Aleteia

Ty też kiedyś będziesz teściową!

Udostępnij
Komentuj

„Teściowa” to wypadkowa mojego macierzyństwa i pracy nad sobą, nie od święta. By kochać swoje dziecko tak, żeby pokochać jego wszystkie wybory, które przychodzą w pakiecie ze szczęściem.

Oskarowa mama

Czasami mam ochotę już teraz wystawić sobie ocenę za całokształt mojego macierzyństwa. A ponieważ mamą jestem od trzech lat (tylko!), to przyznacie, że byłaby to ocena całkiem wybiórcza.

Na wszelki jednak wypadek, w szafce mam schowaną bazarową statuetkę oskarową, a w drugiej, małe coś, stylizowane na emotikon „kupy” (dobrze, że mimo wszystko z uśmiechem;)). Rejonizacja nagród jest wymienna. W zależności od etapu macierzyństwa, na którym staram się nie stracić równowagi. 

Na przykład, w pierwszym roku było wiele „nie tak”. Nadzieja ścigała się z poczuciem niemocy. Natomiast wraz z drugą ciążą, poczułam się jak ryba w wodzie, która notabene spełnia kilkadziesiąt życzeń dziennie (do życzeń zalicza się również nielimitowane „przytul mnie, mamo”). I dlatego, ponieważ tak naprawdę to dopiero początek mojego matkowania, ponieważ jeszcze nie raz moja pewność siebie straci pewność, ocenę końcową odłożę na dzień, w którym zostanę… teściową. 

 

Mama – teściowa

Yhym. Wiem, że takiego obrotu sprawy to nikt się nie spodziewał. Wiem, że to temat, który lepiej dyplomatycznie przemilczeć albo podsumować kolejnym kawałem z cyklu „teściowa na 102”. Ale pozwólcie, że ja teraz całkiem na serio i bez ogródek. Tak, statystyka mi mówi, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że za kilkanaście lat wejdę w tę, jakże znaczącą, rolę mamy-teściowej. I Ty również. Wtedy przejdziemy praktyczny egzamin dojrzałości. 

Bo naszym głównym rodzicielskim celem jest danie dzieciom (zdrowych!) korzeni, żeby wiedziały kim są, jaka jest ich tożsamość i wartość oraz danie im skrzydeł, żeby w odpowiednim dla siebie czasie, mogły je rozwinąć i polecieć ku swoim marzeniom. 

Korzenie. My też je mamy. Są kontekstem. Tego wszystkiego co wrzucili nam na plecy nasi właśni rodzice i tego w jakiej relacji małżeńskiej rozpoczęliśmy tworzenie swojej rodziny. Wzniośle brzmi, ale w tej poezji siedzi samo życie: konieczność wyzbywania się egoizmu, bo dzieci wychowujemy dla świata, i odwaga, żeby odrapać swoje ego z lukrowej posypki, i wolność, którą musimy mieć, żeby dać. 

 

Teściowa, jak z kawału? Nie, dziękuję

Inaczej, bez autorefleksji, staniemy się kolejnym przedrukiem anegdotki o trudnej teściowej. 

Chociaż moje dzieci dopiero wyrastają z pieluszek i daleko im do ustalania ślubnych dat, myślę intensywnie o tym, że „teściowa” to nie żaden koncept, który sobie wymyślę i zrealizuję, jak przyjdzie pora. Niczego sobie nie udam, nie dokoloryzuję na zawołanie.

„Teściowa” to wypadkowa mojego macierzyństwa i pracy nad sobą, nie od święta. By kochać swoje dziecko tak, żeby pokochać jego wszystkie wybory, które przychodzą w pakiecie ze szczęściem (wg jego koncepcji, nie mojej). To są te skrzydła i to latanie. Świadomość, że nikogo nie tracę. Że jestem miejscem, do którego od czasu do czasu, mając 20 czy 40 lat, wpadną na nielimitowane przytulenie. Że w jego życiu pojawi się ktoś nowy, ktoś bardzo ważny, kto poczuje się przy mnie dobrze. Tak po prostu. I że jednak za tę „mamę-teściową” dostanę pozłacaną figurkę oskarową.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail