Aleteia

Jezu, ufam Tobie. Ale czy na pewno? Misja ewangelizacyjna zmieniała moje serce

Andrey_Popov - Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Plecak z Pismem Świętym, różaniec, krzyż i podstawowe rzeczy do higieny. Zero jedzenia, wody, brak telefonów, pieniędzy i miejsc noclegowych… Oto świadectwo Anety i jej misji z neokatechumenatu.

W moim sercu od dawna pojawiało się pragnienie wyjazdu na misje. Było ono bardzo głębokie, a powierzchowne życie, jakie wiodłam, odwodziło mnie od tej myśli.

 

Bóg czeka na moje „tak”

Pan Bóg był ze Mną w moich pragnieniach, obawach i troskach.

Zaplanował to tak, jak ja w swojej ludzkiej mądrości nigdy bym nie zdołała, ale czekał, aż z ufnością powiem mu „tak”. Przygotowywał mnie poprzez wspólnotę neokatechumenalną – formację w Kościele katolickim, która pozwoliła mi się do Niego przybliżyć na nowo i Mu zaufać.

Światowe Dni Młodzieży w Krakowie dały mi jasne światło i znak od Boga, że On chce, abym za Nim poszła. Moje pytanie brzmiało – czy ja jestem gotowa?

Kiedy na spotkaniu powołaniowym (we wspólnotach neokatechumenalnych takie spotkania odbywają się regularnie) wyraziłam gotowość wzięcia udziału w misji, nie sądziłam, że zacznie się ona dla mnie w Polsce, a konkretnie w Toruniu…

 

Moje plany kontra wola Boża

Wyjazd na misję kojarzył mi się z odległymi miejscami na Ziemi, które istnieją tylko na mapie, bo ludzie już dawno o nich zapomnieli.  Nie byłam jednak gotowa na resztę świata i Pan to wiedział.

Kiedy pojawia się okazja wzięcia udziału w misji ewangelizacyjnej, z ogromną dozą niepewności zadeklarowałam, że chcę wziąć w niej udział. Wciąż miałam obawy i nie do końca potrafiłam zaufać Panu Bogu.

Powiedziałam wtedy: Panie Boże, Ty się tym zajmij. Jeżeli mam iść, to spraw, żeby tak było. Nie musiałam długo czekać na niebiańską odpowiedź. Mimo ogromnej liczby chętnych do udziału w tej misji, miałam zielone światło i wszystko było już pewne – idę. Takich osób jak ja było ponad 800.

Wśród losowanych obszarów były Polska i kraje sąsiadujące. Metodą małych kroczków Pan doprowadził mnie do Torunia. Miasta, w którym nigdy nie byłam i co ciekawe, w tym roku chciałam je zwiedzić.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że Pan Bóg ma naprawdę dobre poczucie humoru. Zostałam wylosowana w parze z dziewczyną, która mieszka w tym mieście, a spośród dostępnych obszarów trafiła nam się Starówka. Pan Bóg jeszcze nie raz mnie zaskoczył. Mimo dającego się we znaki upalnego lata czas wędrowania okazał się dla mnie odpoczynkiem. W końcu nie musiałam się o nic martwić. Miałam najlepszego przewodnika.

 

Brak pieniędzy, telefonu, jedzenia…

Plecak z Pismem Świętym, różaniec, krzyż i podstawowe rzeczy do higieny. Zero jedzenia, wody, brak telefonów, pieniędzy i miejsc noclegowych. Idźcie i mówcie o Bogu. Tyle zapamiętałam po kilkudniowym przygotowaniu do tej misji.

Zaczęły rodzić się pytania. Co ja mam mówić napotkanym ludziom? Jak do nich przemawiać? A co, jeśli będę głodna, będzie padał deszcz i będę spała w parku? Prawda jest taka, że Pan Bóg zaplanował wszystko od A do Z. 

Ja miałam tylko tam być, a Duch Święty miał zrobić resztę. Brzmiało to dosyć tajemniczo, ale zaufałam Panu. W życiu codziennym ufam często wtedy, kiedy potrzebuję Jego pomocy. Kiedy wiem, że własnymi siłami nic nie osiągnę. Tutaj miałam idealne pole do całodobowego zaufania. Pan Bóg stworzył mi idealne warunki, abym mogła wreszcie zrozumieć i poczuć, czym jest zaufanie.

Jezu, ufam Tobie – stało się mantrą, którą powtarzałam każdego dnia. Czułam się jak proch mizerny. Jak słabe narzędzie, które Pan Bóg sobie upodobał i dodawał mu siły.

 

Dlaczego to mnie wybrałeś?

Znałam ludzi mądrzejszych ode mnie, lepiej znających Pismo i posiadających większe doświadczenie życiowe. Kiedy pytałam Pana Boga, dlaczego to mnie wybrał, dostawałam taką odpowiedź: „Skoro, bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących”.

Śmiałam się w duchu i mówiłam: no tak, nikt mnie nie zna tak dobrze, jak Ty, Panie. Bóg zapewniał mnie o swojej trosce. Za każdym razem, gdy się modliłam i otwierałam Pismo Święte, Pan Bóg mnie uspokajał i dodawał odwagi.

 

Na miłość Boga nie trzeba zasłużyć

Wróciłam cała, zdrowa i szczęśliwa, wbrew obawom mojej rodziny, znajomych i moim początkowym lękom. Tydzień wędrowania był dla mnie bardzo owocny. Miałam czas dla drugiego człowieka, w którym mogłam zobaczyć Jezusa Chrystusa.

Pan Bóg niszczył moje projekcje, co do tego, jak ma wyglądać moja misja. Sam posyłał na moją drogę ludzi, a ja mówiłam to, co Duch Święty szeptał mi do ucha. Wiedziałam, że mimo mojej ułomności Pan Bóg wyciągnie z tego jakieś dobro.

Każdego dnia miałam co jeść, pić i gdzie spać. Codziennie spotykałam ludzi dobrej woli. Choć nie wszyscy nasi misjonarze otrzymali łaski w takiej obfitości jak ja, to wszyscy wracali z radością. Kiedy dzień się kończył, a ja miałam przekonanie, że dziś zrobiłam za mało, żeby zasłużyć na nocleg czy jedzenie, Pan Bóg mi błogosławił.

Zaczęłam przekonywać się na własnej skórze, że na miłość Boga nie trzeba zasłużyć. Kocha nas za darmo. Nauczyłam się prosić o pomoc i hamować swoje ambicje. Doceniłam też moc modlitwy. Po każdej rozmowie z Nim czułam wewnętrzny pokój w sercu, którego nie da się opisać. Miałam wrażenie, że im bardziej ufałam i się otwierałam na Jego działanie, tym więcej Pan Bóg mógł mi dać.

 

Idźcie i nauczajcie wszystkie narody

Zostałam posłana głównie do osób chorych, cierpiących, samotnych, do umierających. Ja ich nie wybrałam, ale Pan Bóg torował mi ścieżki, żebym do nich trafiła. To oni byli moim narodem wybranym.

Jestem osobą młodą, która nie rozumie cierpienia. Stara się, ale za każdym razem dochodzi do wniosku, że jest tajemnicą. Wiem natomiast to, że Pan nas kocha takimi, jakimi jesteśmy.  Dla Niego jesteśmy piękni. Przez cierpienie chce być bliżej nas. On zna je od podszewki. Sam cierpiał. Nikt nie rozumie krzyża tak, jak On.

Moje ciało nigdy tak nie cierpiało, ale moi bliscy znali to cierpienie. O tym cierpieniu im mówiłam. Cierpieniu, na które patrzyłam chcąc je zrozumieć. I nie rozumiejąc wołałam o pomoc.

 

Nasiona zasiane, ale co z owocami?

„Bo gdy się wyrusza, idzie się z płaczem, rzucając nasiona. A gdy się wraca, wraca się ze śpiewem, przynosząc pełne snopy” – tak mówią słowa psalmu, które dudniły mi w uszach po powrocie.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że ja może nie zobaczę owoców swojej misji, ale zasiałam ziarno Boże w sercach ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Nie swoją mocą, ale łaską, „bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy, bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili”.

To wędrowanie miało nie tyle nawracać innych, co przemieniać moje serce.

Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu, a On sam będzie działał (Ps 37, 5)

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail