Aleteia

Jola Szymańska: Po co był nam „Różaniec do granic”?

fot. Marek Straszewski
Udostępnij
Komentuj

Akcja „Różaniec do granic” była nam bardzo potrzebna. Choć niekoniecznie do tego, na co mielibyśmy ochotę.

Choć na różańcu modlę się rzadko, „Różaniec do granic” był dla mnie ciekawą sytuacją. I obserwacją. Dowiedziałam się, kto ceni tę modlitwę najbardziej, kto ma dystans, kto jest przeciw. Kto wstrzymał się od głosu. Dowiedziałam się, do czego różaniec może służyć, czym nie jest.

Dowiedziałam się wreszcie, kto może o nim opowiadać, a także, kto może przyznać się, że wierzy. Kiedy będzie to fajne, a kiedy nie.

I że nie jest fajnie, jeżeli o różańcu mówi ktoś, komu nie udaje się ukryć, że niejeden raz w życiu zgrzeszył.

 

Każdy chyba lubi nazwać sobie ludzi i zjawiska, zdefiniować swój stosunek do nazw i określeń. Tak, żeby reagować gorąco albo zimno. Żeby wiedzieć. Albo mieć pewność, że się wie. Tak, żeby nie dać sobie wmówić, że może być różnie.

Takie bezpieczeństwo, mam wrażenie, wielu osobom daje różaniec. Różaniec bywa sprawdzianem na katolickość, super mocą, magicznym amuletem. Jeżeli ktoś mówi o nim głośno, jest „nasz”, jeżeli trzyma go w kieszeni, jest bezpieczny. Zamieniamy piękną modlitwę w tożsamościowy glejt.

 

Czym nie jest różaniec

Poprawcie mnie, jeżeli źle mi się wydaje, bo choć mam za sobą trochę dziesiątek i nawet jedną pompejankę, czuję się różańcową amatorką. Ale mam wrażenie, że różaniec nie jest dla ludzi idealnych. Nie jest przeznaczony wyłącznie dla mistyków. Nie musi wiązać się z ciarkami na plecach i gęsią skórką przy każdym „łaskiś pełna”.

Na różańcu można zasnąć. Można ziewać. Można stracić wątek. Można nie wiedzieć, co się mówi i który raz.

Różaniec to modlitwa kontemplacyjna, wyrażenie wiary w świętość Matki Bożej. I prośba o Jej wstawiennictwo w naszej intencji.

To nie jest modlitwa zwycięzców, ani amulet. To powtarzanie w kółko kilku słów do Tej, która może wstawić się za nami grzesznymi. To modlitwa tych, którzy grzechy popełniają, którzy się do nich przyznają, którzy nie oszukują się, że nie mają ze sobą problemów.

 

Cezary Pazura kontra różaniec?

To ciekawe, skąd wzięła się zawiść wobec Cezarego Pazury, kiedy zachęcił ludzi do różańca. Zawiść w komentarzach osób wierzących i oczekujących wzorców lepszych niż oni sami. Osób, które jeszcze nie zrozumiały, że Kościół to nie organizacja społeczna odpowiedzialna za wizerunek marki i brandowanie się odpowiednio wpasowanymi w jej wartości influencerami, ale grupa grzeszników.

W komentarzach osób, które boją się błędów, jakie Bóg już wybaczył. Niewierzących w Jego hojność. Szukających ścian w małej psychicznej chatce, podtrzymującej wyobrażenie o biało-czarnej recepcie na życie.

To naprawdę ciekawe, chociaż smutne.

 

Różaniec do granic – rachunek zysków

Jest kilka rzeczy, których „Różaniec do granic” nam nie dał. Patrząc na internetowe publikacje mam wrażenie, że nie dał nam zgody, pokoju, pojednania. Nie dał zbyt wiele autorefleksji i pokory.

Jeżeli jednak miał być tylko po to, żeby człowiek po dwóch rozwodach nie bał się przyznać do Maryi – było warto. Także dlatego, że właśnie takie świadectwo o różańcu jest potrzebne wszystkim grzesznym nam.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail