Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy zakonnice mogą dbać o urodę? Św. Teresa ma odpowiedź!

SIOSTRY ZAKONNE
REPORTER
Udostępnij

Teresa de Ahumada, czyli św. Teresa z Avili, swej urody nie ignorowała i nie niszczyła, tak jak robiły to niektóre średniowieczne ascetki. Także w zakonie była z niej dumna, cieszyła się nią, odczuwała satysfakcję, gdy ktoś zauważył jej zgrabne łydki z lekka odsłonięte przy wysiadaniu z wozu.

Kobieta chce być kochana i piękna

Nie wierzę w istnienie kobiety, która nie chciałaby być kochana i piękna. Niezależnie od wieku, majątku, stanu – świeckiego lub zakonnego. W depresji, w chorobie, na starość, tli się pod warstwami najsmutniejszych nawet przeżyć to wielkie pragnienie. Pragnienie tak wielkie i niezmienne, że na nim oparty jest cały przemysł kosmetyczny, odzieżowy, medycyny estetycznej, a także wszelkiego rodzaju ćwiczenia, fitnessy, poradnictwo, ziołolecznictwo. Oraz popularność wszelkich magazynów, portali internetowych, telewizji śniadaniowych i całodobowych kanałów.

Tysiące informacji, szczegółów i zwierzeń z serii „Jak ona to robi, że tak świetnie wygląda?”. Wystarczy przejrzeć pierwszy z brzegu kolorowy magazyn, żeby się przekonać, że nieprzebrane morze porad i różności łączy jedno, coś co nie zmieniło się od czasów Kleopatry, ba, od pramatki Ewy: niezmienna kobieca potrzeba bycia kochaną i piękną. Żadnej nie omija, żadnej nie jest obce, także zakonnicom.

 

Czy zakonnica może być piękna?

A co do zakonnic. Teresa de Ahumada była kobietą piękną. Jej życie przypadło na złoty wiek Hiszpanii, czas odkrywania nowych kontynentów i podboju nieznanych dotąd ziem, gdy świat nagle rozrastał się w zaskakujący sposób i ludzie po przeciwległych brzegach wielkich wód odkrywali się ze zdumieniem.

W Europie toczyły się wojny, w wyniku Reformacji od Kościoła odpadały kolejne księstwa i państwa. Niewiele z tych przełomów docierało do nastoletniej Teresy, pochłoniętej własną pięknością. „Poczęłam się stroić, chciałam się podobać wykwintnością – wyznaje w Księdze życia. – Bardzo dbałam o utrzymanie rąk i trefienie włosów. Używałam pachnideł i wszelkiego rodzaju próżności, na jakie się zdobyć mogłam, a było ich wiele, bo w tych rzeczach byłam bardzo wygórowana i przemyślna. Przez wiele lat trwało we mnie to wygórowane upodobanie w wykwintności przesadnej i innych takich rzeczach, w których wówczas nie widziałam najmniejszego grzechu; teraz widzę, ile w tym musiało być złego”.

Choć zapewnia: „Nie miałam złego zamiaru ani chciałam, by kto przeze mnie Boga obrażał”. A jeśli dodać do tego, że pochłaniała z zapałem powieści rycerskie, czyli ówczesne Harlequiny? Wydawało się, że „świat” ją wchłonie.

 

Piękno w klasztorze karmelitanek

Ale mimo tak licznych uroków, „świat” jej nie zatrzymał dla siebie – została zakonnicą. I tu, w klasztorze karmelitanek w rodzinnym mieście Avili, zaczęła nieprawdopodobną przygodę miłości swojego życia, zstępowania w głąb tajemniczej twierdzy wewnętrznej, komnata po komnacie, a w tej ostatniej, siódmej, przebywał Chrystus, Jej Oblubieniec.

Ma rację wybitny pisarz Tadeusz Żychiewicz w eseju poświęconym Teresie, że była wielką miłośnicą. Nie od razu ruszyła z impetem i determinacją, przez dwadzieścia lat była zakonnicą zaledwie poprawną. Mimo to obserwowała z niepokojem rozluźnioną, tolerującą nijakość dyscyplinę zakonną, liczne wizyty krewnych i znajomych, które rozpraszały jej współsiostry.

Ale gdy zobaczyła na strychu obraz umęczonego Jezusa, zrozumiała, że ma iść na całość, a poza tym pociągnąć za sobą również ledwie poprawne towarzyszki, ruszyła z impetem i nikt, nawet niektórzy hierarchowie kościelni, nie byli w stanie jej powstrzymać. Rozpoczęła reformę Karmelu, powrót do ascezy, przypomniała pustelnicze pochodzenie Zakonu, który powstał przed wiekami w Ziemi Świętej, uczyła kontemplacji.

 

Komnata z Oblubieńcem

Sama wyrąbywała metodą prób wielogodzinnej modlitwy i błędów, gdy zawracała ze ślepych uliczek, będąc w kontakcie z dziesiątkami teologów (śmiało mówiła, że woli księży uczonych niż tylko pobożnych), drogę do siódmej komnaty, w której Oblubieniec czeka na Oblubienicę. Porównywała drogę modlitwy do kopania motyką, nawadniania grządek, ale opisywała też chwilę, gdy człowiek nie musi się już wysilać, gdyż łaska spada na niego jak łagodny deszcz, nawadniający ogród.

Nie było łatwo, choć cel był tak piękny, ową reformę przeprowadzić. Ale tu objawiła się natura twardej bojowniczki, która nie znała się na cieniach i półśrodkach. Nawet została na polecenie władz Zakonu „internowana”, czyli wydalona ze zreformowanego przez nią klasztoru, a jej najbliższy współpracownik w reformie, św. Jan od Krzyża, którego pozyskała dla dzieła i duchowo uformowała, był więziony niemal przez rok przez współbraci, którym ani w głowie było pożegnanie z letniością. (Z typową dla siebie szczerością pisała wówczas, że byłoby lepiej, aby dostał się w ręce Maurów).

 

Sprzeciw zakonników przed reformą

Sprzeciw zakonników przed reformą nie dziwi, gdyż wielka Madre, bo tak na nią mówiono, pisała, że mnich, który radykalnie wyruszy na drogę świętości, najsroższe cięgi dostaje nie od kogo innego, a od własnych współbraci. Wiele jej powiedzeń przetrwało wieki, bo była mistrzynią ciętej i szczerej riposty i nawet Panu Jezusowi wyjaśniła, czemu ma niewielu przyjaciół – bo dostają krzyż za krzyżem.

Opór jej nie zniechęcał, jeździła po całym kraju, za życia założyła piętnaście zreformowanych klasztorów. Kształtowała swoje córki, opisywała swoje poszukiwania, była subtelnym psychologiem, zwłaszcza psychika kobieca była jej znana na wylot. Zapewniała siostry, że dusza powinna nie tylko wciąż iść naprzód, ale i… latać. Stworzyła w ten sposób niezłomną armię duchową, która do dziś jest ochronną tarczą Kościoła.

Miała przy tym zadziwiającą dla dzisiejszego człowieka hierarchię. Autorka arcydzieł literatury duchowej, doktor Kościoła, zwierzała się: „… mogę tylko pisać w chwilach, że tak się wyrażę kradzionych, bo mnie to odrywa od przędzenia, a dom, w którym mieszkam, ubogi jest i zajęcia różnego mi nie brak”. „Odwagi więc, córki moje, nie dawajcie miejsca smutkowi; ale gdy posłuszeństwo posyła was do posług zewnętrznych, bądźcie tego pewne, że i w kuchni także, wśród garnków i rondli, Pan jest z Wami, i wewnątrz i zewnątrz was wspiera”. „Pan jest z Wami wśród garnków i rondli!”.

 

Mistyczne zaślubiny Teresy z Chrystusem

Dotarła do ostatniej komnaty, przeżyła zjednoczenie z Oblubieńcem określane przez znawców życia duchowego jako mistyczne zaślubiny. I pociągnęła za sobą nie tylko kobiety współczesne, ale też niezwykłe córki kolejnych stuleci – św. Teresę z Lisieux czy św. Teresę Benedyktę od Krzyża – Edytę Stein i wiele innych, znanych i ukrytych.

A co z urodą, drugą fundamentalną potrzebą kobiecego serca? Zrezygnowała? Kto tak sądzi, nie zna Teresy. Swej urody nie ignorowała i nie niszczyła, tak jak robiły to niektóre średniowieczne ascetki. Także w zakonie była z niej dumna, cieszyła się nią, odczuwała satysfakcję, gdy ktoś zauważył jej zgrabne łydki z lekka odsłonięte przy wysiadaniu z wozu. Gdy jej współbrat, brat Jan od Nędzy przyniósł jej portret, jedyny namalowany za jej życia, miała wykrzyknąć: „A niech Cię, bracie Janie, czy ja jestem tak szpetna?”.

 

Poszła na całość!

Czas nieubłaganie robił swoje, zmarszczki, przebarwienia, kurze łapki, nie mogły jej nie ominąć, zmarła przecież w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Mam zupełnie prywatną intuicję, związaną z piękną Teresą de Ahumada.

Pragnąc piękna, poszła na całość, chciała piękna, które nie ulega zębowi czasu. Wiedziała, że oblubienice i oblubieńcy Boga stają się piękni bez końca i także dlatego warto podjąć wysiłek dotarcia do miejsca, w którym nie ma już płaczu, łez i starości. O tym, że jej pragnienie zostało spełnione, mówią świadkowie jej śmierci. W chwili, gdy odeszła do Oblubieńca, twarz starej kobiety stała się piękna, powróciła do młodzieńczej urody.

Ogłaszając ją doktorem Kościoła, Paweł VI nadał jej tytuł Doktora Mistycznego. Ale można nazwać ją jeszcze mistrzynią piękna. Choć przez zdecydowaną większość życia nie używała już „wykwintności”, doskonale wiedziała, na czym polega prawdziwe piękno kobiety. Więcej, była w tej dziedzinie ekspertem i to z najwyższej, wprost niebosiężnej, półki.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail