Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Katarzyna z Genui. Święta, która wiedziała, czym jest czyściec

ŚWIĘTA KATARZYNA Z GENUI
Udostępnij

Czyściec, z którego jest tylko jedno wyjście: do nieba. Czyściec, w którym jednocześnie odczuwa się niezwykle intensywnie ból i radość. O tych dwóch stanach Katarzyna wiedziała tyle, co mało kto.

Nie sądzę, żeby można było znaleźć szczęście, dające się porównać ze szczęściem duszy w czyśćcu – pisała żyjąca na przełomie XV i XVI w. mistyczka, święta Katarzyna z Genui.

A więc – żegnajcie wypełnione (okresowo) grzesznikami kotły, suche, spalone powietrze pustynnych obszarów, zwilżane przez aniołów z hydrantu, gdy ktoś na ziemi zamówi modlitwę za jakąś czyśćcową duszę. Czyściec, z którego jest tylko jedno wyjście: do nieba. Czyściec, w którym jednocześnie odczuwa się niezwykle intensywnie ból i radość. O tych dwóch stanach Katarzyna wiedziała zresztą tyle, co mało kto.

Pochodziła ze znakomitej genueńskiej rodziny Fieschów, z której wywodziło się dwóch papieży (Innocenty IV i Hadrian V) i całe mnóstwo innych dostojników kościelnych i świeckich (jej tato był kiedyś wicekrólem Neapolu). Miała czworo rodzeństwa, od dzieciństwa zdradzała też ciągoty zupełnie niedziecinne: sporo się modliła, umartwiała (spała na gołej desce) i – jak pisano w jej biografiach – „mając trzynaście lat, wiedziała to, o czym ludzie przez całe życie się nie dowiadują”.

Gdy miała lat szesnaście, wydano ją (rzecz jasna nie pytając smarkuli o zgodę) za przedstawiciela wrogiej dotąd rodziny, z którą rodzina Katarzyny właśnie tym małżeństwem miała przypieczętować swoje pojednanie (Fieschi należeli do stronnictwa gwelfów, Adorno do walczących z nimi od wieków na śmierć i życie gibelinów).

Pan Adorno niestety był pijakiem, zwolennikiem prowadzenia szeregu przygód erotycznych równolegle (podobno doczekał się pięciorga nieślubnych dzieci), brutalem i po prostu – mimo arystokratycznych korzeni – skończonym chamidłem (Katarzyna mogłaby zostać świętą już tylko za to, że opisując tej klasy patałacha, ograniczała się do stwierdzenia, iż charakter miał „w pewnej mierze osobliwy”).

Po paru latach Katarzyna uznała, że może wina leży po jej stronie, że może była zbyt wycofana i oziębła, więc wykombinowała, co umiała i na dobre pięć lat rzuciła się w wir towarzyskiego życia, by w ten sposób odzyskać męża. Męża nie odzyskała, a straciła swój wyjątkowy dar – zagłuszyła niezawodną, czystą duchową intuicję, która pozwalała jej sięgać głębiej niż na dno pucharków z winem czy innymi ówczesnymi przysmakami. Dwudziestosześcioletnia kobieta miała tak dość swojego życia, że prosiła świętego Benedykta, by wymodlił jej u Boga chorobę, tak by przez co najmniej trzy miesiące mogła leżeć w łóżku, i by wszyscy się od niej odpimpilimtali.

Namówiona przez siostrę poszła do spowiedzi. I wtedy dopadło ją coś, co można by pewnie nazwać nawróceniem. Trudno powiedzieć, co się stało, ale z pewnością stało się coś, co sprawiło, że z paru różnych, niepozbieranych dotąd wątków, w życiu Katarzyny zaczął pleść się spójny wzór.

Pan Bóg zaraz, za darmo, bez żadnych szkół i warunków wstępnych, dał jej dar mistycyzmu. Potrafiła spędzić bez czucia na modlitewnej ekstazie nawet i parę godzin (wtedy „widzę bez oczu, rozumiem bez rozumu, czuję bez czucia i kosztuję bez smaku”), ale wkrótce ten sam Bóg wysłał ją też do konkretnej, brudnej roboty.

Ileż to atramentu wylano w pobożnych tekstach nad tym, czy lepsza jest postawa ewangelicznej Marii (zasłuchanej w słowa Jezusa), czy jej siostry Marty (która w tym czasie, gdy siostra się uwznioślała – ogarniała logistykę: gotowanie, podawanie do stołu etc.). Katarzyna pokazała, że da się połączyć Marię z Martą, być na raz (a nie po kolei) i jednym, i drugim (bo miłość nie jest podzielna, choć ma różne przejawy).

Pracowała w szpitalu, opiekując się najciężej chorymi, bez żadnych taryf ulgowych, bez zasłaniania się społeczną pozycją (zapadając przy okazji na różne choroby przy okazji kolejnych epidemii).

Mąż Katarzyny w końcu potknął się o własne nogi: zbankrutował i podkuliwszy ogonek przyszedł prosić o wybaczenie. Żona wywarła na niego taki wpływ, że nawrócił się, został tercjarzem i umarł pogodzony z Bogiem (choć charakter do końca miał trudny; da się nawrócić duszę, ale nie da się nawrócić charakteru).

Katarzyna zmarła – po strasznych, niezdiagnozowanych wtedy cierpieniach, prawdopodobnie na raka żołądka – mając 63 lata, w 1510 r. Sama nie zostawiła po sobie żadnych pism, ale krąg jej uczniów i uczennic (nazywających ją: „Madonna Caterinetta”) szybko zaczął spisywać to, co zapamiętał.

Mnie z jej dzieł porusza najbardziej właśnie zacytowany wyżej „Traktat o czyśćcu”, jedno wielkie przekonanie, że Bóg naprawdę czeka na wszystkich – z najgorszymi grzesznikami włącznie – w 1510 r. z otwartymi ramionami. I nie planuje tam dla nas żadnych wymyślnych cierpień, poza samooczyszczeniem, którego dokona jednak w nas nasze własne sumienie. W czyśćcu jest więc pełno światła.

Co to jest piekło? Zdaniem Katarzyny to „cierpienie, że nie można już więcej kochać”. Niebo? Jeśli umiesz kochać zaczyna się dla ciebie już tu, na ziemi.

Katarzynie naprawdę o nic innego zresztą w życiu nie chodziło, nie włączała się w wielkie spory, nie zajmowała jej kościelna polityka, intelektualne mody. Pewnego zakonnika, który chwalił się przed nią, że jest od niej duchowo doskonalszy, bo jest zakonnikiem, ochrzaniła na czym świat stoi, dowodząc, że nie o kieckę tu chodzi i czy ktoś mieszka w klasztorku, czy w cywilnej nieruchomości, a o to, co ktoś ma w sercu, a nikt jej nie udowodni, że ona do Boga serca ma mniej niż on.

W tym swoim mistycznym zapale nie miała może wiele dystansu, humoru, jakiejś lekkości. Nie, to nie była święta Teresa z Ávila. To święta Katarzyna z Genui, znana z tego, że gdy przeżywała swoje wizje, każdy kontakt jej ciała z wodą kończył się natychmiastowym wrzeniem tej ostatniej.

Ona wszędzie widziała Boga: w ludziach, w przyrodzie, którą stworzył – kwiatach i zwierzętach. Jak święta Agnieszka: płonęła, nie spalając się: w małżeństwie, w pomocy biednym, w radościach, w potwornym agonalnym fizycznym i duchowym bólu.

Dlatego często nazywano ją też od stojących ponoć najbliżej Boga (stworzonych z „bezdymnego ognia”) i stale się weń wpatrujących ognistych anielskich istot, serafinów: „Caterina Serafina”.

Walter Nigg – protestant, który o świętych potrafił pisać tak pięknie i mądrze, jak naprawdę mało który katolik – proponuje, by na chwilę zatrzymać się obok Katarzyny i przekonać się: a może podpali i mnie?

Jest to tekst Szymona Hołowni z autorskiego cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail