Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Metoda Montessori zmieniła moje podejście do wychowania dzieci

MATKA BAWI SIĘ Z SYNEM
Shutterstock
Udostępnij

Moje dzieci to nie tresowane zwierzątka, tylko istoty ludzkie, które trzeba kochać i uczyć.

Kiedy moja druga córka, Charlotte, miała cztery lata, zapisaliśmy ją do jedynego przedszkola w miasteczku – a było to przedszkole montessoriańskie.

 

Metoda Montessori, czyli inne podejście do wychowywania

Było to pierwsze moje zetknięcie z pedagogiką Montessori, i muszę przyznać, że początkowo miałam tych ludzi za wariatów. Wzięliśmy udział w serii wieczorków edukacyjnych dla rodziców, podczas których poznawaliśmy metodę Montessori i sposoby stosowania jej w domu – z pierwszego spotkania wyszłam oszołomiona, pełna wątpliwości i dość mocno rozbawiona.

Ale czas płynął, a ja obserwowałam zmiany zachodzące w Charlotte. Spędzała coraz więcej czasu bawiąc się i rysując bez proszenia o pomoc czy aprobatę.

Zaczęła przejawiać inicjatywę w sprzątaniu zabawek i ubranek, a niedzielna msza bardzo mocno ją absorbowała. Zmiana była subtelna, ale na tyle trwała, że przekonała mnie do większego zaangażowania we wspomniane wieczory edukacyjne.

Zaczęłam rozumieć, że metoda Montessori oferuje radykalnie inne podejście do wychowania dzieci, które przejawia się w każdym aspekcie tej edukacji, ale najlepiej widać je w języku, którym się posługuje.

 

Liczy się proces, nie sam efekt końcowy

Główną zasadą Montessori jest skupienie się na procesie, nie na efekcie. Unikamy sformułowań „dobra robota” albo „pięknie wykonałeś tę pracę”, zamiast tego chwalimy długie skupienie, staranne pisanie i to, że każdy może z łatwością przeczytać, co dziecko napisało.

Chwalenie wytrwałej pracy, nie jej rezultatów, pomaga ukształtować w dziecku przekonanie, że dzięki swoim własnym wysiłkom może się lepiej rozwijać.

Idea „procesu, nie produktu” jest najważniejsza dla zrozumienia filozofii Montessori i nie ogranicza się tylko do prac dziecka. Jego zachowanie, jego pytania, jego problemy – wszystko obraca się wokół wspierania dzieci w nauce pracy, zachowania, rozwiązywania problemów i kształtowania niezależności.

 

Oceniaj zachowanie, nie dziecko

Na prośbę Charlotte przełożyłam kilka nakryć do niższej szafki, tak żeby mogła pomagać przy nakrywaniu do stołu. Nauczyłam się trzymać język za zębami, gdy spędzała długie chwile próbując zamiatać lub odkurzać, wiedząc, że stara się zrozumieć, jak to się robi, zamiast być upartą albo krnąbrną. Przestałam chwalić skutki, zaczęłam chwalić pracę. Ale przede wszystkim przestałam łączyć osobę Charlotte z jej zachowaniem.

Przestałam mówić „jesteś niedobra” albo „dzisiaj byłaś miła”. Zaczęłam mówić „to było niemiłe” albo „to ładne, życzliwe zachowanie”. Do konfliktów i złego zachowania dzieci zaczęłam stosować podejście, które przede wszystkim brało pod uwagę ich wrodzoną dobroć, a dopiero potem błędy w działaniu – i skutki były zdumiewające.

Przestały płakać i dąsać się, kiedy zwracałam im uwagę, i zaczęły okazywać prawdziwą skruchę. Ich zachowanie pomału zaczęło się poprawiać. Ale naprawdę zadziwiająca zmiana zaszła we mnie, nie w nich.

 

Dzieci trzeba kochać i uczyć, nie tresować

Zaczęłam być mamą, zamiast im matkować. Przestały mnie denerwować, poświęcałam czas na obserwowanie ich, tak bym mogła zrozumieć, co i dlaczego robią.

Pojęłam, że przez większość czasu nie są złośliwe ani niegrzeczne, po prostu uczą się wszystkiego – jak nalewać wodę do kubka i jak zachowywać się w towarzystwie.

Bałagan, który robiły, wynikał z tego, że dopiero rozwijają zdolności ruchowe – musiały go robić, żeby się nauczyć. Ich kłótnie wynikały często z pierwotnego poczucia sprawiedliwości, które wymagało uformowania, a nie stłumienia.

Dzieci nie chodzą już do szkoły Montessori, ale zawsze będę wdzięczna za lekcję, którą w tamtym czasie odebrałam. Prosta koncepcja „procesu, nie produktu” zrewolucjonizowała zarówno moje rodzicielskie metody, jak i świadomość, kim jestem jako matka, pokazując mi, że moje dzieci to nie tresowane zwierzątka, tylko istoty ludzkie, które trzeba kochać i prowadzić.

 

Artykuł pochodzi z angielskiej wersji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail