Aleteia

Służebnica Boża Dorothy Day: sypały się na nią gromy, a ona trwała przy swoim. I przy Nim [Wszyscy Świetni]

Udostępnij
Komentuj

Dorothy Day to typ człowieka, który prędzej umrze z głodu i zostanie sam jak palec, niż pójdzie na kompromis ze swoimi ideałami. Nigdy jednak nie wypowiedziała posłuszeństwa Kościołowi: mówiła, że jeśli kardynał zdecyduje się zamknąć jej gazetę, ona przyjmie to z pokorą.

Załóżmy, że chcecie wyjechać do Kalifornii, co kosztuje sto dolarów. Macie piętnaście. To nie wystarczy. Dajcie je więc biednym. Nagle będziecie mieć dwadzieścia pięć, co też nie wystarczy, więc jedyną rzeczą, jaką możecie zrobić, to też przekazać to biednym. Nawet siedemdziesiąt pięć dolarów nie wystarczy. Powiedzcie Panu, że potrzebujecie więcej. Wyrzućcie je bez zastanowienia. Odzyskacie je w postaci studolarowego banknotu. Być może zaspokoi to wasze duchowe potrzeby, a nie tylko fizyczne. Siejcie! Siejcie! A jak posiejecie, tak będziecie zbierać. Ten, kto oszczędnie sieje, niewielki plon zbiera.

A co jeśli nigdy nie zbierzecie stu dolarów? Zostańcie tam, gdzie jesteście. Dobry Pan wie, czego wam potrzeba. Może nie powinniście jechać do Kaliforni?

 – Ojciec Pacifique Roy, jeden ze współpracowników Służebnicy Bożej Dorothy Day podczas rekolekcji w jej wspólnocie „Katolicki Robotnik” w Baltimore.

 

 

Próbowałem policzyć, ile razy Dorothy Day siedziała w więzieniu i była zatrzymywana przez policję, ale szybko zarzuciłem to zajęcie. Krytykowali ją niektórzy księża, grzmieli na nią kardynałowie, a ona uparcie robiła swoje: przekonywała dwudziestowieczną Amerykę, że świata nie naprawi wyłącznie charytatywna działalność, że obowiązkiem chrześcijan jest zmiana całego systemu społecznej niesprawiedliwości i nieludzkiego podziału dóbr.

Regularnie uczestniczyła więc w prozwiązkowych, prosocjalnych, antywojennych pikietach, protestach, strajkach, walczyła o prawa pracujących w niewolniczych warunkach farmerów, robotników, wspierała tych, którzy zgodnie ze swoimi przekonaniami odmawiali służby wojskowej z bronią w ręku. Bywało, że jej aresztowania domagał się osobiście słynny szef FBI J. Edgar Hoover.

Z czasem władze zrozumiały jednak, że zamykając Day – znaną już mediom, które często brały ją w obronę – sprawiają, że jej sprawa zyskuje męczennicę, Dorothy musiała się więc nieźle natrudzić, by ostatecznie trafić za kratki (co uważała za część swojego chrześcijańskiego powołania: być z tymi, którzy właśnie w więzieniach źle się mają).

Nigdy nie była prostym charakterem. W młodości uwikłała się w toksyczny związek, a zostawiona przez faceta, z którym była, zdecydowała się na aborcję (w 20. tygodniu ciąży). Później wyszła za mąż, ale dziecka doczekała się z mężczyzną, z którym nie miała ślubu (a z czasem wystawiła go za drzwi).

Wbrew większości swojego lewicowego środowiska przyjęła chrzest i – zafascynowana ubogim Chrystusem – postanowiła żyć tak jak On, i dla takich, o których powiedział, że możemy Go w nich znaleźć: biedaków, chorych, przybyszów, więźniów. Założyła pismo „Katolicki Robotnik” oraz sieć domów pomocy i wsparcia dla najbardziej sponiewieranych lokatorów kapitalistycznego raju.

Nic nie było dla niej zbyt radykalne: skoro Jezus w Ewangelii pokazał, że Jego marzeniem jest świat bez wojen i przemocy, Day nie tylko protestowała przeciw wojnie w Wietnamie, ale również nie płaciła podatków, które mogłyby być wykorzystane na działania wojenne. Tysiące patriotycznie i prowojennie nastawionych prenumeratorów jej pisma, rezygnowało z abonamentu, sypały się na nią gromy, a ona trwała przy swoim: skoro Jezus kazał Piotrowi schować miecz, nie skorzystał z prawa do obrony koniecznej, ona też jest zobowiązana do takiej właśnie postawy.

Dorothy Day to typ człowieka, który prędzej umrze z głodu i zostanie sam jak palec, niż pójdzie na kompromis ze swoimi ideałami. Nigdy jednak nie wypowiedziała posłuszeństwa Kościołowi: mówiła, że jeśli kardynał zdecyduje się zamknąć jej gazetę, ona przyjmie to z pokorą.

Była duchowo zakochana (z wzajemnością) w Matce Teresie z Kalkuty, z którą wzajemnie się odwiedzały. Była wielką fanką Jana XXIII i jego idei powrotu do prostoty przekazu Kościoła z samych jego początków. Była katolicką lewaczką, która niemal od swojego nawrócenia codziennie uczestniczyła w Eucharystii. Była wielką fanką modlitwy różańcowej, regularnie odmawiała brewiarz, co tydzień z żelazną konsekwencją uczestniczyła w długiej adoracji Najświętszego Sakramentu.

Pomimo swoich młodzieńczych przeżyć (a może dzięki nim) była mocno konserwatywna w sprawach obyczajowych, a przy tym niezwykle życiowa, i niezmiennie choleryczna (jakiemuś miłośnikowi konwenansów, który zwrócił jej uwagę, że powinna się bardziej powściągać w słowach, wypaliła: „Ja w jednej chwili powściągam się bardziej, niż pan przez całe życie”).

Dorothy Day przez całe życie skupiała wokół siebie dziwnych, wspaniałych, Bożych ludzi. Takich, jak ojciec Roy, który wszędzie jeździł autostopem, i który – choć nie miał wielkich zdolności retorycznych – miał w sobie taką pozytywną moc, że zarażał chrześcijańskim entuzjazmem, nawet najzatwardzialszych wątpiących.

Dla mnie wielką inspiracją był współtwórca „Katolickiego Robotnika” Peter Maurin, dzięki któremu dowiedziałem się, że w IV wieku sobór powszechny (próbuję teraz odnaleźć opisywany dokument) nakazał biskupom zakładanie domów gościnnych przy każdej parafii! Były one otwarte dla ubogich, chorych, osieroconych, starców, podróżnych, pielgrzymów i wszystkich potrzebujących.

Jak pisze biograf Dorothy Day – Jim Forest (któremu zawdzięczam początek mojej przygody z tą cudownie chropowatą świętą): domy te były odpowiedzią na utożsamianie się Jezusa z bezdomnymi. Nasz Pan powiedział, że jest bezdomny, a więc naszym pierwszym zadaniem jest wybudować Mu dom. Nie tylko symboliczny. To aż tak proste!

 

 

Jest to tekst Szymona Hołowni z autorskiego cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail