Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak duch pradziadka Ksawerego pomógł swojej ukochanej wnusi

TAJEMNICZA KOBIETA W OKNIE
Shutterstock
Udostępnij

Pradziadek Ksawery powiedział nie tylko jej, żebyśmy się nie bali, bo w ostatniej chwili otoczy nas nie tylko miłosierdzie Boga, ale także wszyscy, którzy nas kochali, a przeszli już na drugą stronę życia.

Gdy byłam mała i coś skrzypiało, trzaskało, zawodziło w ciemnych pokojach, dorośli mówili: „To pewnie duch stryja Bartłomieja”. Oczywiście, nikt stryja Bartłomieja na oczy nigdy nie widział, chodziło jedynie o to, żeby nam, dzieciom wyjaśnić, że duchów, zjaw, widm nie ma, więc nie ma się co bać ciemnego pokoju i nocy. Można spokojnie wchodzić, bo nie ma duchów, skoro zostały przegonione ironicznym powiedzonkiem dorosłych.

W miarę upływu lat dowiedziałam się jednak, że duchy istnieją, potrafią bardzo zaskoczyć i że wszelkie legendy o białych damach, tułających się po zbyt wielkich zamczyskach, szczęk łańcuchów i tajemnicze odgłosy, mogą w sobie zawierać choć ociupinkę prawdy. Tak twierdziła moja mama, a dowodem było jej osobiste przeżycie.

 

Warszawski rzemieślnik, mój pradziadek Ksawery

Moja mama, Wanda Smochowska, miała ukochanego dziadka, ojca babci. Ksawery Kosmowski był warszawskim rzemieślnikiem, jak powiedzielibyśmy dziś, projektantem sztućców i galanterii platerowej, pracował dla cenionej firmy Romana Plewkiewicza.

W młodości bardzo chciał studiować na Akademii Sztuk Pięknych, ale brak funduszy zmusił go do podjęcia pracy, a ponieważ miał nieprzeciętny talent plastyczny, zajął się wzornictwem. Mama opowiadała mi o jego dobrym sercu, poczuciu humoru i pogodzie ducha, cytowała rozmaite powiedzonka. Opowiadała, jak pocieszał swoją córkę Stasię, której pewnego dnia złodzieje ukradli prześcieradła ze sznurów, że nie powinna martwić się stratą, a dziękować Bogu, że mają jej co ukraść.

Gdy pretensje żony i córki narastały do wielkich rozmiarów wycofywał się z pola bitwy ze słowami: „Przepraszam, że się urodziłem”, czym przywracał pokój. Powtarzał też z głębokim przekonaniem, a to mi się szczególnie podoba, że lepiej mieć sto córek niż jednego syna i nie były to puste słowa, bo jego syn Zygmunt poszedł z „Dziadkiem” Piłsudskim gonić bolszewika i choć wszyscy wiedzieli, że nie można było inaczej, strach o Zygmusia był wielki.

 

Dusza-człowiek

Co roku w wieczór wigilijny pradziadek Ksawery, gdy stół był już nakryty do uroczystej wieczerzy, wychodził na ulicę, zatrzymywał zapóźnionych przechodniów i pytał, czy mają z kim spędzić ten jedyny w całym roku wieczór, bo nikt wówczas nie może być sam. Nie był to pusty gest, pewnego roku do mieszczańskiego domu został wprowadzony przez Ksawerego jakiś bardzo ubogi dziad, który, choć mało wytworny, został ugoszczony po królewsku i jeszcze zaopatrzony w potężną paczkę wiktuałów, gdy w końcu pożegnał się z gospodarzami.

Otóż, pradziadek Ksawery kochał bardzo swoją wnuczkę Wandę. Starał się, by nie było tego po nim widać, ale wyróżniał ją, choć Wanda miała bliźniaczą siostrę, Zosię. Chodził więc pradziadek Ksawery na spacery z Wandzią, opowiadał bajki, recytował wierszyki, śpiewał piosenki. Na pytanie wnuczki: „Dziadku, a może masz ochotę na ciasteczko?” – odpowiadał, że nie, ale może Wandzia by zjadła?

Ksawery Kosmowski zmarł na wiosnę 1938 roku i spoczął na Powązkach. Należał do tej grupy Polaków, którym później wielu zazdrościło, że umarli w jeszcze normalnym świecie, udało im się uniknąć piekła, które rozpętało się rok później, 1 września.

 

Piekło wojny

Piekło dopadło zaś wszystkich, a jego ukochana wnuczka jeszcze we wrześniu 1939 roku opuściła Polskę, co sobie całe życie strasznie wyrzucała, choć nie wiedziała, jakie czeluści się rozwierają. Do końca życia była głęboko przekonana, że gdyby została, nie przeżyłaby wojny. W pośpiechu spakowała małą walizkę i wraz z korpusem dyplomatycznym opuściła Warszawę, udając się do Bułgarii. Dlaczego do Bułgarii? Bo jej siostra Zosia wyszła pod bombami za bułgarskiego dyplomatę, akredytowanego w Polsce. Plan się nie udał, mamę aresztowało gestapo na granicy Austrii i Węgier, o krok od wolności.

Odstawiono ją do Wiednia, do siedziby gestapo nad „pięknym modrym Dunajem”. Po latach poszłam śladami mamy, ale okazało się, że siedziby już nie ma, została skrzętnie rozebrana do ostatniej cegły, tylko skromny kamień z wmurowaną tablicą informuje, co się kiedyś tu właśnie mieściło.

Mama patrzyła na Dunaj z więziennej celi, Austriacy tymczasem głowili się, czemu wyjechała z Polski i udała do Bułgarii, nie była komunistką, i w ogóle nikim, kogo III Rzesza mogłaby uznać za wroga.

 

Niezwykłe spotkanie z dziadkiem Ksawerym

Ta historia mogła skończyć się tragicznie, prawdopodobnie w którymś z obozów koncentracyjnych. Ale mamie udało się wysłać greps, napisany na papierze toaletowym, że została aresztowana, że jest w więzieniu… Szwagier – dyplomata zadziałał, mamę wypuszczono, ale musiała odczekać kilka tygodni na zgodę Królestwa Bułgarii na wjazd na jej teren, na dodatek na uznanie dokumentów państwa, które już nie istniało… Urzędnik, który ją wypuszczał zaznaczył, że ma siedzieć we wskazanym przez bułgarską ambasadę pensjonacie przy Favoritenstrasse i nawet nie wyściubiać nosa za drzwi, bo jeśli ją ponownie zatrzymają, nikt i nic jej już nie pomoże. Ale jak można siedzieć w zamknięciu, skoro nigdy się w Wiedniu nie było? Więc postrzelona, młoda dziewczyna cały dzień zwiedzała przepiękne miasto cesarzy i walca.

I właśnie w tym pensjonacie zdarzyło się coś, o czym mama do końca życia opowiadała z przejęciem. Pobyt w więzieniu zmienił ją. Przed wojną zaczęła odchodzić od wiary, zafascynowana nowymi ideami i pomysłami na ustroje społeczne. W więzieniu znów zaczęła się modlić, przypomniała sobie wszystkie pacierze dzieciństwa i nauki o rzeczach ostatecznych.

Pewnego wieczoru, gdy wróciła zmęczona po całym dniu zwiedzania, położyła się na łóżku w swym niewielkim pokoju. Nagle drzwi otworzyły się cicho i stanął w nich dziadek Ksawery, choć przecież nie żył od roku. Był ubrany w kalesony i bawełniany podkoszulek, typowy komplet męskiej bielizny z epoki. Nie zwracając uwagi na mamę, podszedł do okna, otworzył je i zdecydowanie pogroził palcem światu, który znajduje się na zewnątrz, że tak potraktował jego kochaną wnusię. Po czym zamknął okno, odwrócił się na pięcie i normalnym krokiem wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Całkowicie sparaliżowaną ze strachu mamę stać było na jedno: gdy jej dziadek odwrócił się, by wyjść, policzyła jego kroki: było ich siedem. Na razie leżała struchlała na łóżku, gorączkowo rozważając, co się wydarzyło. Była w pełni władz umysłowych, trzeźwa, choć po ciężkich przejściach. Może była to jakaś reakcja nerwowa, objawy załamania? Gdy ochłonęła, wstała i sprawdziła, ile jest kroków od okna do drzwi. Stawiała trochę większe niż własne, bo dziadek Ksawery był wysoki. Kroków było dokładnie siedem…

 

Powrót do Warszawy z małą walizeczką

Minęły lata. Mama skończyła dwa fakultety na Uniwersytecie Sofijskim, wyszła za mąż za Czudomira Petrowa, urodziła dwoje dzieci. Była tłumaczką, historykiem literatury (interesowały ją relacje polsko-bułgarskie), krytykiem literackim. Po przejściu na emeryturę pracowała w Hospicjum Matki Teresy i krążyła po domach sofijskich biedaków, przynosiła im jedzenie, leki, ubrania. Tłumaczyła Jana Pawła II na bułgarski i bardzo dużo o nim pisała. Gdy siły opuściły ją całkiem, przyjechała do swoich dzieci do Warszawy, bo one tam zamieszkały. Dziewczyna z walizeczką, która ponad pół wieku temu opuściła swoje miasto rodzinne, wróciła do niego jako stara kobieta, by w nim zakończyć swą wędrówkę. Miała ze sobą niewielką walizkę.

Spacerowała, trochę czytała, całymi dniami się modliła i czekała na spotkanie, którego coraz bardziej pragnęła. Jej oczekiwanie trwało cztery i pół roku. Miesiąc przed śmiercią w 2011 r. wyznała, że śnił jej się dziadek Ksawery. „Dziwne. Przecież nic nigdy mi się nie śni. Pewnie przyszedł, żeby mi dać znać, że to już niedługo i żebym się nie bała”.

Zmarła bardzo spokojnie w czerwcowy poranek. Wiem, że jest już szczęśliwa. I wiem, że pradziadek Ksawery powiedział nie tylko jej, żebyśmy się nie bali, bo w ostatniej chwili otoczy nas nie tylko miłosierdzie Boga, ale także wszyscy, którzy nas kochali, a przeszli już na drugą stronę życia.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail