Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dzikie miasto Casablanka

CASABLANCA
fot. Stefan Czerniecki
Udostępnij

To w Casablance znajduje się największa po Mekce sakralna budowla świata islamu – meczet Hasana II. Trudno w to uwierzyć, ale w jednym momencie potrafi się tutaj modlić 25 tysięcy wiernych.

Casablanka to miasto bez większej historii, raczej koncentrujące się na teraźniejszości i przyszłości, niż pielęgnujące świadectwa tego, co było. Choć trzeba mu oddać, że jest największą aglomeracją całego kraju. I jeśli już komuś je polecać, to raczej biznesmenom aniżeli turystom tęskniącym za atmosferą arabskiego miasta.

Tak, współczesna Casablanka dalece odbiega od wyobrażeń, jakie mają przybywający tu europejscy turyści. Prawdopodobnie wszystko przez słynne romansidło, uduchowiony melodramatyczny pejzaż wyreżyserowany przez Michaela Curtiza. Z wizją przedstawioną w tym filmie obecna Casablanka ma jednak niewiele wspólnego (zresztą, trudno się dziwić, skoro z racji skromnego budżetu ani jedna scena nie została nakręcona w mieście – całość filmowano w atelier).

 

Współczesna Casablanka

Jaka jest zatem współczesna Casablanka? Nudnawa. Olbrzymia. Hałaśliwa. Stanowiąca wizytówkę uwspółcześnionego świata islamu. Dla obcego Casablanka będzie miastem wręcz dzikim. Z prawdziwie arabską atmosferą.

Idąc po ulicy przyzwyczajony do ugrzecznionego stylu spacerowania Europejczyk może czuć się nieco wystraszony. Mijający go ciemnoskórzy Arabowie potraktują go jak pewnego rodzaju konkurenta. Groźny, surowy, wyzywający do pojedynku wzrok. Pojedynek na spojrzenia trwa dopóty, dopóki rywal nas nie minie. Do tego czasu nie spuści wzroku ani na moment. Męska rywalizacja na marokańskiej ulicy.

 

Pojedynek na ulicach Casablanki

Miasto huczy od klaksonów i pędzących samochodów. Na każdym kroku można złapać petit taxi, która zabierze nas w dowolny zakątek Casablanki. Oczywiście dla białego po odpowiednio wyższej cenie niż normalnie. Większość turystów każe się zawieźć na marokańską starówkę, czyli Medynę. I tu kolejne rozczarowanie. Medyna w Casablance także nie przedstawia się jakoś wyjątkowo imponująco. Tutejszej starówce daleko do magicznych, wąskich uliczek Meknesu, Fezu czy nawet Rabatu.

Z pewnością tym, co może ewentualnie skusić białego do odwiedzin Casablanki, może być jej egzotyka. Dzikie spojrzenia groźnych mężczyzn. Hałaśliwe klaksony. Przechodnie, którzy w niezrozumiałym dla nas pędzie niemal przyciskają tych mniej asertywnych do ścian okolicznych domów. Można poczuć się troszkę jak między półkami sklepowej alejki marketu w przedświątecznym okresie. Rządzi, kto ma siłę. Trzeba uważać. Masa ludzi. Prawdziwy tłum.

 

Meczet Hasana II w Casablance

Jeszcze większy tłum niż na pojedynczej ulicy może zmieścić się w największej po Mekce sakralnej budowli świata islamu – w meczecie Hasana II. Trudno w to uwierzyć, ale… Naraz potrafi się tutaj modlić 25 tysięcy wiernych. Względnie nowy budynek góruje nad resztą miasta. A zwłaszcza mierzący 210 metrów wysokości minaret, na którego czubku umieszczono laser wskazujący kierunek Mekki.

 

 

Casablanka – ostatnia deska ratunku dla Marokańczyków

W tym mieście Marokańczycy widzą swoją przyszłość. W ich życiu odgrywa bardzo odpowiedzialną rolę. Rolę ostatniej deski ratunku. Jeśli nie Casablanka, to… To już raczej nic. Koniec. Miasto ostatniej szansy.

Zresztą, nawet jeśli i tutaj nic się zmieni w ich życiu, najpewniej i tak tutaj zostaną. Znajdą miejsce, zasilając kolejne dzielnice biedy. Części się pewnie uda. Ci jednak będą stanowić niewielki procent wszystkich przybyszów. Reszta do teraz snuje się po placach, skwerach i bazarach. Jak choćby ten człowiek, który podchodzi właśnie do jednego z przechadzających się po placu Place des Nations Unies białych turystów.

– Panie, problem mam – zaczyna nieśmiało.
– Co się stało?
– Okradli mnie. A muszę wracać do domu. Nie jestem stąd. Potrzebuję pieniędzy na powrót. Choćby kilka dirhamów…
– Aha… – podsumowuje, chyba podświadomie już wyczuwając podstępek.

Jednak bojąc się reakcji w przypadku odmowy, wysupłuje kilka srebrnych monet. Za kilkanaście minut będzie sobie pluć w brodę. Wystarczy poobserwować z ukrycia tego jegomościa przez kilka chwil, by nabrać pewności, że ten człowiek na pewno nie został okradziony i na pewno nie zbiera pieniędzy na powrót do domu.

Czatuje tylko na turystów. Podchodzi do każdego z nich z tą samą miną. Następnie wraca do kolegów, zgromadzonych za rogiem, by podzielić się wyłudzonym łupem. Wszyscy mają podobnie „cwaniakowaty” wyraz twarzy. Jutro prawdopodobnie ktoś inny będzie miał swój „dyżur”. Smutne…

 

Tags:
podróż
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail