Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Ratowanie małżeństwa ze względu na dzieci. Czy to ma sens?

ROZWÓD I DZIECI
Shutterstock
Udostępnij

„Przyszliśmy do pana, bo chcemy się rozwieść. Mamy jednak dzieci i zdecydowaliśmy się jeszcze raz spróbować...”.

Siedząc w gabinecie terapeuty lub mediatora, wiele razy usłyszeć można stwierdzenie: „Chcemy ratować małżeństwo dla naszych dzieci”. Zdanie to w zasadzie powinno cieszyć osoby prowadzące tego typu spotkania. Mężczyzna i kobieta mają bowiem jakąś motywacje do pracy nad sobą. Chcą dokonać zmiany.

Tutaj jednak pojawiają się dwa istotne pytania: Po pierwsze, czy dzieci to dobra motywacja? A po drugie, czy wystarczy ona, by ocalić związek?

By odpowiedzieć na te pytania, warto podać pewne przykłady. Pierwszy z nich ciekawie przedstawia film „Tylko miłość”. Małżonkowie, grani przez Bruce’a Willisa i Michelle Pfeiffer, przeżywają kryzys małżeński. Są rodzicami dwójki nastolatków. Chodzą od terapeuty do terapeuty, szukając rozwiązania swoich problemów. Gdy dzieci wyjeżdżają na obóz harcerski, decydują się rozstać.

 

Ratowanie małżeństwa

W filmie widzimy mnóstwo łączących głównych bohaterów wspomnień, zarówno tych dobrych, jak i złych. Generalnie jednak decyzję o separacji oddalali ze względu na obecność dzieci. Rozmawiając z małżeństwami, które myślą o rozstaniu, bardzo często trafić można na podobne argumenty. W trakcie dyskusji małżonkowie w zasadzie całkowicie pomijają kwestie uczuć, jakie do siebie żywią. Najważniejsze dla nich są uczucia dzieci. Wydaje im się, że nie jest ważne, jaka będzie rodzina, ważne, by pozostała cała.

Niestety, scenariusz łączenia małżonków wyłącznie w oparciu o interes dzieci najczęściej kiepsko się kończy. Doskonale pokazuje to fabuła innej hollywoodzkiej produkcji pt. „Dwoje do poprawki” z Meryl Streep i Tommym Lee Jonesem w rolach głównych. Są oni małżeństwem od kilkudziesięciu lat – małżeństwem, które, dodajmy, odchowało już dzieci i całkowicie straciło jakiekolwiek wzajemne zainteresowanie. Żona i mąż żyją w utartych, pozornie bezpiecznych schematach, każde zajęte swoimi zainteresowaniami. Patrząc na nich można pomyśleć: Czy chcieli kiedyś się rozstać? Być może zostali ze sobą właśnie tylko dla dzieci?

 

 

Zostać razem czy się rozstać?

Kilkukrotnie w trakcie rozmowy z małżeństwami znajdującymi się w kryzysie słyszałem, że to dzieci są głównym elementem motywującym ich do terapii lub mediacji. Najczęściej w takiej sytuacji zmieniam ton z delikatnego na lekko stanowczy. Jest to konieczne. Zwracam wówczas uwagę, że w takim razie nasze spotkanie nie ma sensu.

Małżonkowie są wówczas zdziwieni. Wydawało im się bowiem, że przecież to dzieci są najważniejsze. Ale w małżeństwie najważniejsze jest jednak samo małżeństwo, relacja kobiety i mężczyzny, i to ma być motywacją do zmiany.

To może zabrzmieć brutalnie, ale niejeden rozwód rozpoczął się od… narodzin pierwszego dziecka. To w tym okresie kreują się szczególnie ważne postawy. To w tym czasie dochodzi niekiedy do pierwszego małżeńskiego rozstania – bo kobieta, zupełnie skupiona na pielęgnacji dziecka, zapomina o mężu albo mężczyzna, obawiając się odpowiedzialności za rodzinę, ucieka w pracę.

Dziecko w momencie narodzin, oczywiście, staje się głównym tematem. Jeśli jednak tak zostanie przez następne lata, wówczas okaże się, że w chwili, gdy pociechy opuszczą dom, małżonkowie uświadomią sobie, iż właściwie nic więcej już ich nie łączy, wspólne tematy zniknęły czy lepiej: „wyprowadziły się” z domu.

Tak właśnie było we wspomnianym filmie „Dwoje do poprawki”. Przedstawiona w nim terapia małżeńska była w zasadzie procesem ponownego poznawania się dwojga ludzi, którzy kiedyś się znali, a potem już tylko ze sobą byli…

 

Dzieci – ratunek przed rozwodem?

W filmie „Tylko miłość” widzimy w pewnym momencie zmianę w podejściu skłóconych bohaterów. Pojawia się ona jednak dopiero wtedy, gdy zdają sobie sprawę, jak ważni są dla siebie nawzajem, jak ważne jest dla nich ich małżeństwo i tysiąc wspólnych wspomnień, których chcą mieć więcej.

Każda sytuacja jest inna. Bywają pary, których kłótnie osiągają taki poziom, że żadne porozumienie nie jest teoretycznie możliwe. Wtedy temat dzieci czasem jest tym ostatnim elementem, o który mediator bądź terapeuta może się zaczepić. Jedności małżeństwa nie da się jednak trwale budować na fakcie posiadania dzieci.

Nie ulega wątpliwości, że mają one prawo do miłości oraz do wychowania w rodzinie. Nie chodzi tutaj jednak o jakąkolwiek rodzinę, o jakikolwiek poziom istniejącej w niej relacji. Czesiem uważamy, że każda rodzina jest lepsza niż żadna. To błąd. Istnieją bowiem rodziny, w których ludzie perfekcyjnie nauczyli się ranić. Znają swoje słabe punkty i wzajemnie się krzywdzą.

Widok takich dorosłych nie utrwala w dzieciach poczucia bezpieczeństwa. Utrwali je natomiast na pewno widok rodziców, którzy walczą o siebie. Janusz Wardak, mąż i ojciec dziesięciorga dzieci, stwierdził podobno kiedyś, że nie zna małżeństwa, którego dzieci byłyby nieszczęśliwe z powodu miłości rodziców. Trudno z nim polemizować.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail