Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Córeczko, kiedy mnie już nie będzie…

MATKA Z CÓRKĄ W OBJĘCIACH
Fot. Hillary Schave | Azena Photography
W objęciach mamy. Heather i Brianna McManamy.
Udostępnij

Kiedy Heather McManamy usłyszała diagnozę - nieuleczalny nowotwór, zaczęła pisać do swojej córki listy przeznaczone na wszystkie ważne okazje w jej życiu...

Napisane z wdziękiem i humorem. Przepełnione miłością. Listy do córeczki. Heather McManamy postanowiła je napisać, gdy usłyszała, że ma raka i że to terminalne stadium choroby. I że nigdy nie powie córce tych wszystkich rzeczy, które matki mówią dzieciom gdy te dorastają. Dlatego zaczęła pisać…

Oto fragment wydanych po śmierci Heather McManamy pamiętników „Cards for Brianna”.

Guzek w piersi

Kochałam moje życie. Było doskonałe. Miałam 33 lata, byłam żoną wspaniałego męża i matką najpiękniejszej dziewczynki na świecie. Miałam pracę, którą naprawdę lubiłam. Nieduży, ale przytulny dom. Dla dziewczyny z robotniczego przedmieścia Milwaukee – West Allis – to było życie jak w bajce.

Bomba eksplodowała niespodziewanie pewnego wieczoru, leżałam już w łóżku i wyczułam pod palcami guzek w piersi.

– Co to jest?! – zawołałam do Jeffa. Żadne z nas nie wyczuło go wcześniej. Czy był tam już od dawna? Resztę nocy spędziłam googlując „guzek w piersi”. Uporczywie próbowałam znaleźć choć jedną stronę internetową, na której nie byłoby słowa „rak”.

 

Diagnoza, która brzmi jak wyrok

Następnego dnia poszłam do lekarza, cóż, skończyła się dobra passa. Zdiagnozowano nowotwór piersi II stopnia. Cztery tygodnie później poddałam się podwójnej mastektomii. Następnie odbyłam ponad roczną chemioterapię, która nie zadziałała. Miałam przerzuty do kości i wątroby. Diagnoza brzmiała: IV stopień nowotworu, dając mi najwyżej dwa lata życia.

Mój onkolog oznajmił mi, że jestem w terminalnym stadium choroby i ostrzegł co mnie czeka. – To będzie jedna cholerna przejażdżka rollercoasterem – powiedział. – Usłyszysz złą wiadomość, potem kolejną, potem jeszcze gorszą… Musisz twardo się trzymać, jak długo będziesz mogła. Ponieważ jestem uparta, postanowiłam że jeśli miałabym szansę przejąć kontrolę nad czymkolwiek, to zamierzam to zrobić.

 

Tworzenie wspomnień. Żeby córka mogła pamiętać

Na długo przed tym, zanim pomyślałam, by kupić kartki dla Brianny, wymyśliłam parę innych rzeczy, które pozwoliłyby jej mnie zapamiętać. Na początku zrobiłam kilka klasycznych albumów z naszymi wspólnymi zdjęciami. Przed rozpoczęciem pierwszej chemii nie wiedziałam dokąd nowotwór mnie doprowadzi, więc zorganizowałam swoją pracę tak, by każdy poniedziałek spędzać tylko z Bri. Tamte dni zostały nazwane „Poniedziałkami Mamusi” i trwały aż do czasu, kiedy Bri poszła do przedszkola, nieco ponad rok.

Każdy poniedziałek wypełniałyśmy lekcjami tańca, gimnastyki, wycieczkami do zoo, spotkaniami z innymi dziećmi, dziewczyńskimi wypadami do parku wodnego, filmami i zakupami. Byłyśmy przepełnione radością i udało nam się to uchwycić na wielu zdjęciach.

Potem zaczęłam nagrywać film. Siedziałam na kanapie z mikrofonem w dłoni, mówiąc chaotycznie do kamery, o tym kim byłam i co kochałam w Bri i jak bardzo będę tęsknić za nią, bla, bla, bla. Kiedy nawet kamera wyglądała na znudzoną mówiłam: – Cięcie! Martwiłam się, że od innych ludzi Bri usłyszy same wspaniałe i fantastyczne rzeczy o swojej mamie (mam taką cichą nadzieję), ale w filmie nie zobaczy takiej pełnej życia kobiety.

MATKA Z CÓRKĄ W OBJĘCIACH
Fot. dzięki uprzejmości Sourcebooks
Jeff, Brinna i Heather McManamy, w swoim ogrodzie w Winsconsin. Heather trzyma w ręce jeden z listów, które napisała do córki.

 

Jak zapisać miłość?

Zastanowiłam się i zdecydowałam nagrać reality show. Z siostrą mojego przyjaciela i szwagrem odpaliliśmy kamerę i wyreżyserowaliśmy program. Nagraliśmy Bri ze mną w domu podczas wykonywania codziennych czynności: zabawy lalkami, oglądania meczów, gotowania obiadu, czytania czy po prostu rozmów o śmiesznych i interesujących sytuacjach, które nam się przytrafiły. Nic super ekscytującego, taśma z nagranym prawdziwym życiem, pokazująca co się działo i miłość pomiędzy nami…

Później przeszłam do nagrań dźwiękowych, wszystkie były wcześniej niezaplanowane. Nagrałam siebie czytającą jej ulubione książki i śpiewającą dla niej piosenki, zwłaszcza jedną, którą nuciłam, gdy była malutka: „Good Night to You”, ale wykonałam ją na melodię „Happy Birthday to You”. Nie potrafię dobrze śpiewać, ale pod wpływem chwili mogłam stworzyć własne kołysanki wykorzystując te najlepsze, do odsłuchania, gdy moje płaczące dziecko nie będzie mogło zasnąć.

Oczywiście, nagrałam rozmowę o dojrzewaniu i o seksie, żeby były na później. Przeprowadziłam z nią kilka mini wywiadów. Rozmawiałyśmy o jej pierwszym dniu w przedszkolu i wycieczce do Disneylandu, którą odbyłyśmy, gdy miała trzy lata…

Przeznaczyłam część moich osobistych rzeczy dla Bri, biżuterię, dziennik, który prowadziłam podczas ciąży i tony zeszytów, które zapisałyśmy w ciągu ostatnich kilku lat. Wszystko, co zostawiłam córce, począwszy od rzeczy aż po nagrania audio i video powierzyłam opiece Jeffa. To on zdecyduje, czy Bri zobaczy te pamiątki, kiedy i które z nich.

Słynne listy również.

 

Kolorowe koperty i  słowa płynące z serca

Zaczęłam od kupienia mniej więcej 40 kolorowych kopert. Teraz jest ich prawie 70. Mam też kilka dla Jeffa na przyszłe ważne okazje w jego życiu. I także dla kilku przyjaciół. Jeff rozda im listy kiedy umrę, dziękując pięknie za to, że byli takimi wspaniałymi przyjaciółmi i może to będzie moje ostatnie słowo (tak to jest, jak masz ostatnie słowo). Ale zdecydowana większość listów jest dla Bri.

Z pisaniem ich było jak z większością trudnych do zrobienia rzeczy w życiu: oczekiwanie jest znacznie gorsze niż sam proces tworzenia. Nie kupiłam kopert, nie wróciłam do domu i nie napisałam z radością listów. Kupiłam je, wróciłam do domu i przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego je kupiłam, jak na Boga dam radę przez to przejść. W końcu odłożyłam je na kilka tygodni. Nie mogłam napisać tylko jednego liściku. Część każdego była konsekwencją kolejnego. Jak mogę życzyć mojej córce wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, kiedy wiem, że nie będzie mnie na nich? Nie dawało mi spokoju, jak zareaguje na kilka z tych listów, kiedy je już dostanie. Co mam nakreślić na karcie ślubnej, skoro nie mam pojęcia kim będzie za dwadzieścia lub trzydzieści lat i czy będę jeszcze dla niej ważna.

Pisząc te listy zmagałam się z licznymi uczuciami, głównie strachu i niepewności. Czy taki list spowoduje więcej radości w życiu Bri czy wprowadzi zamęt? Czy moje wiadomości uszczęśliwią ją, zasmucą czy rozgniewają?

 

Przyszłość, której nie będę mogła przeżyć

Starałam się odsunąć od siebie tę wizję przesuwając punkt ciężkości ze strachu i wątpliwości do punktu widzenia Bri: zachwytu i ekscytacji, kiedy otrzyma jedną z kart. Wyobrażałam sobie ją w pięknej sukni, w dniu jej ślubu, siedzącą samotnie w cichym pomieszczeniu, rozmyślającą nad życiem i uroczystością, która za chwilę nastąpi. Jej ojciec przechadza się z ciepłym uśmiechem na ustach. Mocno ją obejmuje i mówi jaki jest z niej dumny i jak niewyobrażalnie dumna byłaby jej matka. To pełna tkliwości chwila pomiędzy ojcem i córką. Jeff sięga do kieszeni swojego smokingu i wyciąga mój list. Zaadresowany „Brianna” moim charakterem pisma. Wręcza go Bri… a ona wybucha! Minutę przed pójściem do ołtarza widok koperty powoduje spazmatyczny krzyk. Perfekcyjny makijaż spływa z łzami, plamiąc suknię. Krzyczy do Jeffa „jak możesz mi to robić?”, ciska zaklejoną kopertę na podłogę, depcze ją, łamie obcas i wybiega…

Stop! Przestań!

To właśnie musiałam powtarzać sobie, kiedy moja głowa wypełniona była fikcyjnymi, najgorszymi z możliwych scenariuszami.

Pisząc te listy walczyłam z wieloma uczuciami, głównie strachu i niepewności. Czy taki list spowoduje więcej radości w życiu Bri czy wprowadzi w nie zamęt? Czy moje listy uszczęśliwią ją, zasmucą czy rozgniewają?

Wiedziałam, że Jeff mający pod opieką moje wiadomości, najlepiej oceni to, czy powinien dać córce właściwy list na tę konkretną okazję. Nieustannie przekonywałam się, że potencjalne dobro daleko przeważy potencjalne zło. Wyobraź sobie, że lata po tym, jak odeszła, otrzymujesz list od osoby, która kochała cię nad życie. Czy możesz dostać lepszy prezent? Wiedziałam, że muszę to zrobić.

 

Głos matki

Pewnego dnia, kiedy Bri była w szkole, wyjęłam plik kartek, wyciągnęłam się wygodnie na łóżku córki i zaczęłam pisać. Moje liściki nie były długie, z wyjątkiem tego na dzień ślubu (dwie kartki). Napisałam: mam ogromną nadzieję, że to będzie najwspanialszy dzień w twoim życiu. Nie martwiłam się, że moje słowa nie zabrzmią dostatecznie romantycznie i głęboko. Pisałam prosto z serca, co chciałabym powiedzieć gdybym mówiła to osobiście. Godziny mijały, a ja całkowicie poddałam się chwili. Większość moich wątpliwości dotyczyło tego, czy mój obraz w jej oczach stopniowo wyblaknie. To była najlepsza terapia, jaką kiedykolwiek przeszłam. Poczułam wolność i komfort wiedząc, że pomimo tego, że umrę będę mogła rozmawiać z córką jeszcze długo po tym, jak odejdę. I co najważniejsze Bri będzie mogła usłyszeć głos swojej matki.

 

Podpis

Niepewność, która rzeczywiście wynikała z każdego listu brzmiała „Kim będę dla Brianny, kiedy będzie czytała ten list”? Nie wiedziałam jak podpisać niektóre z nich. Czy nadal będę dla niej „Mamusią”? Jeżeli Jeff powtórnie się ożeni, czy jego nowa żona będzie „Mamą” degradując mnie do „Heather” albo „Tej kobiety, która mnie urodziła”. Jeśli ma nową mamę, czy przekroczę granice podpisując się „Mamusia”? Albo w ogóle pisząc te listy? Takie myśli powodowały smutek i żal. Rozważanie kwestii, czy to ja ciągle będę „Mamą” nie było negatywne tylko skomplikowane. Dla mnie myśl, że Bri będzie miała nową mamę, która się nią zaopiekuje, była najlepszym scenariuszem. Byłabym zachwycona gdyby tak się stało! Chciałabym zostać zdegradowana! Ale będąc tu i teraz, próbuję sobie wyobrazić, jak powinnam odnieść się do dalekiej przyszłości, kiedy mnie już nie będzie, a Bri ma nową mamę. Nazwałabym to słodko-gorzką radością, bardzo skomplikowaną słodko-gorzką radością.

Ale podobnie, jak ze wszystkimi gwałtownymi emocjami, które czułam podczas choroby, pogodziłam się z tym. Trzymałam kartkę na kolanach i pióro w ręce, krzyczałam aż napięcie przeszło i zaczynałam znowu pisać.

 

Tak jak trudno było napisać każdy list, tak absolutnie warto było tego doświadczyć. Miałam nadzieję, że Bri będzie się dobrze bawić oglądając video, słuchając nagrań i cieszyć z innych rzeczy, które dla niej zrobiłam. Nie mogę sobie wyobrazić niczego mocniejszego niż napisana odręcznie osobista wiadomość ode mnie, przekazana w jej wyjątkowym dniu czy przy innej okazji, gdy będzie mogła poczuć matczyną miłość. To nie będzie uścisk czy całus, rozmowa twarzą w twarz, ale to będzie najlepsze, co mogę zrobić. I jeśli Bri nie zechce zajrzeć do tych kopert, trudno. One są dla niej, jeśli poczuje taką potrzebę. Będzie wiedziała, że istnieją i już to będzie dla niej wsparciem.

 

„Cards for Brianna” trafiły do sprzedaży 12 kwietnia 2016 (Amazon i Barnes & Noble). 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail