Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kos-Krauze: Cierpienie jest po nic, nie uszlachetnia

JOANNA KOS-KRAUZE
Jacek Domiński/REPORTER
Udostępnij

Krzysztof Krauze był tylko 6 dni na planie filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”. Na więcej nie pozwoliło mu zdrowie. O filmie, a także o cierpieniu po śmierci męża, opowiada Joanna Kos-Krauze.

Siedzę naprzeciwko Joanny Kos-Krauze na parterze szeregówki na warszawskiej Białołęce, w domu, który stworzyła ze zmarłym mężem, reżyserem Krzysztofem Krauze. Pośród wielu eksponatów sztuki naiwnej zgromadzonych w jasnym wnętrzu salonu. To swoiste muzeum zaczęło powstawać od kiedy Krauzowie zajęli się Nikiforem. „Mój Nikifor”, „Plac Zbawiciela”, „Papusza”.

„Ptaki śpiewają w Kigali” także sygnowane są nazwiskami obojga reżyserów, choć od siódmego dnia zdjęć Joanna Kos-Krauze doprowadziła film do końca sama. Jako reżyser i jako producent. O powstawaniu tego obrazu, ale także o wcześniejszej pracy i związku z Krzysztofem Krauze, Joanna Kos-Krauze opowiada w książce „Jest życie po końcu świata”.

 

Rwanda i życie

Choć pali jednego papierosa za drugim, to jednak odbieram ją jako pełną spokoju kobietę i zastanawiam się, ile trzeba było przeżyć i w jaki sposób przejść przez te wydarzenia, by móc w tak bardzo stonowany i pokorny sposób opowiadać o cierpieniu i śmierci? Joanna Kos-Krauze wzdycha:

„Niestety, trzeba by sobie zadać pytanie, ile osób musiało nie przeżyć. Szczerze mówiąc wolałabym, żeby nie było tego filmu, tej książki, bo to oznaczałoby, że nie byłoby ludobójstwa w Rwandzie, żyłby Krzysztof Krauze, Krzysztof Ptak. To, że Państwo mogą przeczytać „Jest życie po końcu świata”, to zasługa redaktora Krzysztofa Janiczka. Od kilku lat namawiał mnie na wywiad-rzekę. Ja na pewno nie miałam takiej potrzeby opowiadania o swoich sprawach osobistych, nie ma we mnie takiego ekshibicjonizmu. W momencie, gdy doszliśmy do wniosku, że rzeczywistość rwandyjska jest ważna, że będzie jednym z podstawowych składników tej opowieści przeplatanej reportażami, zgodziłam się. W takim kształcie moja wypowiedź ma sens, mogę dać pewne osobiste świadectwo, choć nie wszystkim musi się ono podobać”.

Rozumiała to także Aleksandra Pawlicka, dziennikarka rozmawiająca z Joanną Kos-Krauze na potrzeby książki. To pamięć jest ważna, o ludziach, o wydarzeniach, poprzez film i książkę można ją zatrzymać.

 

Po co cierpienie?

Kiedy zacytowałam jedną z wypowiedzi Kos-Krauze na temat cierpienia w gronie znajomych, posypały się komentarze, że przecież cierpienie czyni nas silniejszymi na przyszłość, że dopiero gdy jest ono mocne i dotkliwe, jest w stanie oderwać nas od jakichś „zabezpieczeń”, drogi prowadzącej donikąd. Pani reżyser mówi, że „cierpienie jest po nic, nie uszlachetnia, a jest wręcz źródłem zadawania cierpienia”.  

„Wiele mądrzejszych ode mnie osób i bardziej cierpiących w życiu tak już powiedziało. Być może łatwo afirmują cierpienie ci, którzy go nie doświadczyli. W Rwandzie, zapewniam, każdy powie, że cierpienie niczego nie zmienia a wręcz uszkadza: mózg, empatię. Przypomnę coś z naszego polskiego podwórka: powiedział też tak umierając ks. Tischner. Jego ostatnie zdanie zapisane na kartce brzmiało: «Nie uszlachetnia»” – tłumaczy Kos-Krauze.

Jestem w stanie wyobrazić sobie taką ilość cierpienia, która powoduje, że nas ono przytłacza i paraliżuje. I że wówczas może ono mieć bardziej destrukcyjny wpływ na nas, niż dający impuls do zmiany. Ale ciężko mi zrozumieć, że jest po nic.

„Tu nie chodzi o łatwe sądy. Wydajemy je, dopóki sami czegoś nie doświadczymy, nie dotkniemy. Ponadto my się często nie zastanawiamy, dlaczego ktoś jest trudny, ma problem z używkami, a przecież za tym często stoi jakieś cierpienie. Czy to na poziomie fizycznym, czy psychicznym. Los tak mnie rzucił, że mogłam momentami być świadkiem niewyobrażalnego cierpienia i być może z tego powodu jestem większą optymistką niż wielu się to może wydawać, bo zdaję sobie sprawę z kruchości życia” –

zauważa moja rozmówczyni.

Nie wiem, czy nazwałabym to optymizmem, ale rzeczywiście jest coś wyjątkowego w tym, jak podkreśla, że najciekawsze jest jak radzimy sobie z trudnymi doświadczeniami.

„Życie każdego z nas chodzi po różnych trajektoriach, a co z nim zrobimy czasami zależy od nas, czasami nie. To, co możemy zrobić, zmieniać, na co mamy wpływ, to na swój stosunek do wielu spraw. Bo nie zmienimy ani emocji, ani wydarzeń z przeszłości. To jest też pytanie, czy jeżeli w naszym życiu zdarzają się rzeczy trudne i skomplikowane, czy nas to niszczy czy nie. Z tym też jest różnie. Są ludzie tak wspaniali, prawi, ciężko pracujący, których los tak doświadcza, że trudno to sobie nawet wyobrazić, a są inni poukładani ze sobą i ze światem; są tacy, którzy mają dużo tych rekwizytów, dekoracji, żeby było im łatwiej, i tacy, którzy tego nie mają. Myślę, że dlatego się tym wszystkim zajmuję. To jest przedmiot zainteresowania sztuki, religii, psychiatrii” – kontynuuje Kos-Krauze.

 

Film to podróż w głąb

Tego rodzaju zainteresowania małżeństwo Krauzów realizowało za pomocą filmów. Odczytuję je jako zaproszenie do trudnej podróży. „Podróż w głąb nigdy nie jest oswajająca, tylko dramatyczna. Nie jest uspokajająca, tylko traumatyczna”. Być może nie każdy na taką podróż ma ochotę, albo muszą zaistnieć dopiero odpowiednie warunki, by chcieć ją odbyć.

„Zawsze wychodziliśmy z założenia, że poświęcamy bardzo dużo czasu na każdy film. Nie zawsze to wychodziło, ale staraliśmy się traktować kino jako dzieło sztuki. Dlatego tematy naszych filmów były staranne, bo to coś, czym mieliśmy zajmować głowę i serce, szarpać nerwy przez wiele lat. Najpierw więc trzeba sobie było odpowiedzieć na pytanie, czy na pewno chcemy. W ogóle w przypadku filmów, czasami trzeba mieć odwagę ich nie zrobić, bo inaczej naszym życiem zacznie rządzić box office. I dobrze. Miejsce jest dla wszystkich. Każdy z nas robi takie rzeczy, żeby móc żyć na jakimś poziomie. Ale czy nasze filmy wynikały z osobistej potrzeby podróży w głąb? Nie wiem. Nigdy tak nie myśleliśmy o swojej twórczości, choć pewnie tak było”

– mówi Joanna Kos-Krauze.

 

Wiem, czego nie chcę

Krauzowie wiele razy stawiali na ostrzu noża powstanie jakichś filmów, jeśli np. miały powstawać nie na takich warunkach, jakich sobie życzyli. W przypadku „Ptaków…” Joanna Kos-Krauze też miała tego typu refleksje, choć była w nieco innej sytuacji.

„Byłam jednocześnie producentem i wiedziałam, że tego filmu nie skończymy razem. Ja po prostu wiedziałam, że muszę to doprowadzić do końca. Trzeba żyć, pracować… Zrobiłam to, co miałam, tak jak umiałam najlepiej” – dodaje.

Podczas kręcenia najnowszego filmu, Krzysztof Krauze obecny był tylko przez sześć dni zdjęciowych. Na dalszą pracę nie pozwoliło mu zdrowie. Myliłby się jednak ten, kto spodziewałby się jakiejś wielkiej zmiany w sposobie pracy, reżyserowania jego żony po tym, jak została z filmem sama.

„W każdym filmie człowiek coś zmienia. Przy każdym filmie poszukiwaliśmy innego języka opowieści, fotografowania. Ale poza tym reżyser zawsze musi podejmować decyzje. Tu się nic nie zmieniło. Oczywiście, czasami się kłóciliśmy na planie, czasami pracowaliśmy na dwie ekipy. Teraz tego nie ma. Ale nie mam poczucia, że nagle jestem kompletnie innym człowiekiem. Jedno, co mogę o sobie powiedzieć to to, że nie wiem cały czas, czego chcę, ale wiem już na pewno, czego nie chcę. I tego będę się trzymać”.

 

Dyskusja o cierpieniu i traumie

„Ptaki śpiewają w Kigali” mogą być przyczynkiem do dyskusji o cierpieniu, śmierci, żałobie. O czym jeszcze? „Ilość zaproszeń na festiwale, do różnych rozmów jest tak duża, jakiej nie mieliśmy przy żadnym z wcześniejszych filmów, co oznacza, że on rzeczywiście czegoś istotnego dotyka. To jest film o traumie i życiu po niej, o źródłach przemocy, uchodźcach, prawach kobiet… Część osób odczytuje go jako film o nierozliczeniu emocjonalnym. Trafia w coś, co trudno powiedzieć, że mnie cieszy, ale w coś, co widocznie głęboko część ludzi dotyka. Ja zrobiłam film. Dopóki mogę będę brać udział w różnych dyskusjach, podobnie jak inni członkowie ekipy” – obiecuje Joanna Kos-Krauze. „Uważamy, że tak trzeba, że to pewnego rodzaju obowiązek” – kończy.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail