.

„Przy Jego pomocy” napisałam w cudzysłowie, bo w takiej sytuacji sprawa nie tyle polega na oczekiwaniu pomocy Boga (w tym wypadku – On miałby stawiać żonę czy męża pod sąd i wymusić zmianę), ale raczej na używaniu Go dla własnego interesu. Dla podbudowania własnego „ja” i wzmocnienia swojego autorytetu, by na drugim wymusić zachowania, które nas zadowolą.

 

Dwóch bogów

Tak więc dom może stać się polem bitwy dwóch bogów. Boga, do którego modli się żona i boga, którego czci mąż. W imię takiego boga mąż i żona robią sobie nawzajem niekończące się rachunki sumienia. Modlitwa też wygląda w charakterystyczny sposób: „Zrób coś z nim”, „Zmień ją wreszcie, bo nie da się tak dłużej wytrzymać”.

Tymczasem zdrowe przeżywanie wiary w związku zawsze jednoczy, nie dzieli. Głębia wiary wyraża się miarą pokory. Pierwszym, co robi Pan Jezus, zaproszony do mojego życia, to inspiruje we mnie ciekawość, współczucie i gotowość na przyjęcie drugiego człowieka – Jego wspaniałego i ukochanego dziecka.

Moją misją w małżeństwie nie jest go ani zmieniać, ani naprawiać. Bóg nie zleca mi pokazania osobie, z którą się wiążę na całe życie, jaka ma być, kim ma się stać. Mogę zawsze szukać w sobie tego, co będzie dla drugiej strony dobre, pomocne, wspierające rozwój. Mogę próbować zrozumieć i zaakceptować kwestie, których zrozumieć jeszcze nie umiem. Mogę wspierać słabości męża czy żony swoimi talentami. To jednak jest droga zupełnie różna od odrzucania, potępiania albo osądu.

 

Miłość, która przekracza siebie

Nie wiem, jak potoczyły się losy tamtego małżeństwa. Podejrzewam, że się rozsypało, ponieważ oboje byli tak przekonani o tym, iż Pan Bóg trzyma stronę każdego z nich, że nie było tam miejsca na dialog. A przecież Bóg, który tak niesamowicie wymyślił małżeństwo, jako ścieżkę codziennej, rozwijającej i pozwalającej przekraczać siebie miłości, jest ostatnim zainteresowanym wygraną i przegraną w małżeńskich sporach.

Jak pisze ks. Szymczak w naszej wspólnej książce „Raz się żyje”: On zawsze stoi po stronie małżeństwa. Co oznacza, że jest po stronie męża i żony razem: szczęśliwych, wolnych, skłonnych bardziej do pytań niż sądów nad drugim. Jest z nimi, by chronili swoją więź ponad zwycięstwa małych „świętych racji”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail