Aleteia

Szymon Majewski: Kurtka pokoleń, czyli kultowy kawałek jeansu

Archiwum autora / East News / Getty Image
Udostępnij
Komentuj

Pisać o kurtce na pełnym duchowości i skupienia portalu? A dlaczego nie, jeżeli ten frywolny kawałek dżinsu łączy pokolenia i ma... 57 lat! 

Parę dni temu wróciliśmy z moim synem Antkiem z koncertu The Rolling Stones – genialnych, energetycznych dziadków, którzy, choć przypominają zmięte kartki papieru, ruszają się na scenie, jakby ciągle grali pierwszy koncert.

Jestem ich fanem od lat, ich fanem jest mój ojciec Tadeusz, słucha ich mój syn. A wszystkich nas, oprócz kapeli, łączy kurtka, którą mój tata kupił w 1960 roku. Za 1 dolara.

13 kwietnia 1967 r. był w niej na legendarnym koncercie w Sali Kongresowej. Gdy mój tata szalał na parkiecie, ja już ustawiałem się główką, by wyjść na świat. Urodziłem się dwa miesiące później. Kurta dżinsowa już wtedy miała 7 lat – teraz uważana by była za starą, a w tamtych czasach to była nówka, wszak to „Lee” za dolara. Coś takiego piechotą nie chodzi, tylko szaleje w Kongresowej.

Archiwum autora

 

Gdy moi rodzice się rozstali, kurtka została u nas, na Ochocie. Na początku nie była dla mnie niczym ciekawym, ale gdy zacząłem modulować głosem i z rakiety tenisowej robić gitarę, zauważyłem w szafie oldskulowy łach po ojcu. Zacząłem ją nosić, mając szesnaście lat – już wtedy miłością darzyłem The Rolling Stones. A gdy dowiedziałem się od ojca, że machał nią na koncercie w ’67, chciałem ją oprawić w ramki i tak nosić na plecach. Ojciec powiedział: „Ty wiesz, że jak zaczęli grać «Satisfaction», rzuciłem kurtką w górę i wróciła do mnie dopiero po godzinie. Ktoś mi ją odrzucił”.

Boże, marzyłem, żeby to był Jagger. Ojciec do dziś wspomina, jak przed koncertem doszło do zamieszek: „Pamiętam, jak milicjant dostaje w twarz kępą trawy wyrwaną z klombiku przed Pałacem Kultury”.

I jak miałem nie nosić takiej kurtki?! Niestety, wtedy były już lata 80., ciuch zaczął podupadać, sypały się rękawy, robiły dziury. Z pomocą przyszedł mi Dziadek, który wstawiał łaty i całe elementy z innych, nowszych kurtek. Tak oto moja kurtka stała się patchworkową kurtką, łączącą wczesny PRL, późny PRL i czasy Wolności. Dżinsowy Frankenstein.

W liceum mój kolega, Rafał Sławoń, napisał mi na plecach KULT, na cześć kapeli Kazika. Potem ten napis zakrył kolejny ekran dżinsowy, który sam sobie naszyłem, bo Dziadziuś już nie żył.

W 1990 roku pojechałem na mój pierwszy koncert Stonesów do Pragi. Pierwszy koncert Stonesów w nowej rzeczywistości. Byłem też w niej na koncercie Jaggera i spółki w Berlinie dwa lata później.

Archiwum autora

 

Mijały lata i oto miałem przyjemność oglądać Rolling Stonesów na Służewcu w 2007 roku.

Już rodzinnie, była ze mną wtedy moja 14-letnia córka Zosia. Trzymałem ją na barana, mając na plechach oprócz Zosi kurtkę mojego taty…

Kurtka przetrwała kolejne perypetie: pożar, przeprowadzki, zmiany stylu swojego pana, miłość do innych zespołów. Kurtka wisiała, Stonesi wciąż grali, a my z synem Antosiem marzyliśmy, żeby zobaczyć ich znowu. Tymczasem oni grali rzadziej i krążyli gdzieś daleko, aż w końcu stało się. Na wieść o tym, że będą grać w Amsterdamie, rzuciliśmy się i kupiliśmy prawie ostatnie bilety.

I tak oto 1 października, ja 50-letni Szymon, stałem w 57-letniej kurtce mojego 78-letniego ojca Tadeusza, z moim 22-letnim Antosiem. A najważniejsze, że skakaliśmy razem do „Let’s spend the night together” i „Satisfaction”!

Tak, przyznam się, piliśmy razem piwo.

Kółko się zamknęło? Skądże… Mam nadzieję, że za 20 lat będę tam z moimi dziećmi i wnukami…

Bo tego, że Stonesi będą jeszcze grać, jestem pewien.

Archiwum autora

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail