Aleteia

Warto czytać Pismo Święte na chybił trafił? Czy od deski do deski? Rozmowa z biblistką

Billion Photos/Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Pan Bóg się nie zmienił. Jeśli czegoś z Biblii i od jej bohaterów możemy się uczyć – a możemy – to właśnie relacji do Boga, stawania przed Nim i życia w Jego towarzystwie.

Ilona Bałaż – doktor teologii biblijnej, prowadziła zajęcia o Biblii na UKSW oraz warsztaty biblijne. Współpracowała z czasopismami „Słowo Krzyża” i „Eleuteria”. Przygotowuje wydanie książkowe cyklu komentarzy do czytań na niedziele i święta „Słowo o Słowie”.

Dominika Kaźmierczyk: Pismo Święte jest źródłem Bożego Słowa, które znamy zazwyczaj z fragmentów czytanych podczas mszy świętej. A jeśli chcemy rozpocząć własną przygodę z Biblią, jak najlepiej czytać Świętą Księgę?

Ilona Bałaż: Przede wszystkim – ze świadomością tego, czym ta Księga jest i czym nie jest. Że jest zbiorem (biblia to liczba mnoga od słowa biblion, czyli właśnie „księga”) starożytnych pism, które powstawały na przestrzeni tysiąca lat w środowisku całkowicie odmiennym od naszego. Że są wśród tych pism zarówno teksty historyczne (w biblijnym znaczeniu tego słowa!), jak i bajki, spisy buchalteryjne i wyrocznie prorockie, poezje i prywatna korespondencja. To nie jest monolit! I jednocześnie nie jest podręcznikiem do historii starożytnej, astronomii czy geografii.

Dlatego dobrze, jeśli się chce potraktować tę lekturę poważnie, zacząć od najprostszego choćby wprowadzenia. Poczytać o podziale ksiąg biblijnych, o gatunkach literackich, choć trochę o historii, o autorach. Nie zaczynać z marszu, bez przygotowania. To naprawdę, wbrew pozorom, jest trudny tekst. Trzeba go czytać ostrożnie i ze zrozumieniem.

 

Radzisz, by nie czytać Biblii od razu „od deski do deski”?

To jeden z podstawowych błędów, jakie popełniają gorliwi czytelnicy. Chcą przeczytać „całą Biblię”: zaczynają od Księgi Rodzaju i mozolnie przekopują się przez kolejne, aż do Apokalipsy. A tymczasem te fragmenty, o których wspomniałam, bynajmniej nie są uporządkowane w kolejności chronologicznej.

Dlatego dobrze jest ustalić sobie jakąś metodę, np. czytać według bloków tematycznych. Tu z pomocą mogą przyjść wszelkiego typu konkordancje czy elektroniczne wyszukiwarki. Albo – i to wydaje się najbezpieczniejsze – pójść za podziałem liturgicznym, czyli czytać w takiej kolejności, w jakiej ułożone są czytania mszalne. Doczytując to, co w lekcjonarzu zostało pominięte. W trzy lata można w ten sposób poznać większość testów biblijnych.

 

Dlaczego nie polecasz najpopularniejszej chyba obecnie Biblii Tysiąclecia?

Po pierwsze dlatego, że to jest niedoskonały przekład, nawet najnowsze V wydanie. Ale przede wszystkim dlatego, że to jest tekst używany w liturgii i stąd – przynajmniej w warstwie tekstowej – doskonale znany.

A znając dany fragment z liturgii, nie przeczytasz go. On Ci się sam dopowie, wybrzmi w głowie i tak naprawdę przelecisz tylko wzrokiem, nie skupiając się na treści. Dlatego warto sięgnąć do innych przekładów, a nawet, w miarę możliwości, do obcojęzycznych. Wtedy usłyszysz te słowa na nowo, na świeżo. No i często lepiej przetłumaczone.

 

Z moich doświadczeń: czasem otwieram Biblię na chybił trafił i znajduję tam np. opisy, jak traktować swojego niewolnika, historie krwawych bitew, gniewu Bożego. Czy takie czytanie jest dobre?

Jest taka anegdota o kimś, kto właśnie tak czytał: otworzył i czyta „Kain zabił Abla”. Potem otworzył kilka stron dalej, a tam „Idź i ty czyń podobnie”… Skoro o to pytasz, to pewnie sama czujesz, że coś jest nie tak.

Czy rozmawiając z kimś, na kim Ci zależy, kto jest dla Ciebie ważny, wyjmujesz jego wypowiedzi z kontekstu, czy raczej chcesz poznać dokładnie jego opinię, jego podejście do danej kwestii czy, wreszcie, po prostu jego myśli? Zwłaszcza kiedy nie wiesz, czemu powiedział akurat to, co powiedział, czyli, w tym przypadku, skąd się wzięła ta krwawa jatka czy czym sobie człowiek zasłużył na gniew. Kontekst jest niesamowicie ważny, podobnie jak znajomość podłoża tekstu i mentalności odbiorców.

Takie czytanie sprowadza się w konsekwencji do traktowania Biblii przedmiotowo, jako zbiór aforyzmów w najlepszym razie, a w najgorszym – jako usprawiedliwienie dla wszystkich głupot, które przyjdzie mi do głowy popełnić. Głupot i grzechów. Idź i ty czyń podobnie…

 

Co w takim razie proponujesz?

Dobrym, a na pewno znacznie właściwszym sposobem takiego poznawania Biblii, jest tzw. „echo Słowa”. Nie otwieraj na chybił trafił, bo na chybił trafił to można obstawiać totolotka za 3 złote, a nie wchodzić w relację z Bogiem. Weź raczej teksty przewidziane na dany dzień w liturgii – czy to czytania mszalne, czy jakiś fragment z Liturgii Godzin.

Przeczytaj i pozwól, żeby ten tekst – może w całości, a może jedno zdanie – w Tobie wybrzmiał. Żeby został na cały dzień i gdzieś tam w podświadomości rezonował.

 

Mimo to często znajduję niesamowite odnośniki do mojego życia, odpowiedzi na pytania. Czy trzeba w jakiś sposób przygotować się do czytania Biblii, czy konieczna jest wcześniejsza modlitwa?

Tylko to nie są Twoje pytania, ale ludzi żyjących kilka tysięcy lat temu na terenie Palestyny, Syrii czy Egiptu, ewentualnie pierwszych chrześcijan z Koryntu czy z Rzymu. To do nich te teksty były adresowane, oni byli ich autorami i pierwszymi odbiorcami.

Oczywiście, natura i kondycja człowieka przez te wszystkie lata niewiele się zmieniła, my dziś tak samo jak oni żyjemy, kochamy, grzeszymy i potrzebujemy Bożego przebaczenia. I dlatego jest spora szansa, że wchodząc w te teksty wcześniej czy później trafimy na taki, który odnosi się właśnie do naszego aktualnego stanu ducha. A że zazwyczaj trafiamy na niego raczej wcześniej, niż później, i właśnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujemy… No to to jest właśnie coś, co ja nazywam łaską z wysoka.

Czy św. Paweł w drugim półwieczu naszej ery mógł przewidzieć, że kiedyś na jakimś wyjeździe połowa mojej wspólnoty zostanie okradziona z telefonów i dokumentów? Śmiem wątpić. Tymczasem kiedy o poranku po dość nerwowej nocy, w której tę kradzież odkryliśmy, usłyszeliśmy na mszy świętej słowa Pawła „wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Jezusa”, to staliśmy z szeroko otwartymi ustami, tak bardzo to było o nas.

Bo najlepsze w tym wszystkim jest to, że Pan Bóg też się nie zmienił. I jeśli czegoś z Biblii i od jej bohaterów możemy się uczyć – a możemy – to właśnie relacji do Boga, stawania przed Nim i życia w Jego towarzystwie. A kiedy to wszystko powyższe zagra, to wtedy zaczyna się modlitwa, relacja i dialog.

 

Dlaczego jest to tak ważne?

Św. Hieronim powiedział, że nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa. A jeśli chcesz kogoś poznać, to nie ograniczasz się do zewnętrza, do wyglądu, do zachowania, sposobu mówienia, tylko chcesz go poznać dokładnie, dogłębnie, chcesz wejść w relację. I w tym przypadku nie ma innego sposobu.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail