Aleteia

O co tak naprawdę chodzi w proteście medyków?

Bartosz Krupa/EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Dlaczego lekarze rezydenci strajkują? Czy chodzi im o pieniądze? 

Kim jest rezydent?

Lekarz rezydent to lekarz, który po ukończeniu sześcioletnich studiów i rocznym stażu postanawia uczyć się kolejnych 4-6 lat (lub dłużej, jeśli np. zdecyduje się założyć rodzinę), by zdobyć tytuł specjalisty.

Rezydent ma pełne Prawo Wykonywania Zawodu, zakres jego działalności, jak i obowiązków jest taki, jak lekarza specjalisty. Rezydent jest więc najprawdopodobniej właśnie tym lekarzem, którego spotkasz, stykając się z ochroną zdrowia, choć może nawet o tym nie wiesz. To lekarz, który przyjmie Cię, zbada, przeprowadzi diagnostykę czy niezbędną operację, zleci leczenie farmakologiczne.

Rezydentura jest jego formą zatrudnienia o pracę, której koszt ponosi Ministerstwo Zdrowia. Zgodnie z ustawą wynosi on miesięcznie 2275 zł netto w ciągu dwóch pierwszych lat pracy, 2476 zł w kolejnych latach.

 

Ochrona zdrowia jest chora

Od zawsze chciałam zostać lekarzem, ale obraz w mojej głowie był bardzo daleki od realiów. Widzę patologię w szpitalu od środka, słyszę o doświadczeniach wielu, zbyt wielu moich rówieśników, znajomych, lekarzy ze specjalizacji lub bez niej, pielęgniarek, ratowników, ale także pacjentów.

Chyba każdy z nas czuje, że „ochrona zdrowia jest chora”. Boli mnie ta sytuacja, a jeszcze bardziej to, że mimo, iż wielu to czuje, niewielu widzi szerszą perspektywę. Ciąg przyczynowo-skutkowy, który stoi za tym, że musisz czekać na wizytę u specjalisty rekordowo długo (nawet 9,5 miesiąca w ortopedii!), na operację zaćmy ponad rok, a opis rezonansu otrzymujesz już po wypisie ze szpitala.

Za ten stan obarczamy winą właśnie tego opryskliwego lekarza (o którym nie wiemy, że jest od 17 godzin na nogach), a nie niewydolny system.

 

Praca ponad możliwości

Dlatego nie spieszę się z powrotem z urlopu wychowawczego. W Warszawie całą moją pensję oddamy opiekunce do dziecka. W zamian za to czeka na mnie praca moich marzeń, ale w jej ramach już mniej wymarzone dyżury, pretensje, praca ponad możliwości i potworny stres.

Odpowiedzialność, pośpiech, zmęczenie, strach przed błędem, strach przed utratą empatii. Również strach, który towarzyszy każdej mamie – czy jestem w stanie pogodzić pracę i macierzyństwo? Dyżury, nauka wieczorami, kursy weekendowe (dodatkowo płatne). A co za tym idzie, dodatkowe dyżury, dodatkowa praca. Z chciwości? Nie, by móc się utrzymać. A przede wszystkim po to, by załatać czarną dziurę.

 

Bezpieczeństwo pacjentów

Niedawno w internecie przeszła fala artykułów o motorniczym pociągu, który skończył pracę na stacji pośredniej i po prostu wrócił do domu. W końcu ma prawo do czasu dla rodziny, a przede wszystkim ma ograniczony czas pracy ze względu na BEZPIECZEŃSTWO pasażerów, których wiezie. Gdyby jednak lekarz zrobił tak samo, polałaby się fala hejtu. „Jak śmiał opuszczać stanowisko pracy, konował bez powołania”?

Czy lekarz nie jest w równym albo i większym stopniu odpowiedzialny za bezpieczeństwo pacjentów?

A tymczasem według danych PIP co czwarty zakład opieki medycznej przekracza normy czasu pracy lekarzy, pielęgniarek i diagnostów medycznych! Dyżury nie są wystarczająco uregulowane prawnie, przez co dochodzi do wielu nadużyć zarówno w kwestii wynagrodzenia, jak i czasu pracy. Niestety, limit pracy lekarzy nie jest państwu na rękę.

Postawiłoby to publiczną ochronę zdrowia w dramatycznej sytuacji pustych pokojów lekarskich. Bo w Polsce już mamy sytuację alarmową – 2,3 lekarza na 1000 pacjentów, a więc najmniej w całej Unii Europejskiej. Z czego 27% na obecną chwilę osiągnęła wiek emerytalny.

Dlatego właśnie obstawa dyżurowa jest często za mała – gdyby ją zwiększyć, lekarze musieliby dyżurować co drugi dzień albo kilka dni z rzędu. Co się zresztą już zdarza. Do tego dochodzi również szantaż – „dyżuruj, bo rozwiążemy z Tobą umowę” lub granie na emocjach „przecież nie możesz zostawić szpitala bez obsady, bądź lojalny”.

 

Plaster na urwaną dłoń

Teoretycznie działaniem mającym polepszyć tę sytuację było zwiększenie o 20% limitów przyjęć na studia medyczne. Jest to jednak bardzo krótkowzroczne rozwiązanie, ponieważ równolegle do tych zmian nie poszło zwiększenie liczby miejsc szkoleniowych i rezydenckich. Jak to możliwe, że mimo porażającego braku kadr, nie ma miejsc pracy? Brak możliwości specjalizacji w wymarzonej dziedzinie skutkuje frustracją u jednych, a emigracją u innych.

Kolejnym postulatem jest ograniczenie biurokracji w gabinecie. Z roku na rok lekarz coraz bardziej przeistacza się w sekretarkę, uzupełniającą kolejne strony wymaganej dokumentacji. Na studiach uczy się nas, jak ważne jest gruntowne badanie przedmiotowe i podmiotowe pacjenta, nie dodaje się jednak na głos, że w praktyce, pod presją czasu, nie ma na nie miejsca.

By to osiągnąć, potrzeba odpowiednich środków. Dlatego też głównym i priorytetowym postulatem protestu medyków jest zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia do minimum 6% w ciagu trzech lat (obecnie jest to 4,7%, co stanowi jeden z najniższych wyników w Europie).

 

Zarobki lekarzy rezydentów

Dopiero w tym kontekście należy widzieć ostatni postulat – ten dotyczący podniesienia zarobków młodych lekarzy. Większe zarobki to dla nich szansa: na brak dodatkowych dyżurów, na czas na naukę i niezbędne kształcenie, regenerację i rodzinę, a co za tym idzie, na ogólne bezpieczeństwo pacjenta.

Przede wszystkim więc medycy nie walczą teraz o podwyżki. Walczą o pacjenta. Walczą o to, by następnym razem nie czekał z bólem 10 godzin na SOR-ze, zanim ktoś się nim w końcu zajmie. By nie irytował się, że podczas za krótkiej wizyty lekarz większość czasu pisze na komputerze. By miał pewność, że chirurg, który go operuje, jest wyspany. Rezydenci protestują, bo chcą leczyć w Polsce i chcą robić to dobrze. To również Twoja sprawa.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail