Aleteia

Napisałem horror religijny, a ludzie do mnie ślą świadectwa ożywienia wiary

REMIGIUSZ MRÓZ
EAST NEWS
Udostępnij

Remigiusz Mróz: Niektórzy pisali do mnie, że po wielu latach po raz pierwszy zaczęli się modlić. A już zupełnie zadziwiło mnie pojawienie się przy recenzjach hashtaga #OraProNobis!

Z Remigiuszem Mrozem – pisarzem, autorem powieści „Czarna Madonna” – rozmawiał Karol Wojteczek. Współpraca: ks. Piotr Prusakiewicz CSMA.

 

Karol Wojteczek: W wywiadzie dla portalu Spider’s Web przyznał pan, że jest osobą wierzącą. Jak więc praca nad „Czarną Madonną” wpłynęła na pana przeżywanie wiary i rozumienie Boga? Czy było to doświadczenie umacniające czy potęgujące wątpliwości w tej materii?

Remigiusz Mróz: Zdecydowanie umacniające! Zarazem jednak dość niepokojące, gdyż miałem poczucie, że zbliżam się do sfery, która bynajmniej nie wiąże się z komfortem. Powtarzałem sobie wprawdzie, że pracuję nad fikcją literacką i właściwie niczym nie różni się to od budowania fabuły kryminalnej, ale i tak nie udało mi się uniknąć kilku nieprzespanych nocy.

W posłowiu do „Czarnej Madonny” napisał pan, że spodziewał się, że research do horroru religijnego nie będzie należał do najłatwiejszych. Lektura książki dowodzi jednak, że był on pogłębiony i kosztował mnóstwo pracy. Co w trakcie tych prac researcherskich nad powieścią było dla pana największym odkryciem? Czy pojawiło się coś, co zmieniło zasadniczo pana myślenie o wierze i Kościele katolickim?

Nie, gdyż cały research sprowadzał się właściwie do pogłębiania wiedzy, a nie zdobywania jej od zera. I mimo że napawał mnie dużym niepokojem, był jednym z najciekawszych, jakie przyszło mi przeprowadzać. Dzięki pracy nad „Czarną Madonną” znacznie lepiej poznałem „Dzienniczek” św. Faustyny, historię Jasnogórskiego Obrazu i kwestie związane z opętaniami. W tym ostatnim wypadku starałem się skupiać na pozycjach znajdujących się jak najdalej od szeroko pojętej popkultury – choć ostatecznie musiałem zatoczyć pełne koło, wplatając tę tematykę w odpowiednią konwencję powieści.

We wspomnianym posłowiu mówił pan m.in. o lekturze wspomnień śp. Gabriela Amortha i innych egzorcystów, która owocowała poczuciem niepokoju czy sennymi koszmarami. Podobne „objawy” zgłaszała również i recenzentka pana książki z katolickiego portalu Aleteia czy liczni czytelnicy. Co takiego szczególnego jest w horrorze religijnym, że potrafi nastraszyć bardziej niż „wilkołaki, nawiedzone hotele i Plymouth Fury”?

Dla osoby wierzącej jedna, kluczowa rzecz – realizm. Stephen King pisząc „To” czy inne ze swoich najbardziej znanych horrorów, musiał przekonać Czytelnika, że wszystko, co się dzieje, właściwie mogłoby mieć miejsce naprawdę. Trudno to zrobić, jeśli pod postacią zła pisarz stara się przedstawić samochód, psa czy klauna. W przypadku horroru religijnego i wierzącego odbiorcy nie trzeba nikogo do niczego przekonywać.

Czy liczył się pan z tym, że również czytelnicy „Czarnej Madonny” w każdym odgłosie dopatrywać się będą pukania demona i budzić się z krzykiem? Czuł się pan za nich w jakimś sensie odpowiedzialny? Jak pan odbiera takie ich reakcje?

Spodziewałem się, że może tak być (śmiech). Ale nie miałem pojęcia, że reakcje będą występować u tak wielu Czytelników i z taką intensywnością. Niektórzy pisali do mnie, że po wielu latach po raz pierwszy zaczęli się modlić. A już zupełnie zadziwiło mnie pojawienie się przy recenzjach hashtaga #OraProNobis! Czego jak czego, ale takich akcentów w mediach społecznościowych się nie spodziewałem. Ktoś powie o tempora, o mores, ale wydaje mi się, że w gruncie rzeczy to bardzo pozytywne zjawisko.

Wspomniana już recenzentka też napisała, że po lekturze „Czarnej Madonny” zaczęła się więcej modlić. Jak pan odbiera tego rodzaju puentę?

Jako najlepszą możliwą recenzję, która pomaga rozwiać wątpliwości – wątpliwości, które towarzyszyły mi właściwie od kiedy tylko zasiadłem do pisania tej powieści. Raz po raz odczuwałem pewien dyskomfort, nie wiedząc, czy nie wkraczam przypadkiem w sferę, która powinna pozostać jednak poza kartami powieści. Nie ma wprawdzie w „Czarnej Madonnie” rzeczy obrazoburczych, ale samo tworzenie fikcji w sferze opętań jest wkroczeniem na terytorium, od którego najlepiej trzymać się z daleka.

„Czarna Madonna” rozpoczyna się od wspomnienia widzenia Leona XIII i modlitwy do św. Michała Archanioła, którą po tym widzeniu ułożył. Czy znał pan wcześniej tę modlitwę i modlił się nią?

Trafiłem na nią chyba po raz pierwszy przy okazji… gorącej politycznej dyskusji ze znajomym. Nie pamiętam, co dokładnie nas podzieliło, ale z pewnością były to jakieś ekonomiczne kwestie poruszone w Rerum novarum. Wymienialiśmy się argumentami jak werbalnymi ciosami, a ponieważ kolega był bardziej obeznany w temacie, szybko nadganiałem researchem związanym z Leonem XIII.

Gdzieś przewinął się oczywiście wątek widzenia, a po latach, kiedy zaczynałem pracę nad „Czarną Madonną”, to właśnie od niego zacząłem. I dlatego właśnie od tej wzmianki rozpoczyna się cała historia w książce.

Postać św. Michała Archanioła, tak bliska wydającym nasz magazyn Księżom Michalitom, wspomniana jest również pod koniec książki, w scenie egzorcyzmów. Na ile znana była ona panu wcześniej? Co wiedział pan o św. Michale? Czy darzył pan jego bądź innych aniołów szczególnym nabożeństwem? Jakim?

Święty Michał na dobrą sprawę kojarzy mi się z kościołem – nie instytucją, a samą świątynią. Wynika to z tego prozaicznego powodu, że to właśnie on jest patronem pierwszego kościoła, w którym regularnie bywałem jako dziecko. Nie była to wprawdzie moja parafia, ale mojej Mamy i Dziadków, stąd przez jakiś czas jeździliśmy właśnie tam. W samej książce św. Michała zabraknąć oczywiście nie mogło, jako że pojawiające się na jej kartach zło jest właściwie tym, z którym poradzić sobie najtrudniej. Tym, wobec którego Michał krzyknął: „Któż jak Bóg!”.

Jest to fragment rozmowy, która w całości ukazała się w piśmie „Któż jak Bóg. Dwumiesięcznik o aniołach i życiu duchowym” (6/2017). Publikujemy ten materiał za zgodą autora oraz wydawcy.