Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Psycholog z Puckiego Hospicjum: najgorsze jest odchodzenie w samotności

UMIERAJĄCA KOBIETA
Shutterstock
Udostępnij

To niezwykle ważne przesłanie dla nas, którzy mamy tego życia jeszcze trochę więcej aniżeli nasi pacjenci. Zaniedbane relacje, niestety, nie zawsze da się naprawić w ciągu kilku miesięcy, dni czy też jednego spotkania – mówi Magdalena Mikulska, psychoonkolog z Puckiego Hospicjum.

Katarzyna Szkarpetowska: Jako psycholog i psychoonkolog Puckiego Hospicjum towarzyszy Pani osobom umierającym. Jak, w obliczu zbliżającej się śmierci, te osoby patrzą na życie? Co ważnego mówią?

Magdalena Mikulska: Wspominają to życie. Zarówno chwile radosne, jak i gorzkie. Na przykład wśród naszych pacjentów znajduje się wielu ludzi morza. I to są z jednej strony opowieści pasjonujące – o odwiedzanych miejscach i przeżytych historiach, a z drugiej strony naznaczone rysą rozłąki z najbliższymi – oddzielnymi świętami, brakiem obecności w ważnych momentach i uroczystościach. Najczęściej jednak pacjenci mówią o relacjach z innymi, więc chyba to musi być w życiu ważne – jeśli nie najważniejsze…

A marzenia? Czy osoby, których życie dobiega kresu, poruszają temat marzeń?

Marzenia w hospicjum to długi i piękny temat. Oczywiście, marzeniem wielu pacjentów byłoby nie chorować, wrócić do domu, coś ważnego dla siebie jeszcze zrobić. Nie każde można zrealizować. Jednak, tak jak lubię mówić o „nadziejkach” – małych nadziejach na tu i teraz, tak lubię rozmawiać z pacjentami o tych małych (lub większych) marzeniach, ale co ważne – do zrealizowania na już. Jakby Boże Narodzenie miało być właśnie dzisiaj. No, najpóźniej jutro.

Świadkiem spełniania jakich marzeń była Pani w hospicjum?

Najróżniejszych. Pamiętam troje pacjentów, którzy podczas pobytu zaprzyjaźnili się ze sobą. Pewnego letniego dnia zapragnęli tortu truskawkowego. Ale takiego z cukierni, z ozdobami etc. Jaki to był piękny dzień! Od rana rozmowy o tym, jaki ten tort powinien być, jak powinien smakować, kto ma go kupić (to także było ważne dla nich, że z własnych pieniędzy go zakupią). I wreszcie, gdy wolontariuszka poszła po ten tort, to jaka była jego celebracja! Oczywiście, został podzielony wśród wszystkich pacjentów i personelu. I mieliśmy małe piękne święto w zwyczajnym dniu.

Pamiętam także marzenie żony jednego z pacjentów. W wyniku długiej choroby ona stała się w ich związku bardziej jak pielęgniarka, opiekunka, aniżeli kobieta, a trzeba zaznaczyć, że byli to młodzi ludzie. I bardzo pragnęła tej fizycznej bliskości z mężem, zanim on odejdzie. Bała się jednak powiedzieć mu o tym.

Dlaczego się bała? Miała przecież prawo pragnąć fizycznej bliskości z ukochanym.

Bała się, że w pewien sposób może go urazić. Oczywiście, po rozmowie z mężem okazało się, że i on za tym tęskni. I w hospicjum nadrobili trochę tej bliskości. Szczególne marzenie pacjenta, które zapadło mi mocno w pamięć, to marzenie dotyczące jego umierania. Nie chciał umierać w pokoju, ale w ogrodzie. Był początek lata, piękna pogoda. Zrealizowaliśmy jego marzenie. Odchodził wśród zieleni, na świeżym powietrzu.

Ks. Kaczkowski mówił, że na łożu śmierci ludzie żałują zaniedbanych relacji, tego, że nie kochali wystarczająco mocno.

Tak, zdecydowanie tego żałują najbardziej. To niezwykle ważne przesłanie dla nas, którzy mamy tego życia jeszcze (prawdopodobnie) trochę więcej aniżeli nasi pacjenci. Zaniedbane relacje, niestety, nie zawsze da się naprawić w ciągu kilku miesięcy, dni czy też jednego spotkania. Co ciekawe, to o tych relacjach mówią także bliscy chorujących. Że jeszcze więcej i bardziej by chcieli. Albo, że nie było dobrze, a teraz jest jakoś nijak – bo ojciec umiera, a wybaczyć wyrządzone przez niego krzywdy jest trudno. Proszę jedynie, nie oceniajmy tutaj nikogo. Każdy żyje tak, jak potrafi najlepiej.

Utkwiło mi mocno w pamięci takie zdanie, które ks. Jan powtarzał za Tischnerem – że ważne jest, jak człowiek przeżywa cierpienie, ale jeszcze ważniejsze jest to, z kim je przeżywa.

Obecność innych dla nas i nasza dla innych nadaje sens całemu życiu, a w momencie cierpienia i śmierci jest pewnego rodzaju podsumowaniem i dowodem na to, jak to życie zostało przeżyte. Obserwując śmierć naszych pacjentów, często w mojej głowie pojawia się myśl, że jakie życie, takie odchodzenie. Bardzo trudne i często niespokojne jest odchodzenie w samotności, ale nie tej z wyboru – że nie chcę umierać na oczach bliskich i wolę na przykład, żeby byli w pokoju obok, lecz takiej z konieczności – gdy nie ma po kogo zadzwonić, by o nadchodzącej śmierci poinformować.

Dla rodziny, przyjaciół osoby umierającej, spotkania w hospicjum zazwyczaj są trudne. Takie osoby nie do końca wiedzą, jak się przy chorym zachować, co powiedzieć… O co w takiej sytuacji warto zadbać? Jak się do takiego spotkania przygotować?

Zawsze powtarzam, że ten chory w łóżku dalej jest tym samym człowiekiem, którym był kilka miesięcy wcześniej. Być może z innymi potrzebami, ale z tą samą godnością. I można przez to spotkanie dać się mu poprowadzić. Zaufać, że on wie, czego chce, czego potrzebuje. I rozmawiać, jak z tym, którego znałam wcześniej. A jeżeli coś będzie nie tak… no cóż, najwyżej dostaniemy trochę od chorego po nosie. I dobrze, bo to człowiek – ze wszelkimi emocjami. Nie lalka, za którą teraz wszyscy podejmują decyzje i wiedzą lepiej. Idziesz do chorego? Idź jak na spotkanie. Z otwartością na drugiego człowieka.

Po czym poznać, że śmierć jest blisko?

Najpierw zmienia się zachowanie chorego. Coraz mniej go interesuje, coraz mniej rozmawia. Jego przestrzeń często zaczyna ograniczać się do przestrzeni jego łóżka. Na kilka, kilkanaście godzin przed śmiercią zmienia się wygląd – wyostrzają się rysy twarzy, pojawia się jakby delikatna linia na środku nosa, stopy i dłonie stają się bardziej chłodne i mogą pojawić się zasinienia, co oznacza, że krążenie w organizmie spowalnia.

Chory przestaje oddawać mocz, przestają pracować nerki. Zmienia się oddech, na coraz rzadszy. Bardzo często chory już wtedy nie rozmawia, wydaje się, że nie ma z nim kontaktu. Jestem w tym stwierdzeniu bardzo ostrożna. Często widziałam, jak chory „bez kontaktu” reaguje na to, co mówią do niego jego bliscy. I może mieć to realny wpływ na jakość jego umierania.

Czy pacjenci przeczuwają śmierć?

Nie wiem. Wiem, że niektórzy o niej mówią, inni nie. Wielu mówi o tym, że odwiedzili ich bliscy zmarli… I to dawało im spokój.

Ks. Kaczkowski opowiadał kiedyś o umierającej kobiecie, która tuż przed swoją śmiercią poprosiła, aby wytłumaczył jej bliskim, że ona im na złość nie umiera. Jak pomóc tym, którzy zostają?

Bliscy chorującego przeżywają całe spektrum emocji. Warto pamiętać, że na każdym etapie można skorzystać z pomocy psychologa czy psychoonkologa. Dla siebie samego, aby lepiej zrozumieć, co się ze mną dzieje i umieć sobie z tym radzić, ale też dla chorego. Uporządkowane moje emocje mogą dać mojemu bliskiemu większy spokój. Żałoba to ważny czas, którego nie trzeba przeżywać w samotności.

Czy w pracy, którą Pani wykonuje, wiara w Boga ma znaczenie? Czy pomaga?

Zapewne ta praca dotyka pewnego rodzaju mistycyzmu i duchowości. Otwartość na to doświadczenie bywa pomocna. Warto jednak pamiętać, że nie z każdym chorym o religii rozmawiam, ale z każdym mogę rozmawiać o duchowości, bo ona jest elementem życia każdego z nas. A stąd już o krok do rozmów o sensie życia. I być może o relacjach i bliskości.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail