Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dlaczego nie rozmawiamy o wierze? Najlepiej wychodzi nam milczenie o Bogu…

KOBIETA MODLI SIĘ NA SPACERZE Z PSEM
Unsplash | CC0
Udostępnij

Paulina Wilk: Rzadko rozmawiam z przyjaciółmi o wierze, duchowości. Słowo Bóg jest jednym z najrzadziej używanych, jak niepasujący do rzeczywistości termin, który nie chce nam przejść przez usta…

…bo wydaje się obcy, ciężki, a jego znaczenie jest jednocześnie zbyt niejasne i doniosłe. O tym, że Bóg wyszedł z codziennego użytku, świadczy choćby to, że w moim pokoleniu mało kto korzysta z zawołań zawierających element boskości.

„Jak mi Bóg miły” i „skaranie boskie” – znam tylko z książek. „Na litość boską” – z próśb taty. „Dzięki Bogu” – z westchnień mamy. A życiową mądrość „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje” – z ozdobnej ściereczki przybitej gwoździkami do ściany w kuchni w domu moich dziadków. Czasami jeszcze mówimy, że ktoś „złapał Pana Boga za nogi” albo z przekąsem, że „jak trwoga, to do Boga”. Ale to już są powiedzonka o świeckim znaczeniu, stosowane na okoliczność ludzkich słabości – naiwności, lęku.

Nie wzywamy głośno Boga ani na pomoc, ani żeby Mu podziękować. Najlepiej wychodzi nam milczenie o Nim. W zamian miewamy „szczęście w nieszczęściu” albo „meganiefart”. Jakieś losowe, nieokreślonej natury zdarzenia, które nie przyjmują symbolicznego kształtu i w ogóle nie trzeba w nie wierzyć lub wątpić, ponieważ nie niosą żadnych znaczeń.

 

Milczenie o Bogu

A z Bogiem jest kłopot. Potężny, wszechmogący, sprawiedliwy i miłosierny. Użycie terminu tak dużego kalibru jest w miejskim, nowoczesnym języku nie tyle zarezerwowane na specjalne okazje, ile właściwie niedopuszczalne. Wnosi ze sobą krępującą całe towarzystwo dawkę treści, z którymi nauczyliśmy się obchodzić albo w całkowitej prywatności, albo wcale. Okazywanie uczuć, myśli religijnych w zwykłych towarzyskich czy przyjacielskich rozmowach jest dziś taką rzadkością, że nieobecność ducha staje się wręcz namacalna, przyjmuje cechy tabuizacji.

Rzecz znamienna – swobodnie konwersuję z różnymi ludźmi o fundamentalistach islamskich, kłopotach ze współczesnym pojmowaniem patriotyzmu, dewiacjach seksualnych albo perspektywach upowszechnienia eutanazji. Dlaczego wśród nieograniczonej puli tematów nie ma wiary?

Może dlatego, że jak pisze prof. Marcin Król w nowej książce „Europa w obliczu upadku”, zamieszkujemy jedyny kontynent świata, na którym religia nie stanowi już fundamentu codziennego życia i wartości. Ta zmiana zaszła niedawno.

 

Kościół coraz bardziej obcy…

Jeszcze jako dziewczynka czułam się włączona do społeczności katolickiej w miasteczku, w którym dorastałam. Chodziłyśmy z przyjaciółkami do kościoła o świcie, niosąc samodzielnie zrobione kolorowe lampiony. Przepychałyśmy się w kolejce do spowiedzi u księdza Mirosława, bo w konfesjonale mówił krótko i mądrze. Czekałyśmy z rodzicami na wielkanocny śmigus-dyngus w wykonaniu księdza Justyna, który ze śmiechem oblewał wodą wszystkich wychodzących z mszy. Jeździliśmy na obozy nad jezioro, gdzie księża uczyli budować szałasy, rozpalać ogień i być blisko z naturą.

A potem, zaraz po Pierwszej Komunii Świętej, którą przyjmowaliśmy wiosną 1989 roku, to się nagle urwało. Od tamtej pory w kościele widywałam się z przyjaciółmi coraz rzadziej, pochłaniały nas inne sprawy – bardziej konkretne, namacalne, wszystkie te nowości, które płynęły z dostępnej nagle zagranicy.

Kościół, ze swą statecznością i rytualnymi powtórzeniami, stawał się coraz bardziej uciążliwy, obcy, nieprzystający do okoliczności. Tracił na atrakcyjności, bo w czasach, gdy zmieniało się niemal wszystko, on jeden ani drgnął. Nastąpiło oddalenie, utrata wspólnego języka, wreszcie rozstanie. Coś na kształt „rozkładu pożycia”, czyli obumierania więzi, za którą odpowiedzialność ponoszą obie strony. Powody są złożone i bardzo różne, ale efekt wśród moich bliskich znajomych ten sam – nie chodzimy regularnie do kościoła, a modlitwy – jeśli się zdarzają – mają wymiar najgłębiej osobisty, ukryty. Nawet o nich nie wspominamy – z potrzeby zachowania intymności czy ze wstydu? Nie zadajemy sobie pytań o wiarę.

 

Bóg wyproszony z życia

Dostrzegam w tym coś nienaturalnego, bo wszystko, co jest dla ludzi ważne, manifestuje się zwykle w słowach i opowieściach, szczególnie teraz – w dobie cyfrowej gadatliwości. Bóg spychany do obszaru ciszy to Bóg wyproszony z życia.

Ostatnio, jeśli temat religii pojawia się częściej, to poprzez figurę Kościoła katolickiego, który dla wielu moich rówieśników – ceniących indywidualność i wolność osobistą – jest instytucją opresyjną, odpowiedzialną za pedofilię, afrykańską pandemię AIDS, chciwość, homofobię czy fałszywą moralność. A to już kategorie polityczne, rozprawy nie o duchu, tylko o władzy, której istnieniu i przewinom nie da się w racjonalnym sporze zaprzeczyć. Interesujące, jak bardzo zależy nam na dostrzeganiu słabości i grzechów Kościoła. Jakby to w nim miała się pomieścić cała ciemność.

Dlatego kłopotliwy okazał się papież Franciszek – jego charyzmatyczna, jasna i chrześcijańska postać nie pasuje do wizji watykańskiego imperium zła. Wielu widzi w jego obecności jedynie zabieg wizerunkowy przebiegłych kardynałów. Nie wiem, jaka jest prawda. Chcę wierzyć w dobre intencje Franciszka. Cenię jego staranie o odbudowywanie języka i przywracanie do powszechnego użytku pojęć, bez których rozmowa o Bogu nie jest możliwa.

*Tytuł, lead i śródtytuły  pochodzą od redakcji

"MIĘDZY WALIZKAMI' PAULINA WILK


**Tekst jest fragmentem książki Pauliny Wilk „Między walizkami”, która ukazała się nakładem wydawnictwa W drodze

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail