Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kto jest ważniejszy: mąż czy Bóg?

KOBIETA, MĘŻCZYZNA, KRZYŻ
Shutterstock
Udostępnij

Od męża oczekujemy troski o nas na poziomie istoty wszechmogącej, która zna kobiecy świat na wylot i nie ma żadnych słabości, albo sprzymierzamy się z Bogiem, by ukarać męża, który kocha niewystarczająco.

Bóg nie pyta

Zastanawiam się od długiego czasu, skąd się wziął ten dylemat. Czy ważniejszy dla żony powinien być Pan Bóg, czy mąż. Co i raz powraca do mnie, albo wraz z sytuacją jakiejś pary, dla której relacja staje się trudna, albo natrafiam na publikacje w sieci na ten temat.

Dochodzę do wniosku, że chyba błąd tkwi w samym postawieniu pytania, które z założenia tworzy opozycję między Panem Bogiem i mężem. Czyni z nich konkurentów o duszę i wolność żony. Któregoś z nich powinna słuchać, tylko którego? Albo którego bardziej?

Myślę, że pierwszą osobą, która takiego pytania nie stawia, jest sam Bóg. Z natury swojej nie walczy, nie wypowiada wojny. Nie potrzebuje z nikim konkurować. Jako miłość jest Tym, który czeka i pragnie dawać Siebie. To my Go potrzebujemy. To On leczy, podnosi, uzdrawia i kocha.

 

Mąż traktowany „z góry”

Jest coś, co powoduje we mnie ewidentny i odczuwany somatycznie ból: gdy kobiety publicznie opisują swoich mężów jako ostatnich gamoni, pozbawionych inicjatywy i duchowego wzroku. Myślę zawsze wtedy o cierpieniu mężczyzny – bezbrzeżnym i niewypowiedzianym, bo mężczyzna, którego wartość i dokonania są umniejszane, milczy. Nie walczy z lekceważeniem i zagarnięciem przestrzeni przez żonę, ale wycofuje się za szczelnie zamknięte drzwi – tym bardziej, im bardziej niepochlebne opinie na jego temat są wyrażane publicznie. Tam być może jeszcze ochroni resztki swojej autonomii.

Dla tego typu kobiet – „kierowniczek duchowych” swoich mężów – we własnym ich przeżyciu Bóg jest „ważniejszy niż mąż”, ale w taki sposób, że pozwala na patrzenie na męża z góry.

 

„Sklejona” z mężem

Drugi rodzaj żon – to te, które mówią: „mąż mi nie pozwala”. „Nie pozwala mi odpoczywać, realizować hobby, wierzyć, spotykać się, wychodzić z domu”. Poza jednak rzeczywistymi przypadkami przemocy, czy to fizycznej, czy psychicznej, często owo „nie pozwala mi” jest czymś istniejącym jedynie w emocjach żony. Na przykład dlatego, że mąż nie tryska entuzjazmem na myśl o pewnych pomysłach czy projektach kobiety swojego życia. Albo wyraża niezadowolenie. Albo marszczy brwi. Albo w ogóle w żaden sposób nie reaguje.

To kobiety, które z powodu rozmaitych zranień z przeszłości, relację w mężem przeżywają jako swoiste sklejenie. Żyją w tak wielkiej emocjonalnej zależności od mężczyzny, że na jej rzecz zrezygnowały z własnej podmiotowości. To mąż musi dać im pozwolenie na zaspokajanie własnych potrzeb, a nie one same – choć najczęściej Bogu ducha winny mąż nawet nie wie, jaką (niemożliwą do spełnienia) rolę przypisała mu żona.

Żony z tej grupy przeżywają męża nie tylko jako kogoś „ważniejszego od Pana Boga”, ale jako po prostu kogoś, kto zajął Jego miejsce i rozporządza słabym, bezradnym i zależny „ja” żony w sposób, w jaki nie zostały pomyślane dojrzałe relacje między dwojgiem dorosłych ludzi.

Tym żonom potrzebne jest odkrycie na nowo Boga jako kogoś, kto je bezwarunkowo pokochał i obdarzył wolnością. Kto pozwala im być sobą także wtedy, gdy mąż ma inne zdanie. Potrzebują wsparcia Boga na drodze pokochania samej siebie i odkrycia swoich talentów, granic i miejsc zranionych. Potrzebują kochającego Ojca, Brata i Zbawiciela – nie tyrana i despoty, który jako kolejny odbierze im zdolność samostanowienia lub będzie działał przeciwko mężowi i więzi małżeńskiej.

 

Dwie różne relacje

Bóg i mąż odnoszą się do dwóch różnych porządków relacji. Nosimy w sobie głód ich obu. Odczuwamy potężny, często nieuświadomiony i przysypywany aktywizmem czy nałogami głód relacji z Kimś, kto kocha od początku i absolutnie bezwarunkowo, miłością i czułą, i chroniącą, i pozwalającą na zderzanie się z wyzwaniami, które niosą wzrost. Miłością mamy i taty. Tego nie potrafi maż, choćby nawet kochał najpiękniej. Z mężem możemy stworzyć jedynie relację dorosłych i wolnych osób, szanujących nawzajem swoje granice, ofiarujących się sobie w darze, wspierających siebie nawzajem, otwartych na wzajemne różnice. I głód obecności drugiego człowieka także mieści się w naszym sercu.

Gdy te głody się mieszają, mamy kłopoty. Małżeństwo ma kłopoty. Albo od męża oczekujemy troski o nas na poziomie istoty wszechmogącej, która zna kobiecy świat na wylot i nie ma żadnych słabości, albo sprzymierzamy się z Bogiem, by ukarać męża, który kocha niewystarczająco.

Jednak dla Niego – kochać Go i kochać drugiego człowieka oznacza to samo. Miłość do Niego potrzebuje mojej miłości do siebie samej i mojej miłości do męża. Pokochania go takim, jakim jest. Szacunku dla obszarów, w których się ode mnie różni. Docenienia ich i afirmacji: to mało, że mi nie przeszkadza, że jesteś inny; potrafię Ciebie w Twojej inności wspierać. Nie będę używać Boga do tego, by przerobić ciebie na swoją modłę, ale też krytyka z twojej strony nie odbierze mi poczucia własnej wartości, bo jestem dzieckiem Bożym.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail